cześć
przeczytałem prawie wszystko na tym forum dotyczącego zdrady i tego czasu "po"
najpierw streszczenie:
znamy się "od zawsze" jesteśmy (byliśmy) razem od zawsze, mamy córkę (magiczne dziecko) jesteśmy ze sobą 13 lat, poznawliśmy życie razem, wszystkie jego uroki, liceum, studia, praca, dziecko, dom, radości i smutki
od jakiegoś czasu (podobno 2 lata) było już tylko prawie źle, i faktycznie tak było, wiele moich błędów (humory, brak radości, ciągle praca brak czasu dla siebie, zapomniane pasje itp), jak to w życiu, rozjechaliśmy się .... byliśmy razem obok siebie, i choć kochałem i kocham to teraz już wiem, że to za mało, inne rzeczy są ważne (człowiek uczy się najlepiej i najszybciej na błędach)
pojawiła się 3 osoba, zauroczenia, zakochanie, gorący romans (3 miesiące w ukryciu) obecnie pół roku, brak odwagi na przyznanie się w końcu nie dało się tego ukryć i się dowiedziałem, próba ratunku z mojej strony (z jej raczej oczekiwanie czy coś zaskoczy, ciało tu myśli tam) ale raczej ciężko pokonać świeże motylki w brzuchu, wiec przegrałem, po paru tygodniach nerwów dowiedziałem się, że to koniec, cały czas próbowałem walczyć najlepiej jak potrafiłem ale się nie udało (mimo świadomości romansu i wszystkich kłamstw)
wyprowadzka, przebudowanie życia - zmiana złych faktycznie nawyków, wszystko się zmieniło poza miłością, która rani, cierpi i góry przenosi
czy zasłużyłem żeby odeszła - tak
czy zasłużyłem na zdradę - lubię myśleć, że nie
ale wiem jakie jest życie, gdyby nie osoba 3 to pewnie byśmy trwali w tej stagnacji, z jednej strony terapia wstrząsowa podziałała, z drugiej strony koszty były ogromne dla nas obojga, ona mówiła, zbyt cicho bym usłyszał (niestety nam "facetom" trzeba mocno bić do głowy), wiedziała że jeśli mamy się uratować trzeba walczyć, nie umiała (może łatweij było oddać się fali nowej miłości, może czuła że między nami nie morze być tego co kiedyś), ja umiem walczyć ale jak wiedziałem to było już za późno - o ironio.....
zdrada pozwoliła mi zrozumieć wiele rzeczy o których wcześniej nie chciało mi się nawet myśleć, nie jesteśmy razem już chyba 3 miesiące, spotykamy się często (dziecko, wspólna praca) piszemy czasem sms, czasem maile, płaczemy razem, czasem udaje się uśmiechnąć
wszystko jest fajne poza świadomością utraconej (utraconej?) miłości, ona jest z nim, nie wiem czy jest szczęśliwa, z jednej strony tak, bo ostatnie lata były dość paskudne więc każdy związek będzie przynajmniej niezły, z drugiej chyba to coś wieloletni związek dusz jeszcze trwa i jak się spotykamy to oboje to czujemy, szczerze to myślę że kocha nas obu (jego za nadzieję na lepsze jutro) mnie za to co przeżyliśmy, za to że potrafiłem zmienić mimo wszystko to co było w moim życiu złe i że potrafiłem godnie powiedzieć "do widzenia" (wolę myśleć, że to "na razie")
jak nam pomóc, działać czy dać czas ?
zastanawiam się co robić, czekać (bo kocham jak cholera) czy pozwolić jej żyć swoim życiem, może będzie szczęśliwsza "tam",
jak nam pomóc (nie jestem ideałem - nikt nie jest) ale nie boje się trudu ani ciężkiej pracy, nie boję się wyzwań..., czy odizolować się zupełnie by zapomniała, być blisko i delikatnie dać znać że czekam, nie wiem, miliardy pytań, 0 odpowiedzi
czy ktoś ma jakieś sensowne doświadczenia jak potoczyły się inne (podobne/różne) przypadki
chciałbym budować od nowa, może nie tak szybko, ale z większą dbałością o szczegóły, ale niestety do tanga trzeba dwojga..... niestety, więc póki co buduje (próbuje przynajmniej) siebie bo to akurat mogę
czasem zasypiam i myślę, że chyba warto poczekać, że może zrobiła błąd (za szybko się poddała) (chyba każdy ma do niego prawo) i wtedy uratuje naszą rodzinę (dla całej naszej 3), a jak nie wróci, to najwyżej zmarnuje czas, póki serce kocha i tak chyba nie ma innej drogi, czasem jest po prostu ciężko
jeśli ma wrócić to tylko z miłości do naszej miłości, inny powód jest bez sensu
pewnie uciekło wiele szczegółów, ale wyjdą w "paraniu"
chętnie poczytam/podyskutuje co o tym myślicie