KGB napisał/a:cześć, tak to prawda ludzie, bliscy mogą tak to widzieć że odchodzisz od Niego ze względu na sytuacje, ale wiesz napewno doskonale, że to nie ich życie tylko Twoje i Jego...... pomyśl jak bardzi skrzywdzisz Sebastiana jeśli zostaniesz z Nim z litości. Moja droga przedstawiałaś Waszą sytuację ale nie napisałaś co ostatnio zrobiliście dla siebie dla Waszego związku? czy rozmawiasz z Nim często o tym, że Tobie jest również cieżko? i na ile on tą infromacje rozumie i czy coś z tym robi? czy w tej sytuacji masz jakieś wsparcie ze strony bliskich czy też ich uwaga zatrzymała się tylko i wyłącznie na osobie pokrzywdzoniej bezpośrednio czyli Sebastianie?
Wiesz wydaje mi się, że powinnaś się dobrze zastanowić czy te uczucia faktycznie się wypaliły czy Ty jesteś po prostu tak bardzo zmęczona tą sytuacją.........
Pytasz co powinnaś zrobić? żyć zgodnie z wartościami które masz i które kiedyś przekażesz swoim dzieciom...... - nie sądzę , że chciałabyś aby Twoja córka( jeśli bedziesz ją mieć) żyła z kimś tylko dlatego, bo żyje pod presją otoczenia. Tryzmaj sie i życzę samych słusznych decyzji.
KGB zmęczona tą sytuacją byłam już dużo wcześniej, za każdym razem kiedy musiałam mieć cierpliwość do jego wybuchu złości, do wysłuchiwania narzekań, bo zdarzały się dni, że non stop był rozżalony. Właściwie wyżywał się za wszystko na mnie ale choć było mi ciężko znosić, że tak ważna dla mnie osoba tak mnie traktuje to starałam się być silna, bo wyobrażałam sobie jak się musi czuć.
To nie jest tak, że robiłam z siebie jakąś Matkę Teresę, nikt tego ode mnie nie wymagał. Ja z Sebastianem bardzo dużo rozmawiałam, za każdym razem jak miał jakieś złe dni czy napady złości. Nie oddawałam mu jednak tym samym, nie wrzeszczałam, nie wypominałam tylko starałam się zawsze porozmawiać na spokojnie. To, że byśmy oboje na siebie wrzeszczeli to nie miałoby żadnego sensu. To wtedy miesiąc temu kiedy urządził mi awanturę, że zamiast spędzać czas z nim poszłam do koleżanki po raz pierwszy nie wytrzymałam i wykrzyczałam wszystko co myślę, wtedy już nawet nie chciałam być spokojna. On wtedy zrozumiał, że musi się zmienić, znowu był ciepły, taki jak przed wypadkiem, tyle tylko że ja sobie zdałam sprawę, że ja już na niego nie patrzę tak jak kiedyś.
baraBarbara napisał/a:własnie tez jestem ciekawe jakie sa wasze relacje -rozmowne czy dużo na ten temat rozmawiacie a moze warto razem porozmawiać o ślubie i przełożyć go na inny termin ? i warto iść do psychologa razem,bo taki wypadek to tragedia dla każdego ! a jemu sie nie dziwie ze ma takie odczucia ... choc co prawda czasem kazdy z nas nie znam umiaru w słowach.. mysle ze jest co ratowac..i warto ale to WY musicie podjąc tą decyzje czy chcecie ...
Nie umiałam zdobyć się na odwagę, żeby porozmawiać z nim, że mam jakieś wątpliwości co do ślubu. Właściwie z nikim nie mogłam o tym porozmawiać, co teraz czuję. Kiedy widzę jak wszyscy się cieszą, a ja miałabym to wszystko w jednej chwili zepsuć. Właściwie z każdym dniem tak jakby dojrzewam do tego, żeby podjąć temat ślubu ale nie jest to wcale takie proste.
Ja namawiałam wiele razy Sebastiana na psychologa, ale on się nigdy nie zgodził do niego pójść ze mną. Zaczęłam chodzić wtedy sama i bardzo mi to pomogło, w tych najtrudniejszych chwilach żeby samej się nie załamać.
me&u napisał/a:Jestem ciekawa jak w waszym przypadku jest z seksem?Czy on jest zdolny do wspolzycia?Bo wybacz moja szczerosc i ciekawosc ale to tez jest wazne.A urazy kregoslupa czesto zaburzaja ta zdolnosc?A co z potrzebami fizjologicznymi u niego?
Zaraz po wypadku nie miał czucia od pasa w dół. Taki stan trwał miesiąc, był cewnikowany. Po tym czasie czucie od pasa do narządów płciowych, wszystkie potrzeby fizjologiczne załatwia sam. Jest zdolny do współżycia, ale między nami po wypadku doszło do niego tylko raz. Nie było to przyjemne bo skończyło się na jego irytacji, że musi być bierny. Potem kiedy próbowałam się zbliżyć to zawsze mnie odtrącał, prosił żebym mu dała czas żeby się ze sobą, swoimi możliwościami oswoił.
Beechman napisał/a:Pomijając uczucia, warto pamiętać o jeszcze jednej rzeczy.
Czy jest szansa, że S. odzyska czucie i władanie w nogach?
Bo jeśli nie, to teraz jeszcze jakoś będzie w porządku - jest samodzielny.
Ale potem? Za 10, 20 lat? Będziesz latać I opiekować się nim?
Bo najprawdopodobniej będzie potrzebować opieki.
Zmarnujesz sobie życie I nie będziesz szczęśliwa.
Jeszcze rok temu lekarze nie dawali mu praktycznie żadnej szansy, że odzyska władzę w nogach, ale jakiś czas temu zaczął poruszać dużym palcem a niedawno gdy ja masowałam mu stopy to poczuł gdy przejechałam po nich palcem. To dobry znak ale tak naprawdę niczego nie gwarantuje, bo lekarze mówią że tak naprawdę wszystko zależy od jego silnej woli i postępów rehabilitacji. Czucie odzyskać może całkowicie, albo częściowo i to wszystko może trwać latami. Najważniejsze jednak, że jest nadzieja.
alma888 napisał/a:On przeżywa traumę, wie, że jest kaleką, że nie jest już jak kiedyś....Jeśli się kocha to takie sprawy jak choroba, wypadek nie zmieniają tego.
Alma88 ja nie przestałam go kochać bo stał się niepełnosprawny. Ja po tym wypadku kochałam go jeszcze bardziej. Zrezygnowałam z wszystkiego żeby być blisko niego ale zrobiłam to z miłości i dzisiaj niczego nie żałuję. Wręcz przeciwnie cieszę się, że wtedy kiedy byłam mu najbardziej potrzebna mogłam przy nim być. Przykro jest mi jednak z tego powodu, że jego nie było przy mnie. Bo ja też potrzebowałam jego miłości, jego wsparcia, bo mi też było ciężko. Sebastian zaczyna rozumieć to dopiero teraz ale to jest w stanie wrócić tego co do niego czułam wcześniej.
Anhedonia napisał/a:Poczytać wątki kobiet, których mąż nie żyje i zadać sobie pytanie: czy jeśli dziś Sebastian spadłby ze schodów i się zabił - cierpiałabym czy poczuła ulgę?
Jeśli ulgę to wszystko wiadomo.
Jeśli cierpienie - to wkradło się zwątpienie, zmęczenie i wypalenie. Ale nie wszystko stracone.
Cierpiałabym. Jeśli nie cierpiałabym to znaczyłoby, że był on dla mnie nikim. Nie wiem jak można poczuć ulgę po czyjejś śmierci.
marena7 napisał/a:"...czuję pustkę", "...wiem, że moja miłość umarła...", to są Twoje słowa. Nie kochasz Sebastana, wypadek i wszystko po nim zmieniło twoje uczucia. Jego bunt, opryskliwość, niezgoda na to co się stało, odtrącanie Ciebie, kwestionowanie Twojego uczucia to normalne reakcje po wypadku, który ograniczył jego mozliwości. Twoja miłość temu nie sprostała, ale nie jest to zarzut. To wielkie wyzwanie, któremu mało kto sprosta na progu zycia. Co innego, gdy ludzi wiele już łączy, lata spędzone w związku, dzieci, wspólnota... Ty zabrnęłaś bardzo daleko, niesiona współczuciem dla Sebastiana i pamięcią o czułym chłopaku, jakim był Sebastian przed wypadkiem, a teraz bardziej niż jego krzywdy boisz się tego co spadnie na Ciebie, gdy z nim zerwiesz. Ludzie będą mówili, że jesteś podła, jego mama powie, że jesteś perfidna, bo porzucasz kogoś dlatego, że jest na wózku, stracisz opinię Matki Teresy. Ale lepiej to przejść teraz, niż unieszczęśliwić i siebie i Sebastiana tym ślubem. Porozmawiaj od serca z mamą o tym co czujesz. Gdybyś była moją córką, wsparłabym Cię w decyzji o zerwaniu zaręczyn. A Sebastianowi należy się uczciwość z Twojej strony, a nie litość.
We mnie nie ma takiego uczucia jak litość, nie umiałabym być z kimś z litości. To, że nie kocham Sebastiana nie znaczy, że właśnie z tej litości z nim jestem. Ja nie kocham go już tak jak kobieta kocha mężczyznę, kiedy on mnie całuje w usta ja już nie czuje tego co czuje każda kobieta gdy całuje ją partner. Ja Sebastiana po prostu traktuje jak brata, którego całuje w czoło na dobranoc, o którego się troszczę. Myślę, że mogłabym bym się z nim przyjaźnić ale czy na tej przyjaźni mogłabym z nim tworzyć małżeństwo? Gdy idę ulicą zwracam uwagę na innych mężczyzn, podobają mi się inni, wcześniej patrzyłam tylko na Sebastiana. Jak mnie dotykał wcześniej to było to dla mnie cudowne uczucie, po prostu coś mnie chwytało za serce, a teraz uśmiechnę się, traktuje to jako miły gest ale mnie to wewnętrznie już w ogóle nie rusza.