Cześć Dziewczyny !
Chciałbym sie z Wami podzielić swoją opowieścia i poprosić, byście sie ustosunkowały do tego. To bardzo dziwna historia. Wiem, ze komentarze bedą bardzo negatywne ale ja po prostu nie wiem, czy jestem normalny...
W lipcu zeszłego roku poznałem dziewczyne w internecie. Pogadalismy kilka razy na gg , wymienilismy sie fotkami i umowilismy na spotkanie.
Randka sie udała, było świetnie, zakonczyła sie namiętnymi pocałunkami.
Zaczelismy sie spotykać.
Mialem wtedy fizyczną pracę, po której wracalem do domu wykończony.
I czasem po pracy nie mialem siły na dokladnie nic.
Pod wpływem m.in, tego, powiedziałem swojej partnerce, ze pracuje troche dłuzej i częściej ( takze w sobote ), aby mieć alibi i nie musiec spotykać sie częsciej.
Spotykalismy sie raz w tygodniu. I na randkach było świetnie, uśmiechy, spacery, czułe słowa, pocałunki, pieszczoty.
Tyle tylko, ze ja nigdy nie zatęskniłem porządnie, nie byłem nigdy podekscytowany. Miedzy randkami dzwonilismy, pisalismy ale ja nigdy tak naprawde nie tęskniłem. Nawet gdy zdarzyło sie, ze nie widzielismy sie ponad tydzien.
Nie chciało mi sie brac wolneg0 w pracy, by pójsc z nią na wesele. Raz zdarzyło mi sie napisać , ze sie nie spotkam, bo zle sie czuje.
Sam sie sobie dziwiłem ale po prostu chciałem sie spotykać rzadko.
Z drugiej strony nie chciałem jej stracić. Dlatego skłamałem mówiąc, ze pracuje więcej, niż w rzeczywistosci.
Nie pojechałem do niej na świeta, nie mialem wielkiej ochoty takze na sylwestra ale ostatecznie spedzilismy go razem.
Nie poznala moich rodziców, bo akurat mam z nimi kiepskie relacje.
Wiedziała o tym i dlatego nie naciskała.
Co gorsza, gdy ta praca sie skonczyła, nie chciałem/wstydziłem sie przyznac jej do tego.
Siedziałem całymi dniami sam w domu, podobnie jak ona ( wtedy nie miala pracy przez 3 miesiace ) i nie teskniłem. Dalej widywalismy sie raz w tygodniu, bo ona myślała, ze ciezko pracuje.
Kłamstwo z pracą było jedynym, jakiego sie dopusciłem. W innych kwestiach zawsze byłem szczery. Wiedziała o wszystkich moich problemach i sprawach.
W koncu powiedzialem jej , ze praca konczy sie z końcem lutego. Cieszyła sie i mowiła , ze teraz ( tj. od marca )bedziemy sie często widywać. A ja słysząc to, nie czułem zadnej radosci, ekscytacji. nic.
I w walentynki, gdy bylismy umowieni do kina, zamiast tam, wzieła mnie do pubu i powiedziała, ze chce sie rozstać. Mimo , ze do samego konca zachowywała sie jak zwykle.
Powiedziała, że była zakochana ale juz nie jest.
Ze nie chciałem jej wpuścic do mojego zycia, ze czuła sie w nim obco.
Niespodziewanie zrobiło mi strasznie przykro. Nawet sie rozkleiłem. Dała nam drugą szanse, ponownie zrywając, tym razem w dzien kobiet.
Pytałem dlaczego nie chce poczekać az zaczniemy sie spotykac cześciej, co miało nastapic od marca, wrecz błagałem ją by nie odchodziła.
I tu mam problem ze sobą.
Przez pół roku mogłem ją widywać niemal codziennie. mimo to, wymyślilem dłuzsza prace by miec alibi i sie częsciej nie spotykać.
Nigdy nie poczułem tęsknoty, chęci spedzania razem kazdej chwili, tak jak powinien to poczuc zakochany facet. Mimo raz na tydzien chciałem sie spotykac. Nie spotykałem sie z nią bron Boze dla sexu. Nie uprawialismy go, bo ona chciała poczekać.
Sam siebie nie rozumiem. Mam 26 lat ale to był moja pierwsza dziewczyna, chciałem by cos z teg obyło. ale nie mogłem.
Obwiniam sie o rozpad związku ale z drugiej strony, skoro przez pół roku nie poczułem chęci na czeste spotykanie sie, na bycie razem na maxa, to czy naprawde chciałem tego zwiazku ?
Przeciez powieniem dazyc do tego, by byc obok niej jak najczęsiej. Miałem czas, kase, dojazd nie był problemem a mimo to czesto siedzialem sam ze sobą. Na spotkaniach byłem wesoły, czuły, nie nudzilismy sie.
Boje sie tego, że przez to ze byłem całe zycie sam, przyzwyczaiłem sie do tego i nie bede potrafił nigdy z nikim być.
Chce z kims być, poczuć to. Skrzywdziłem ją, choć tego nie chciałem.
Nie potrafie zrozumiec swego zachowania ale po prostu tak czułem. Raz na tydzien było ok. nie tęskniłem, nie czułem wielkiej potrzeby czestszych randek.
Tłumacze sobie, ze skoro przez poł roku tego nie poczułem, to nie poczułbym nigdy. mimo , ze chciałem. Z drugiej strony to moja pierwsza i jednya dziewczyna i wszystko co damsko-męskie, kojarzy mi się właśnie z nią.
Co gorsze, boje sie, ze bede juz miał tak zawsze, ze tak przesiąknąłem tym, ze nigdy nikogo nie miałem...
Prosze powiedzcie, co o tym myślicie ?
Da sie to jakoś wytumaczyc, czy jestem po prostu beznadziejny...