Cześć. Choć mój nick wskazuje na rzadkość mojej obecności tutaj, to bywam na Waszym forum od około ośmiu lat. Choć faktem jest, że zaglądam tu głównie wtedy, gdy mam jakiś problem, potrzebuję porady, albo...
...moja terapeutka pójdzie na długi urlop, tak jak ma to miejsce obecnie ![]()
Ostrzegam, warto w tym momencie pójść po popcorn, bo szykuje się tyle tekstu, że "Anna Karenina" jest przy tym "Janko Muzykantem".
Ale do rzeczy. Mam 30 lat, obecnie od blisko dwóch lat pozostaję samotny. Mam za sobą dwa długie związki - jeden, kilkuletni, choć de facto trwał on niecałe dwa lata, cała reszta to była wegetacja podczas której dawałem się wykorzystywać przez byłą/ówczesną dziewczynę (finansowo, emocjonalnie, itd.), w dużej mierze na własną prośbę. Innymi słowy, nie byłem w stanie w żaden sposób tego związku zakończyć, pomimo że nie miał on najmniejszego sensu. Niestety, ujawniło się wówczas jedno z moich kluczowych przekonań dotyczących miłości - że związek jest czymś wyjątkowym, czymś co trzeba za wszelką cenę podtrzymywać i pielęgnować, głównie dlatego że po prostu jest. Że się pojawiło. A że jest to takie wyjątkowe no to musi trwać i basta. No i trwało aż do momentu, gdy zostałem ostatecznie kopnięty w zadek, mimo że to ja powinienem w tenże zadek moją byłą kopnąć dużo wcześniej. No ale jak już wspomniałem - nie było opcji. To z grubsza tyle jeśli chodzi o nakreślenie sytuacji w pierwszej z relacji, w razie potrzeby mogę ją oczywiście opisać nieco szerzej.
Po upływie około dziewięciu miesięcy, wszedłem w kolejną relację - tą, która zakończyła się te dwa lata temu. Była to relacja różniąca się od poprzedniej, jednak było tak przede wszystkim dlatego, że dziewczyna była zupełnie inna od poprzedniej. Przede wszystkim, była dużo bardziej pracowita, zaradniejsza, opiekuńcza i troskliwa, choć miała (miewała) przy tym dość silny charakter, i choć nie mogę tu mówić o żadnym terrorze skierowanym w moją stronę, to bez wątpienia to ona wiodła prym w naszym związku - jednak wynikało to głównie z faktu, iż to ja nie potrafiłem postawić w nim żadnych granic. Pozostawałem w świecie swoich wyobrażeń i przekonań, zamiast realnie tenże związek przeżywać. Co ciekawe, w moim umyśle istniały paradoksy, które prowadziły wprost do "samosabotowania" swoich potrzeb. Działo się tak głównie dlatego, że wciąż przeżywałem konflikt pomiędzy swoimi przekonaniami a potrzebami - a jedno z drugim w zasadzie nigdy nie chciało iść w parze. Dla przykładu: dziewczyna na początku związku sama z siebie pytała jakie kobiety mi się podobają, co może w sobie zmienić itp., schudnąć - to był temat bardziej skomplikowany, bo jednak brzuszek urósł mocno od kiedy byliśmy razem (choć na początku związku tez troszkę był, i był jej kompleksem), ale nie potrafiłem w żaden sposób niczego wyartykułować - zwłaszcza w tej ostatniej kwestii. O niczym nie mówiłem bo wydawało mi się że to będzie wbrew przekonaniu o "wyjątkowości miłości", bałem się że ją zranię a jednocześnie jakieś potrzeby nadal u mnie były. Notabene, okazały się one być jednym z gwoździ do trumny naszego związku, bo jego zakończenie nastąpiło niemal bezpośrednio po tym, jak napisałem do Niej list w którym opisałem to, czego mi brakowało. Że potrzebowałem u niej więcej kobiecości, historii typu malowanie paznokci i takie tam, a niestety nie takie było jej oczekiwanie - spodziewała się wtedy, że otrzyma ode mnie list z propozycją naprawy związku, który już od dobrych paru miesięcy się rozpadał. A rozpadał się w dużej mierze dlatego, że mimo iż mieszkaliśmy razem, zacząłem się totalnie izolować - uciekać, wracać później z pracy itp. Robiłem tak dlatego, że z jednej strony myślałem że możemy do siebie nie pasować, z drugiej bywały między nami jakieś mniej lub bardziej sporne kwestie które bałem się rozwiązywać (z obawy przed rozpadem związku, przed jej smutkiem albo złością, tak myślę), z trzeciej niewyrażane wcześniej potrzeby zaczęły się domagać zaspokojenia, a z czwartej ja sam nie potrafiłem się ustabilizować - emocjonalnie, mentalnie, jakkolwiek. Jednocześnie był to czas kiedy zmieniłem pracę - na lepiej płatną, i bardziej...prestiżowa to nie jest właściwe określenie, ale tylko ono przychodzi mi teraz na myśl. I choć problemy zaczęły się dużo wcześniej, to praca je spotęgowała - ponieważ spowodowała u mnie wzrost (a może raczej odnalezienie w sobie) pewności siebie, co z jednej strony było przyjemne, ale z drugiej automatycznie powodowało we mnie potrzebę zahamowania tego procesu, na zasadzie: nie mogę taki być, ona poznała mnie jako kogoś zupełnie innego! Poza tym, jeśli taki będę, i to się rozkręci, to jeszcze przyjdzie mi do głowy ją rzucić (vide: przekonanie o wyjątkowości miłości). Co gorsza, w pracy pojawiła się koleżanka, która jak na złość dysponowała wieloma z tych przymiotów, których mi w mojej dziewczynie brakowało. Byłem między młotem a kowadłem, nie mając pojęcia co mam zrobić.
Najgorsze jest chyba w tym wszystkim to, że przede wszystkim trzeba było być sobą. Jednak ja nigdy sobie na to nie pozwoliłem. W tym ostatnim okresie poprzedzającym rozstanie z jednej strony oczekiwałem, że ona będzie kobieca, flirciarska itp., ale z drugiej, ja wtedy byłem totalnym kapciem, zatopionym we własnych myślach, nieobecnym w "tu i teraz". Ona była dla mnie wtedy "mamą" bo myślała że tego właśnie potrzebuję (bo też trochę potrzebowałem), ja jednak myślałem też o Niej w nieco innych "kategoriach". Oczywiście, zawsze solidnie karałem się za to że mogę w ogóle myśleć o tym, że np. inna kobieta mi się podoba. Coś takiego w ogóle nie mogło wejść w grę. Podobnie jak myśl, że chciałbym co w Niej zmienić. Do tego dochodziły niebywałe wyrzuty sumienia, że ona jest dla mnie taka dobra i kochana, choć czasem wydaje mi się infantylna, a ja jestem gotów (albo myślę o) jej odrzuceniu. Że ona ma dla mnie serce na dłoni, a ja nie potrafię tego docenić. Że czepiam się tego jej brzuszka, mimo że jej ogólna waga nie była jakaś wielka - do dziś mam o to do siebie pretensje, nie dając sobie prawa do niczego w tym kontekście. Z jednej strony było to wszystko co czułem, o czym myślałem i czego potrzebowałem, z drugiej jej nieświadomość tego co we mnie było, i czym nigdy nie potrafiłem się podzielić. Skończyło się tak jak się skończyło, jednak najgorsze jest to, że ja nadal (po dwóch latach - sic!) nie potrafię się z tego wszystkiego wyzwolić. Nie potrafię się wyzbyć poczucia winy, przekonania że jestem bezwartościowy bo przedkładałem jakieś swoje potrzeby ponad jej dobroć i to co nas łączyło. Mam wrażenie że na nic w życiu nie zasługuję, że jestem przyziemny i próżny bo nie potrafię docenić wyjątkowości tego co miałem. Nawet nie próbuję dopuścić do siebie myśli o innym związku, nie pozwalam sobie na to. Mam świadomość że brzmię teraz jak cierpiętnik, ale chciałbym żebyście miały/mieli w miarę pełen obraz mojego sposobu myślenia. A właściwie jednego z trybów tegoż.
Od blisko dziewięciu miesięcy jestem w terapii, widać pewne postępy, ale terapia dotyka różnorakich zagadnień, więc o ile niektóre z nich już udało mi się jakoś "przerobić" o tyle to wciąż trzyma się bardzo mocno. Ponadto, mimo że moja praca wiąże się dość mocno z ludźmi, to w życiu prywatnym jestem bardzo samotny. Pourywała mi się znaczna większość znajomości, a z uwagi na ww. przekonania ciężko jest mi nawiązywać nowe. Pewnie fakt, że szukam u Was wsparcia jest jednym ze sposobów na zrobienie z tym czegokolwiek.
Dzięki jeśli chciało Wam się przeczytać. Tym większe dzięki, jeśli jakoś się do tego odniesiecie.