Piszę, ponieważ nie mam już pomysłu jak rozwiązywać tego typu sytuacje.
Jesteśmy razem od kilku lat, natomiast nie mieszkamy wspólnie i widujemy się wyłącznie w weekendy, w związku z czym, mam również utrudnione przez to pole manewru.
Dwa tygodnie temu pokłóciliśmy się o totalną bzdurę, w rodzaju "zupa była za słona", a mianowicie o kartki z zeszytu... On najpierw powiedział, że nie będzie ze mną rozmawiał, potem chciał wyjść, więc ja się już wtedy totalnie uniosłam i wyszło źle, bo powiedzieliśmy sobie o kilka słów za dużo. Od tego czasu praktycznie nie mamy kontaktu, pomimo tego, że wielokrotnie przepraszałam go za tą sytuację, ponadto widzieliśmy się w zeszłą niedzielę, a nawet się kochaliśmy. Niestety nadal się do mnie praktycznie nie odzywa, nie interesuje go co u mnie, w tym tygodniu nasze rozmowy telefoniczne trwały po kilkanaście sekund, po czym mowil mi dobranoc i się rozlaczal. Irytuje mnie już dźwięk konczonego połączenia, zwłaszcza gdy coś do niego w tym czasie mówię... Jest mi też przykro, bo chciałabym, żeby mój facet choć raz powiedział mi "kochanie, nie tracmy czasu na bzdury, jesteś dla mnie najważniejsza, nawet jeśli czasem się wkurzamy".
On uważa, że ma nie być absolutnie żadnych kłótni. Przez ostatnich kilka miesięcy pracowałam nad sobą bardzo i bardzo się starałam,więc tym bardziej mi źle, że jedna sprzeczka determinuje wszystko...
Rozmowy, wyznania o uczuciach, rzeczowe argumenty ani krzyki nie działają. Co robić?
Ps. Z poprzednimi facetami, pomimo sprzeczki, rozmawialiśmy normalnie, a ja takich sytuacji nie przeżywałam, bo wiedziałam, że następnego dnia się spotkamy, wyjaśnimy i za chwilę będzie w porządku. Tutaj się to ciagnie tygodniami, a ja co do zasady jestem osobą niekonfliktowa i emocjonalna.