KU PRZESTRODZE!!!
Witam wszystkich,
Od miesiąca czytam różne wątki na tym forum i postanowiłam wreszcie napisać coś od siebie...
Bardzo dużo wątków dotyczy zdrad i mnie też to dotyczy. Jednak inaczej niż wiekszości. Albo wypowiadają się zdradzane żony, albo kochanki żonatych facetów. Ja jestem swoistym "kombo" takie 2w1.
Wydaje mi się, że jestem bardziej obiektywna, ponieważ byłam z dwóch stron barykady...
Moja historia zaczęła się od tego, że dzień po moich imieninach mój ówczesny mąż powiedział, że mnie nie kocha. Zakochał się w innej kobiecie. Nasza córka w ten dzień skończyła 3 m-ce.
Był to dla mnie ogromny cios, ponieważ go kochałam i byliśmy w związku 8 lat. Mój świat się zawalił.
W naszym małżeństwie od momentu pojawienia się dziecka był kryzys. Niestety mój mąż jest człowiekiem bardzo zamkniętym w sobie i nie lubi rozmów
(ale chyba tylko ze mną, bo komuś mógł sie wyżalić)
Miotaliśmy się jeszcze 2 m-ce od tego zajścia i rozstaliśmy się. Nie będę opisywać szamotaniny emocjonalnej, bo nie ma to sensu.
Było ciężko po prostu...
W tzw. między czasie poznałam faceta, któremu też się nie układało w małżeństwie. Jego także zdradziła żona, ale on jej wybaczył i na zgodę zafundowali sobie dziecko
Po pewnym czasie, okazało się, że nie bardzo sobie radzą z problemami.
Zaczęły się spacerki, długie rozmowy na gg i tel.....i oczywiście dwie bratnie dusze sie odnalazły ![]()
Ja się zakochałam i on też. Z tym, że ja już podjęłam decyzję o rozstaniu z mężem, a on nie i mówiąc szczerze cieszyłam się z tego. Taka "sielanka" trwała rok!
W koncu jego żona się domyśliła i zaczęło się piekło... Kiedyś mnie zapytała, jak mogłam jej to zrobić, skoro mój mąż tez mnie zdradził? Nie wiedziałam co jej odpowiedzieć...bo miała rację!!!
Powiedziałam mu, żeby spróbowali naprawić swoje małżeństwo. On sie wahał, ale ostatecznie postanowił zawalczyć o rodzinę.
Uszanowałam jego decyzje-oczywiście bardzo cierpiąc z powodu utraconej miłości-ale odebrałam to jako karę za to, że wpakowałam się w czyjąś rodzinę.
Nie kontaktowaliśmy się 2 m-ce.
Nagle spotkalam go w sklepie. Chwilę rozmawialismy, ale nie mialam zbytnio na to ochoty i zakonczylam to spotkanie szybko.
Po tygodniu zadzwonil do mnie z pytaniem czy znajde dla niego czas. Odpowiedziałam, zeby zajał się sobą i rodziną. Przez nastepny tydzien wydzwaniał do mnie i prosił, bym go wysłuchała. W końcu uległam...bo niestety go kochalam caly czas.
Na spotkaniu powiedział, że nie mógł beze mnie żyć i odszedł od żony... Wcale nie odczułam ulgi w stylu "nareszcie będzie mój", tylko przypomnialam jak ja się czułam w podobnej sytuacji ![]()
Wtedy wyznalam, że nie wiem czy chce z nim być....
Moje rozterki trwały 2 tygodnie. Potem wróciłismy do siebie i znów "sielanka", "..." dlatego, że okupiona cierpieniem innych ![]()
Niby było super, ale przez ukrywanie się do czasu jego rozwodu, zaczeło się miedzy nami psuć. Wytrzymaliśmy rok, i rozstalismy się, mimo że oboje stwierdzilismy ze nadal się kochamy, ale nie jesteśmy ze sobą szczęśliwi.
Nie było zdrad, krzywd. Nie znalazł sobie następnej czy coś w tym stylu.
Mimo, że była to największa miłośc mojego życia (nawet męża tak nie kochałam, jak jego), to żałuję. Żałuję, że byłam tak nieczuła na krzywdę innych, że poszłam po trupach. Dlatego to nie mogło się udac.
Z perspektywy czasu myślę, że gdybym się nie pojawiła w jego życiu, to może przeszliby jakoś ten kryzys. W końcu w każdym związku są kryzysy i jeśli ktoś się nie wtrąci, to jest szansa na poprawę relacji w związku. Tak samo może byłoby i w przypadku mojego małżeństwa, gdyby nie ta kobieta...
Co do mężczyzn skarżących się na żony do kochanek...jakie to one złe i niekochające...bzdura! Żona mojego ukochanego jest w porządku. Dbała o siebie (ładna kobieta) o dom i o swojego wiarołomnego mężulka. Ale też się nasłuchałam o niej złych słów.
Drogie kochanki, nie wierzcie, że żony to takie czarownice, bo co wasi ukochani mają wam powiedzieć? Ze żona jest kochająca i dba o niego, ale mu się po prostu znudziła?! Niezbyt to dobrze brzmi, prawda?
Co do słów, które często tu padają, że "kochanka nie jest powodem rozpadu związku, a jego skutkiem" to nieprawda. Bo kryzys jest owszem z winy obojga małżonków, ale jak jedno sobie znajduje kogoś na boku, to go nie tłumaczy. Skoro było mu tak trudno i źle, to fora ze dwora i dopiero szukanie następnej "bratniej duszy".
NIKOGO KRYZYSY NIE OMIJAJĄ!!! Nie ma takich par.
Bardzo żałuję tego co zrobiłam i muszę z tym żyć. Żyć z wielkim poczuciem winy ![]()