Dopisałam się wcześniej do innego wątku, bo jestem tu "początkująca" i uświadomiono mi, że powinnam założyć inny wątek.
Więc założyłam... I wklejam wiadomość z piątku.
Witajcie!
Nigdy wczesniej się nie logowałam na żadne fora, czasami czytałam, ale nigdy nie pisałam...
Przeczytałam wszystkie części Sagi o wampirach (Zmierzch, Zaćmienie itd). Drwiłam z miłości - bo przecież taka zdarza się tylko w bajkach, filmach, książkach....
Mam 32 lata. Miałam wspaniałego kolegę w pracy. Super kumpel/przyjaciel. Przecież przyjaźń między kobietą a mężczyzną jest możliwa - wierzyłam w to i nadal w to wierzę...
Na pewnym wyjeździe integracyjnym pod wpływem dużej ilości alkoholu pocałowaliśmy się. Na drugi dzień podwójny kac. Wyrzuty sumienia - jak mogłam do tego dopuścić? Teraz stracę najlepszego kumpla... Czy uda nam się to zapomnieć i udawać, że to nie miało miejsca? Cały dzień przygotowywałam się do tej rozmowy, a wieczorem znowu się pocałowaliśmy, tylko bez pomocy alkoholu.
Wróciliśmy z tej integracji następnego dnia. Ja do siebie (mieszkam sama), on do żony i dzieci.
Cały weekend wmawiałam sobie, że było - minęło, wrociliśmy do rzeczywistości i nie ma co na ten temat rozmyślać. W niedzielę wieczorem napisał SMS. Przez pierwszy tydzień nie wiedziałam co się dzieje... Motyle w brzuchu, "przypadkowe" spotkania w kuchni, cały czas na gg. Nie słyszałam nikogo i nie widziałam niczego... Któregoś dnia wychodząc z pracy zobaczyłam w samochodzie husteczkę na której napisał "Kocham Cię". I wtedy się zaczęło... Ja nie definiowałam tego uczucia. Spadło na nas jak grom z jasnego nieba i to z taką siłą... I trwa od pół roku.
Jego małżeństwo się nie układało, postanowił się rozwieść. Tylko, że są dzieci, małe dzieci... Ja szlachetna poprosiłam go o test, w trakcie którego miał ratować swoje małżeństwo. Nie chciałam żyć ze świadomością, że ja rozbiłam tą rodzinę, nie mogłabym spojrzeć w oczy jego dzieciom, a przede wszystkim sobie. Zgodził się. Starał się naprawdę. Nie wyszło.
Ja od kilku lat spotykam się z innym facetem. W oczach wszystkich jesteśmy parą. Jeździmy razem na wakacje, chodzimy razem na Sylwestra, jesteśmy osobami towarzyszącymi dla siebie na weselach i innego rodzaju imprezach. Nigdy się nawet nie pocałowaliśmy, nigdy się nie kochaliśmy. Trzy miesiące temu oświadczył mi się. Wtedy mój ukochany ratował swoje małżeństwo.
Teraz noszę pierścionek od faceta, którego lubię, podziwiam, szanuję, ale nie kocham. Mój ukochany tkwi w małżeństwie choć mówi, że to kwestia czasu kiedy się rozwiedzie, ale mówi "chciałbym..." a nie "chcę..." lub "zrobię..."
Kocham go i bardzo chcę mu wierzyć, ale wszystko wskazuje na to, że nie będzie happy endu dla naszej miłości. Mieliśmy kilka wyjazdów służbowych. Śpimy ze sobą, ale się nie kochamy. Nie chcę być kochanką...
Dzisiaj wyjeżdżamy na weekend. Pierwszy raz sami, prywatnie... Pierwszy i pewnie jedyny. Mój narzeczony o tym nie wie. Jego żona wyjechała z dziećmi. Za tydzień on jedzie do nich, ja z narzeczonym wyjeżdżam na urlop (o czym on jeszcze nie wie). W niedzielę wieczorem po powrocie powiem mu o urlopie i innych postanowieniach... Postanowiłam zmienić pracę. Mam propozycję i on o niej wie. Próbuje mnie zatrzymać, przekonać abym została tutaj, bo nie chce mnie stracić... Wiem, wiem... uciekam, ale robię to świadomie. Tak będzie lepiej i dla niego i dla mnie. Pojadę na urlop z narzeczonym i postaram się do niego zbliżyć.
Dlaczego więc jadę z nim na ten weekend? Wyda Wam się to pewnie głupie/dziwne i banalne... Ale ja chcę mieć co wspominać. Chcę mieć wspomnienia... inne niż krótkie muśnięcia ustami w trakcie robienia kawy, inne niż godzinne rozmowy telefoniczne odbywane w aucie w drodze do pracy, inne niż ukradkowe spojrzenia (jego biuro jest na przeciwko mojego, a oboje nie siedzimy sami).
Przez te trzy dni będę mogła nacieszyć się nim i nami. Nie będziemy się kochać. Ale zobaczę jak mogłoby być cudownie... Gdybyśmy spotkali się kilka lat temu. Studiowaliśmy na tej samej uczelni, mamy wspólnych znajomych, ale się mijaliśmy... Życie jest takie jakie jest... Spotkaliśmy sie za późno...
Przez te trzy dni będę żyła ze świadomością, że to ten pierwszy i ostatni raz i będę czerpała ten czas na maxa aby mieć wspomnienia... Bo przecież będę płakać... Wiem, będzie bolało. Ale i tak by bolało, a skoro to nieuniknione, to chociaż wspomnienia zostaną.
Nie mam co się oszukiwać... Starciłam wiarę i nadzieję na to, że będziemy razem, że on się rozwiedzie. Została mi miłość. A podobno to nadzieja umiera ostatnia?