Ile razy wpadłaś z deszczu pod rynnę...?
Związek z Panem A był nadprzeciętny. Intensywność doznań 10 na 10. Sex 12. Czułość zawsze. Ból też zawsze. Potem doszła jeszcze nerwica, nocne "zawały serca", bezsenność i psychotropy. Awantury, płacz i kłamstwa. Kochałam. Aż pulsowałam tą miłością. Szalona. Niespełna rozumu. Czekałam jak pies pod drzwiami aż wróci żeby się udławić naszą bliskością. Czekałam aż otworzy drzwi wejdzie i weźmie mnie w ramiona. Czekałam upychając po kątach swojego mózgu zazdrość, frustrację, ból aż w końcu obsesję. Bo tak się składa że Pan A miał dziecko. Dziecko którego przez 3 lata pełnoetatowego związku NIE ZOBACZYŁAM NA OCZY. Nie mogłam dzwonić bo ONA się zdenerwuje. Nie mogłam pisać bo ONA się wku*wi. Nie mógł dziecka przywieźć bo ONA nie chce. Byłam z nim i byłam z NIĄ jak on był u NIEJ przez 3 dłuuuuugie lata. Powiedziałam dość kiedy mnie okłamał w kwestii "alimentów". Bo tak się składa, że mądra kobieta ONA była w stanie tak go wmanewrować w poczucie winy, że wynajął jej mieszkanie w centrum miasta za 2,5 tysiąca. Drugie tyle dostawała na swoje zajęcia fitness i pieluchy. 5000 w plecy i opis na portalu społecznościowym że ONA jest już z Miasta. Kto płacił za nasze mieszkanie? Ja. Za jedzenie? Ja. Rachunki? Ja. Więc byłam kobietą utrzymującą dom. W wolnym przeliczeniu można by powiedzieć że utrzymującą dwa domy. Więc obiecał że jak dzidzia skończy lat 3 to zacznie ją zabierać. Zacznie przelewać na JEJ konto 2 tysiące a nie 5. Skłamał, zrobił ruch ostatecznie rozwalając linię mojej chorej obrony przed rzeczywistością. I nie było nowego rozdania. Game Over.
Czy zmądrzałam?
mam piękny pierścionek na palcu. Piękny pierścionek, który międlę palcami siedząc w domu i gapiąc się w ścianę. Piękny pierścionek, którym wstyd było mi się chwalić. Piękny pierścionek z którego jestem dumna i jednocześnie chce mi się rzygać. Pan B pojawił się w moim życiu w dniu wyprowadzki z ruin poprzedniego jako ekipa przeprowadzkowa. Przyjaciel przyjaciółki która miała zbierać mnie do kupy i sortować psychiczne odpadki po rozstaniu.
Było bosko i pięknie. Po tygodniu się wprowadził. Jestem uzależniona od miłości nie mówiłam Wam? Kwiaty kupował, stopy masował, wóda się lała, sąsiedzi inwestowali w zatyczki do uszu. Rozkręcił mnie, wskrzesił i k**wa porzucił. Chociaż cały czas tu jest. Chociaż teraz już nie Panem A ale A narzeczonym.
Nagle z dnia na dzień. Przestał być czuły. Przestał zwracać na mnie swoje niebieskie oczka. Wstawał z łóżka bez "dzień dobry" przytulał wieczorami do laptopa. I zaczęła się moja walka. Walka o uwagę. Walka o uczucia. Później walka o wszystko. Najpierw prosiłam. Rozmawiałam. Płakałam. Błagałam. Krzyczałam. Wyłam. I wyczerpałam asortyment.
Pan narzeczony A jest, Boże broń, tatusiem. Jest młody. Ma ojca alkoholika i matkę kretynkę. Jest dumny. Agresywny. Kapie z niego jad i irytacja. Potrafi zrobić awanturę o wszystko. WSZYSTKO. Źle to moje drugie imię. Jest zimny i nieczuły. Despotycznie zazdrosny. Cholernie przystojny. Ręki na mnie nie podniósł ale jestem "pier**lonym tumanem" i mam "wy**erdalać". Ten asortyment to on wyczerpał. Usłyszałam już wszystko. I za każdym razem z płaczem i bezsilnością krzyczałam mu w twarz "to ostatni raz!". I co? Dalej to robi. A może to ja to robię dalej. Nic nas nie łączy. NIC. A teraz mam ten piękny pierścionek. Zaczynam się modlić żeby swoim ciężarem pociągnął mnie w dół żeby przestać już drapać paznokciami ściany. Przestać liczyć na zmianę. Oszukiwaniem siebie pluć w odbicie w lustrze. I nie potrafię, z ręką na sercu nie potrafię.
JAK MAM TO ZROBIĆ????
Przyszłość? Jaka przyszłość??? Każdy dzień jest "zaczynaniem od nowa". Czy chcę tak żyć? Nie. Czy umiem tak żyć? O zgrozo, tak.