kryzys po 7 latach - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Strony 1 2 3 9 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 1 do 38 z 334 ]

Temat: kryzys po 7 latach

Witam!
Na wstępie powiem że jestem facetem, co niby oczywiście wynika z nicku, ale to tak dla jasności. Do rzeczy.
Nigdy nie wierzyłem w coś takiego jak kryzys po 7 latach związku. Wydawało mi się to głupie, że faktycznie okres bycia razem może mieć wpływ na to, że u wielu (wiem, że nie u wszystkich) par zaczyna się to w tym samym czasie. Aż do momentu gdy nam nie stuknęło te 7 lat (sierpień zeszłego roku). Do tego nałożyło się jeszcze jedno - w międzyczasie (jesienią) i ja i ona skończyliśmy 30 lat. A wiadomo, że jest to jakiś kamień milowy w życiu człowieka, czas podsumowań itp.
No dobrze, ale o co dokładnie chodzi? Tak jak napisałem jesteśmy razem teraz już prawie 8 lat. przy czym od 2,5 roku mieszkamy razem. I tak naprawdę nie można powiedzieć, że jest źle w tym sensie, że się kłócimy, czy że są jakieś kwestie, gdzie brak jest porozumienia. Nie. Spory oczywiście są, ale takie jak u wszystkich. Problem polega na - nie wiem czy to dobre słowo - rozczarowaniu, jakie pojawia się u niej. Polega to dokładnie na tym, że jej się marzy wielka prawdziwa miłość z motylkami w brzuchu, dzikie pożądanie, tego typu emocje, które są charakterystyczne dla każdego rozwijającego się związku (u nas też tak było) ale które z czasem przekształcają się w uczucia może mniej intensywne, ale głębsze i prawdziwsze.
Jak więc wygląda nasze życie w praktyce? W praktyce wygląda to tak, że oczywiście żyjemy sobie razem. Razem śpimy, razem jemy, ja jej robię śniadanka do łózka w weekendy, ona mi robi kanapki do pracy. Niby ok, natomiast jednocześnie ona stara się uciekać z domu i robić coś innego. Z jednej strony jest to łatwe, bo ma taką pracę, że często wyjeżdża, czasem na dzień-dwa, czasem nawet na tydzień. Z drugiej nawet jak nie musi to stara sobie szukać zajęć poza domem (koleżanki, kosmetyczka itp) tak by nie być ze mną. Jednocześnie bywa też tak, że wymyśla np. żebyśmy pojechali do jej mamy, a gdy ja się waham to ona płacze że chce spędzić ten czas ze mną a ja nie chcę. Przykre. Do tego trzeba dodać, że raz na jakiś czas zdarzają się dni wspaniałe. Takie jak kiedyś. Gdy robimy razem COŚ. I wtedy jest miło. Bardzo miło. Godzinny spacer. Kino. Wspólne zakupy. Naprawdę jest miło i mi i jej. Tyle, że po X czasu gdy znów ma spadek nastroju to twierdzi, że "tak, było miło, ale to nic nie zmienia".
Kolejną kwestią jest też to, że niestety ma złych doradców. Ma cztery przyjaciółki od serca, którym przedstawia mnie jako najgorszego typa, a one doradzają. Uważam, że jest to niesprawiedliwe, bo ona nadając na mnie koleżankom nie jest obiektywna (zapewne tak jak ja nie jestem do końca obiektywny pisząc ten post wink ) i przedstawia racje tylko jednej strony, ale one i tak doradzają. Ponadto uczęszcza do pani psycholog, która jest specjalistką od uzależnień i miała jej pomóc w jej walce z napadami obżarstwa (walka z otyłością to dłuższa historia). Nic jej w tym nie pomogła, natomiast co spotkanie to oczywiście gadają na mój temat i pani psycholog również udziela jej porad. Nie wiem czy to jest normalne, bo psycholog powinien ją (nas) odesłać na terapię dla par i tam rozwiązywać tą sytuację, a nie słuchać jednej strony i wysuwać na tej podstawie wnioski. No ale nieważne.
Dochodzimy pomału do meritum. Czy w tym wszystkim jest miłość? Z mojej strony tak. Z jej? Nie wiem, myślę też że ona sama nie wie. To istota tego kryzysu. Z jednej strony mówi, że jest rozczarowana, ze czuje się jak uschnięty kwiat. Z drugiej strony nie próbuje tego zakończyć. Parę tygodni już była o włos od tego by się wyprowadzić, ale zrezygnowała. Może stchórzyła. Może nie potrafi. Ciężka sprawa.
Żeby było też jasne rozmawiamy o tej sytuacji. Co jakiś czas. Z tymi rozmowami to jest ciężko u niej, ponieważ na jej nieszczęście mam dobrą pamięć, bogaty zasób słownictwa i umiejętność merytorycznej argumentacji. Ona tego wszystkiego nie ma. Więc często jest tak, że ona zaczyna rozmowę z jakąś przyjętą przez siebie tezą (ja jestem przekonany że włożoną do głowy przez "doradców" lub przynajmniej przez nich potwierdzoną) a potem sama dochodzi do wniosku, że to głupie. Gdyby miała w uchu słuchawkę i "doradcy" mogliby na bieżąco doradzać to co innego, natomiast sama nie potrafi, co jak dla mnie znaczy że nie jest to wszystko tak do końca przemyślane i szczere co mówi. Rozmowy ogólnie mają przebieg bardzo różny, tj zawsze spokojny, ale czasem płaczemy, a czasem wręcz się śmiejemy z tych głupotek co ona wymyśla i próbuje forsować.

KONIEC big_smile jeśli ktokolwiek dotrwał do końca - bardzo proszę o interpretację i może jakąś poradę? Moją taktyką na przetrwanie i pokonanie tego kryzysu jest bycie dobrym, starać się (ale nie włazić w dupę) i nie demotywuję się jeśli jest gorszy dzień, bo wiem że karma wraca.

Reklama
Zobacz podobne tematy :

2

Odp: kryzys po 7 latach

Czyli masz bogate słownictwo, jesteś merytoryczny i inne takie. Jej zdanie jako, że nie ma tego wszystkiego okazuje się głupotką...
No cóż, gdybym chciała to dla sportu mogłabym poprzeć każdą tezę i przedyskutować tak, że druga strona zapomniałaby jak się nazywa. Czy to oznacza, że mam rację, a druga strona tylko głupotki? 
Gdybym przez lata dyskutowała z kimś kto w ten sposób podchodzi do moich opinii, zawsze stawia kontrę, robi z mojego zdania „głupotki”, sprowadza mnie do roli głupiej, to też bym od towarzystwa takiej osoby uciekała. To czego Ty jej nie dajesz, czyli rozmowy, a nie polemiki, wysłuchania, docenienia jej zdania i wyborów... to wszystko dają jej inni: koleżanki, psycholog, kosmetyczka, współpracownicy itd. W ich towarzystwie nie jest sprowadzana stale do parteru...
To powiedzmy taka luźna obserwacja jednego z aspektów tego co opisałeś. Jak sam zauważyłeś Twój opis jest subiektywny, dotyczy małego wycinka waszej relacji, więc o tym czy powyższa obserwacja ma coś na rzeczy i może coś zmienić zdecyduj sam.

3

Odp: kryzys po 7 latach
zmartwiony86 napisał/a:

Witam!
Na wstępie powiem że jestem facetem, co niby oczywiście wynika z nicku, ale to tak dla jasności. Do rzeczy.
Nigdy nie wierzyłem w coś takiego jak kryzys po 7 latach związku. Wydawało mi się to głupie, że faktycznie okres bycia razem może mieć wpływ na to, że u wielu (wiem, że nie u wszystkich) par zaczyna się to w tym samym czasie. Aż do momentu gdy nam nie stuknęło te 7 lat (sierpień zeszłego roku). Do tego nałożyło się jeszcze jedno - w międzyczasie (jesienią) i ja i ona skończyliśmy 30 lat. A wiadomo, że jest to jakiś kamień milowy w życiu człowieka, czas podsumowań itp.
No dobrze, ale o co dokładnie chodzi? Tak jak napisałem jesteśmy razem teraz już prawie 8 lat. przy czym od 2,5 roku mieszkamy razem. I tak naprawdę nie można powiedzieć, że jest źle w tym sensie, że się kłócimy, czy że są jakieś kwestie, gdzie brak jest porozumienia. Nie. Spory oczywiście są, ale takie jak u wszystkich. Problem polega na - nie wiem czy to dobre słowo - rozczarowaniu, jakie pojawia się u niej. Polega to dokładnie na tym, że jej się marzy wielka prawdziwa miłość z motylkami w brzuchu, dzikie pożądanie, tego typu emocje, które są charakterystyczne dla każdego rozwijającego się związku (u nas też tak było) ale które z czasem przekształcają się w uczucia może mniej intensywne, ale głębsze i prawdziwsze.
Jak więc wygląda nasze życie w praktyce? W praktyce wygląda to tak, że oczywiście żyjemy sobie razem. Razem śpimy, razem jemy, ja jej robię śniadanka do łózka w weekendy, ona mi robi kanapki do pracy. Niby ok, natomiast jednocześnie ona stara się uciekać z domu i robić coś innego. Z jednej strony jest to łatwe, bo ma taką pracę, że często wyjeżdża, czasem na dzień-dwa, czasem nawet na tydzień. Z drugiej nawet jak nie musi to stara sobie szukać zajęć poza domem (koleżanki, kosmetyczka itp) tak by nie być ze mną. Jednocześnie bywa też tak, że wymyśla np. żebyśmy pojechali do jej mamy, a gdy ja się waham to ona płacze że chce spędzić ten czas ze mną a ja nie chcę. Przykre. Do tego trzeba dodać, że raz na jakiś czas zdarzają się dni wspaniałe. Takie jak kiedyś. Gdy robimy razem COŚ. I wtedy jest miło. Bardzo miło. Godzinny spacer. Kino. Wspólne zakupy. Naprawdę jest miło i mi i jej. Tyle, że po X czasu gdy znów ma spadek nastroju to twierdzi, że "tak, było miło, ale to nic nie zmienia".
Kolejną kwestią jest też to, że niestety ma złych doradców. Ma cztery przyjaciółki od serca, którym przedstawia mnie jako najgorszego typa, a one doradzają. Uważam, że jest to niesprawiedliwe, bo ona nadając na mnie koleżankom nie jest obiektywna (zapewne tak jak ja nie jestem do końca obiektywny pisząc ten post wink ) i przedstawia racje tylko jednej strony, ale one i tak doradzają. Ponadto uczęszcza do pani psycholog, która jest specjalistką od uzależnień i miała jej pomóc w jej walce z napadami obżarstwa (walka z otyłością to dłuższa historia). Nic jej w tym nie pomogła, natomiast co spotkanie to oczywiście gadają na mój temat i pani psycholog również udziela jej porad. Nie wiem czy to jest normalne, bo psycholog powinien ją (nas) odesłać na terapię dla par i tam rozwiązywać tą sytuację, a nie słuchać jednej strony i wysuwać na tej podstawie wnioski. No ale nieważne.
Dochodzimy pomału do meritum. Czy w tym wszystkim jest miłość? Z mojej strony tak. Z jej? Nie wiem, myślę też że ona sama nie wie. To istota tego kryzysu. Z jednej strony mówi, że jest rozczarowana, ze czuje się jak uschnięty kwiat. Z drugiej strony nie próbuje tego zakończyć. Parę tygodni już była o włos od tego by się wyprowadzić, ale zrezygnowała. Może stchórzyła. Może nie potrafi. Ciężka sprawa.
Żeby było też jasne rozmawiamy o tej sytuacji. Co jakiś czas. Z tymi rozmowami to jest ciężko u niej, ponieważ na jej nieszczęście mam dobrą pamięć, bogaty zasób słownictwa i umiejętność merytorycznej argumentacji. Ona tego wszystkiego nie ma. Więc często jest tak, że ona zaczyna rozmowę z jakąś przyjętą przez siebie tezą (ja jestem przekonany że włożoną do głowy przez "doradców" lub przynajmniej przez nich potwierdzoną) a potem sama dochodzi do wniosku, że to głupie. Gdyby miała w uchu słuchawkę i "doradcy" mogliby na bieżąco doradzać to co innego, natomiast sama nie potrafi, co jak dla mnie znaczy że nie jest to wszystko tak do końca przemyślane i szczere co mówi. Rozmowy ogólnie mają przebieg bardzo różny, tj zawsze spokojny, ale czasem płaczemy, a czasem wręcz się śmiejemy z tych głupotek co ona wymyśla i próbuje forsować.

KONIEC big_smile jeśli ktokolwiek dotrwał do końca - bardzo proszę o interpretację i może jakąś poradę? Moją taktyką na przetrwanie i pokonanie tego kryzysu jest bycie dobrym, starać się (ale nie włazić w dupę) i nie demotywuję się jeśli jest gorszy dzień, bo wiem że karma wraca.

Wniosek?
Wszyscy dokoła Twej partnerki mają kiepskie o Tobie zdanie, wypowiadają się i doradzają w sprawach, o których nie mają pojęcia, jednym słowem są 'be', ona zaś wymyśla głupotki. Ty jeden masz patent na nieomylność i wiesz, jak ma wyglądać wasze wspólne zycie: jeśli terapia, to was dwojga, jeśli spędzanie czasu wolnego - to tylko we dwoje, bo inne kontakty są ucieczką.

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.
Reklama

4

Odp: kryzys po 7 latach

Powiem ci tak chłopie, gorzej trafić nie mogłeś.
Do wieczora dziewczyny tak cię tutaj przeczołgają, że zapomnisz jak się nazywasz i o co chciałeś zapytać big_smile

Dobre pomysły przychodzą jak już coś spier**lisz.

5

Odp: kryzys po 7 latach
anderstud napisał/a:

Powiem ci tak chłopie, gorzej trafić nie mogłeś.
Do wieczora dziewczyny tak cię tutaj przeczołgają, że zapomnisz jak się nazywasz i o co chciałeś zapytać big_smile

Gwoli wyjaśnienia.
Gdyby wątek założyła kobieta, moja opinia byłaby taka sama.

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.
Reklama

6

Odp: kryzys po 7 latach

Wytłumaczę wam na przykładzie taką dyskusję, może zrozumiecie że nie chodzi tu o moją nieomylność.
Jakoś tak miesiąc temu, na początku kwietnia znów miała gorszy dzień i zaczęła w stosunku do mnie wyrzuty, że ja NIC Z NIĄ nie robię i NIE MAM JEJ NIC DO ZAPROPONOWANIA. Wobec tego wymieniłem jej cały poprzedni miesiąc dzień po dniu co się działo i uświadomiłem, że przez 31 dni marca były tylko DWA dni, gdy znalazła dla mnie czas i wtedy coś robiliśmy razem. W pozostałe dni albo jej nie było (wyjazdy) albo wracała z pracy późno (po 22) albo wracała wcześniej ale np. spała całe popołudnie bo źle się czuła itp. I niestety nie potrafiła odpowiedzieć na to jak może mi zarzucać to, że nic razem nie mówimy skoro nie ma czasu?
Albo rozmowa na temat wyprowadzki - mojej czy jej. Przynajmniej czasowo. Pytam - co takiego mogłabyś wtedy robić czego nie możesz robić teraz? Na to ona, że mogłaby np. zaprosić koleżanki. A ja na to, że przecież te jej koleżanki były u nas nie raz. Ona na to, że tak, ale one ZNAJĄ PRAWDĘ, w sensie że jest niemiło i czułyby się niekomfortowo. Więc pytam czyja to zatem wina, że tak jest? Po co im się żali na wszystko i powoduje takie sytuacje, że przez to nie możemy się wszyscy razem zobaczyć? Hmmmm. Nie wie. Głupi wyraz twarzy. Więc pytam czy uważa to za normalne, że rozważa zakończenie związku po tylu latach żeby móc zaprosić koleżanki? Czy uważa że to właściwy tok myślenia? Nie wie.
I takie to są właśnie rozmowy!
A co do żalenia się koleżankom - spotykaliśmy się z nimi nie raz. I zawsze było miło i bez zgrzytów. Jeżeli mają o mnie złe zdanie to nie dlatego że coś im zrobiłem tylko dlatego, że znają tylko jej wersję. A jak widać jest to trochę zakłamane, skoro np. mówi im że nigdzie jej nie zabieram i nie robimy nic razem, a jednocześnie nie daje mi takiej szansy nawet bo nie ma czasu? Zresztą ja tak nie do końca mam do niej o to wszystko pretensje - bo ma potrzebę wygadania się to gada. Mam pretensję do koleżanek, które postępują tak jak nie postępuje ktoś fair. Dla mnie najlepszym przykładem jest siostra mojej wybranki, z którą nie lubimy się od pierwszego wejrzenia i zawsze jak się widzimy to wieje chłodem, ale wychodzi ona z założenia że TO NIE JEJ SPRAWA i nie bawi się w żadne doradzanie.

7 Ostatnio edytowany przez Klio (2017-05-18 11:07:44)

Odp: kryzys po 7 latach
zmartwiony86 napisał/a:

Wytłumaczę wam na przykładzie taką dyskusję, może zrozumiecie że nie chodzi tu o moją nieomylność.
Jakoś tak miesiąc temu, na początku kwietnia znów miała gorszy dzień i zaczęła w stosunku do mnie wyrzuty, że ja NIC Z NIĄ nie robię i NIE MAM JEJ NIC DO ZAPROPONOWANIA. Wobec tego wymieniłem jej cały poprzedni miesiąc dzień po dniu co się działo i uświadomiłem, że przez 31 dni marca były tylko DWA dni, gdy znalazła dla mnie czas i wtedy coś robiliśmy razem. W pozostałe dni albo jej nie było (wyjazdy) albo wracała z pracy późno (po 22) albo wracała wcześniej ale np. spała całe popołudnie bo źle się czuła itp. I niestety nie potrafiła odpowiedzieć na to jak może mi zarzucać to, że nic razem nie mówimy skoro nie ma czasu?
Albo rozmowa na temat wyprowadzki - mojej czy jej. Przynajmniej czasowo. Pytam - co takiego mogłabyś wtedy robić czego nie możesz robić teraz? Na to ona, że mogłaby np. zaprosić koleżanki. A ja na to, że przecież te jej koleżanki były u nas nie raz. Ona na to, że tak, ale one ZNAJĄ PRAWDĘ, w sensie że jest niemiło i czułyby się niekomfortowo. Więc pytam czyja to zatem wina, że tak jest? Po co im się żali na wszystko i powoduje takie sytuacje, że przez to nie możemy się wszyscy razem zobaczyć? Hmmmm. Nie wie. Głupi wyraz twarzy. Więc pytam czy uważa to za normalne, że rozważa zakończenie związku po tylu latach żeby móc zaprosić koleżanki? Czy uważa że to właściwy tok myślenia? Nie wie.
I takie to są właśnie rozmowy!

Dobra jest big_smile
Hmmm.... Wygląda to na mocne niedopasowanie intelektualne i temperamentów. Zgrzyty na tym tle będą i tyle.
Wygląda to też na to, że ona chce zerwać tylko robi to na raty. Przy czym stwierdzenie to byłoby bliższe prawdy gdyby to co tu przedstawiasz zaczęło się niedawno, a nie wygląda na to. Narzekanie na Ciebie, szukanie dziury w całym raczej nie zaczęło się w 7 roku związku. Pewne rzeczy jak do tej pory były zamiatane pod dywan, ale im dłużej jesteście razem tym bardziej to co wam nie pasuje staje się nie do zniesienia.
Edycja:
Kolejna sprawa: naprawdę nie rozumiesz co mogłaby robić po wyprowadzce, czego nie może robić teraz? wink Oczywistą odpowiedzią jest, że nie byłoby Ciebie... W miejsce oczywistej odpowiedzi udzieliła takiej, która nie spali mostów.

8

Odp: kryzys po 7 latach

To też nie do końca jest tak.
Po pierwsze to ona jest finansowo niezależna i może się wyprowadzić choćby jutro. Przecież nie położę się jak Rejtan w drzwiach i nie każę jej przejść po mnie jeśli jest taka odważna. Również jeżeliby wykazała determinację w tym bym to ja się wyprowadził to bym to zrobił. Tak jak mówiłem nasze rozmowy nie mają charakteru awantur i możemy normalnie rozmawiać i na taki temat.
Po drugie to ona nie jest osobą wyrachowaną. Nie odbierzcie tego źle, bo nie mam nic negatywnego na myśli, ale pomimo 30 lat na karku ona nie jest osobą zdolną do takich gierek, żeby zrywać na raty czy żeby próbować sterować sytuacją tak bym to ja zakończył ten związek. To nie ten typ człowieka. Wiem, bo dwa z trzech moich związków przed nią były właśnie z takimi kobietami i wiem po czym poznać takie zachowania.
Po trzecie to ona jest osobą zakompleksioną i uważa się za mało atrakcyjną. Moim zdaniem jest atrakcyjna, natomiast jak do tej pory raczej nie trafia na ludzi, którzy myślą podobnie. Pomimo że pracuje w korpo, obraca się wśród naprawdę wielu osób "pięknych i bogatych", jeździ na imprezy firmowe, wyjazdy gdzie alkohol leje się strumieniami i nikt jak do tej pory nawet nie próbował jej - za przeproszeniem - zaliczyć. I znów, żebyście nie odebrali tego źle - to po prostu nie jest tak, że jej niechęć czy rozczarowanie jest spowodowane tym, że przeze mnie coś w życiu traci. Coś czyli okazję na nowy związek czy choćby dobrą zabawę. Więc nawet jeśli ostatecznie dojdzie do tego że przestaniemy razem mieszkać to nie dlatego żeby mogła robić to co było mi zasugerowane.

9 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2017-05-18 11:43:21)

Odp: kryzys po 7 latach

A ja Ci współczuję sytuacji, nie będę Cię czołgać jak prorokuje Anderstud, ale zauważę 2 rzeczy.

1. Twoja kobieta ma jakiś problem z sobą, skoro trafiła na terapię. Nie upieraj się, że ma to być terapia wspólna, bo jeżeli problem dotyczy jej, na wspólnej tego nie załatwicie.
2. Jak napisały Ci dziewczyny i ja się z tym zgadzam- nie okazujesz jej szacunku, dając do zrozumienia, że Twoje racje są lepsze, logiczniejsze- jesteś w stanie udowodnić jej nieścisłości i głupotki- wierzę że tak jest- tylko jakie korzyści z tego dla Twojego związku?

Ona próbuje się znaleźć w Waszej relacji i masz rację- ucieka- zastanów się dlaczego nie czuje się z Tobą sam na sam komfortowo?
Ja Ciebie nie oskarżam- pewnie gdybyś trafił na logiczną, nie mającą problemów ze sobą dziewczyną- miałbyś świetny związek.

Słowo klucz- SZACUNEK.

Piszę Ci to, bo mój mąź trafił na terapię, która mnie przeczołgała- moje myśli na ten temat były jak Twoje.
I uwierz ja też świetnie posługuję się logiką, argumentami i w starciu ze mną na tym polu nie miał szans. To była walka bez sensu.
Gdy to zrozumiałam, to był pierwszy ważny krok dla nas.
TU nie chodzi o obiektywną rację- chcesz związku- daj jej więcej zrozumienia- zrozum że terapia ma swoje fazy, teraz dziewczyna jest skupiona na sobie- i może być jeszcze gorzej. Twój wybór, czy będziesz miał siłę i ochotę być z nią.
U nas coś się zmieniło dopiero po roku terapii.

EDIT.
Sam zauważasz, w pracy czuje sie gorsza, mniej atrakcyjna,
W domu głupsza od Ciebie...
Terapia to też nie pieszczoty..
Musi zbudować swoje poczucie wartości, a to potrwa.

10 Ostatnio edytowany przez feniks35 (2017-05-18 11:53:59)

Odp: kryzys po 7 latach

Tez mi sie wydaje ze Twoja luba chcialaby sie rozstac ale nie bardzo wie jak sie za to zabrac bo glupio powiedziec w wieku 30 lat zostawiam Cie gdyz juz nie ma motylkow z pierwszych miesiecy zwiazku a ja myslalam ze takie emocje beda forever. Chcialabym sprobowac czegos nowego z kims nowym bo wiesz od 22 roku zycia jestem tylko z Toba i nie posmakowalam innych wrazen.  No nie bardzo pasuje by cos takiego powiedziec wiec szuka dziury w calym jako argumentu fo zerwania. Narzeka kolezankom wymyslajac pierdy, one natomiast nie znajac obiektywnej prawdy mowia no skoro on o Ciebie nie dba to olej dziada. No i jak tu je zaprosic do was skoro zbudowala im taki obraz Twej osoby. Jeszcze nie daj boze bylbys szarmancki mily, podal kawke i ciasteczka i powstalby zgrzyt w tym obrazie buca i egoisty.
Druga sprawa ona tak naprawde wie ze ma z Toba dobrze. Dbasz kochasz zabiegasz robisz sniadanka. Troche szkoda to stracic mimo ze nowe kusi. Gdybys chociaz byl niedobry dla niej, pil zdradzal olewal to bylby mocny argument czemu musiala odejsc. A tak...odejdzie, okaze sie ze nowe zycie i nowe "meny" wcale nie lepsze i co? Nie wypada wrocic i powiedziec kochany chce sie z Toba zejsc a to ze Cie wtedy zostawilam to wiesz musialam sprawdzic czy mi z kims innym nie bedzie lepiej. Dlatego ona sie tak miota i kalkukuje czy lepiej sie  "przemeczyc" w starym pewnym ale nudnym ukladzie czy jednak szukac nowych doznan. Ja bym nie latala, nie przekonywala i nie nadskakiwala. Wrecz przeciwnie. Zle Ci? Chcesz odejsc? Prosze bardzo. Pomoge Ci sie nawet pakowac. Badz szczesliwa z kims innym.  Tylko wiedz ze jesli odejdziesz to skutecznie. Zadne przerwy zadne okresy probne. Jakos czuje ze od razu usiadlaby na d... e i uznala ze jednak ma z Toba dobrze. A nawet jesli odejdzie to lepiej teraz niz po slubie i majac dzieci.
Co do niskiego poczucia wartosci. Nawet jesli takowe posiada to trudno oczekiwac od Autora zeby wzial na siebie wine za to i pokornie znosil tego konsekwencje. Przeciez on sie stara, zabiega o wspolny czas i atrakcje. Jest gotow podjac wspolna terapie by cos zrozumiec naprawic jesli jest taka potrzeba.  To ona ucieka do kolezanek, kosmetyczki i innych zajec. Troche to dla mnie sliskie wykorzystywanie takiego faktu. Ja tez moglabym mowic mojemu mezowi ze sie nie czuje atrakcyjna i moze jakby mnie codziennie rano obsypywal kwiatami, wspinal sie po dachu budynku z roza w zebach.albo inwestowal grube tysie w moja garderobe to moze by mi sie poprawilo. No z jakiej racji on ma tak robic? Ja mam problem i to ja mam go rozwiazac z jego pomoca a nie on ma zrobic tak zeby bylo dobrze a ja i tak bede niezadowolona i szukajaca dziury w calym.

11

Odp: kryzys po 7 latach
feniks35 napisał/a:

Tez mi sie wydaje ze Twoja luba chcialaby sie rozstac ale nie bardzo wie jak sie za to zabrac bo glupio powiedziec w wieku 30 lat zostawiam Cie gdyz juz nie ma motylkow z pierwszych miesiecy zwiazku a ja myslalam ze takie emocje beda forever. Chcialabym sprobowac czegos nowego z kims nowym bo wiesz od 22 roku zycia jestem tylko z Toba i nie posmakowalam innych wrazen.  No nie bardzo pasuje by cos takiego powiedziec wiec szuka dziury w calym jako argumentu fo zerwania. Narzeka kolezankom wymyslajac pierdy, one natomiast nie znajac obiektywnej prawdy mowia no skoro on o Ciebie nie dba to olej dziada. No i jak tu je zaprosic do was skoro zbudowala im taki obraz Twej osoby. Jeszcze nie daj boze bylbys szarmancki mily, podal kawke i ciasteczka i powstalby zgrzyt w tym obrazie buca i egoisty.
Druga sprawa ona tak naprawde wie ze ma z Toba dobrze. Dbasz kochasz zabiegasz robisz sniadanka. Troche szkoda to stracic mimo ze nowe kusi. Gdybys chociaz byl niedobry dla niej, pil zdradzal olewal to bylby mocny argument czemu musiala odejsc. A tak...odejdzie, okaze sie ze nowe zycie i nowe "meny" wcale nie lepsze i co? Nie wypada wrocic i powiedziec kochany chce sie z Toba zejsc a to ze Cie wtedy zostawilam to wiesz musialam sprawdzic czy mi z kims innym nie bedzie lepiej. Dlatego ona sie tak miota i kalkukuje czy lepiej sie  "przemeczyc" w starym pewnym ale nudnym ukladzie czy jednak szukac nowych doznan. Ja bym nie latala, nie przekonywala i nie nadskakiwala. Wrecz przeciwnie. Zle Ci? Chcesz odejsc? Prosze bardzo. Pomoge Ci sie nawet pakowac. Badz szczesliwa z kims innym.  Tylko wiedz ze jesli odejdziesz to skutecznie. Zadne przerwy zadne okresy probne. Jakos czuje ze od razu usiadlaby na d... e i uznala ze jednak ma z Toba dobrze. A nawet jesli odejdzie to lepiej teraz niz po slubie i majac dzieci.

I taki punkt widzenia jak u Feniks też ma swoje racje. Bo nie Ty odpowiadasz za jej problemy z sobą i niedojrzałość. To, że nie ma dzieci, ułatwia sprawę.
Nikt nie mógłby mieć do Ciebie pretensji o odejscie. Pytanie tylko czy szukać osoby na całe życie przymierzając i odrzucając kandydatów, jak coś nie gra, czy coś z tym zrobić? TWOJA decyzja- to jest właśnie ból., smile

12

Odp: kryzys po 7 latach
Ela210 napisał/a:
feniks35 napisał/a:

Tez mi sie wydaje ze Twoja luba chcialaby sie rozstac ale nie bardzo wie jak sie za to zabrac bo glupio powiedziec w wieku 30 lat zostawiam Cie gdyz juz nie ma motylkow z pierwszych miesiecy zwiazku a ja myslalam ze takie emocje beda forever. Chcialabym sprobowac czegos nowego z kims nowym bo wiesz od 22 roku zycia jestem tylko z Toba i nie posmakowalam innych wrazen.  No nie bardzo pasuje by cos takiego powiedziec wiec szuka dziury w calym jako argumentu fo zerwania. Narzeka kolezankom wymyslajac pierdy, one natomiast nie znajac obiektywnej prawdy mowia no skoro on o Ciebie nie dba to olej dziada. No i jak tu je zaprosic do was skoro zbudowala im taki obraz Twej osoby. Jeszcze nie daj boze bylbys szarmancki mily, podal kawke i ciasteczka i powstalby zgrzyt w tym obrazie buca i egoisty.
Druga sprawa ona tak naprawde wie ze ma z Toba dobrze. Dbasz kochasz zabiegasz robisz sniadanka. Troche szkoda to stracic mimo ze nowe kusi. Gdybys chociaz byl niedobry dla niej, pil zdradzal olewal to bylby mocny argument czemu musiala odejsc. A tak...odejdzie, okaze sie ze nowe zycie i nowe "meny" wcale nie lepsze i co? Nie wypada wrocic i powiedziec kochany chce sie z Toba zejsc a to ze Cie wtedy zostawilam to wiesz musialam sprawdzic czy mi z kims innym nie bedzie lepiej. Dlatego ona sie tak miota i kalkukuje czy lepiej sie  "przemeczyc" w starym pewnym ale nudnym ukladzie czy jednak szukac nowych doznan. Ja bym nie latala, nie przekonywala i nie nadskakiwala. Wrecz przeciwnie. Zle Ci? Chcesz odejsc? Prosze bardzo. Pomoge Ci sie nawet pakowac. Badz szczesliwa z kims innym.  Tylko wiedz ze jesli odejdziesz to skutecznie. Zadne przerwy zadne okresy probne. Jakos czuje ze od razu usiadlaby na d... e i uznala ze jednak ma z Toba dobrze. A nawet jesli odejdzie to lepiej teraz niz po slubie i majac dzieci.

I taki punkt widzenia jak u Feniks też ma swoje racje. Bo nie Ty odpowiadasz za jej problemy z sobą i niedojrzałość. To, że nie ma dzieci, ułatwia sprawę.
Nikt nie mógłby mieć do Ciebie pretensji o odejscie. Pytanie tylko czy szukać osoby na całe życie przymierzając i odrzucając kandydatów, jak coś nie gra, czy coś z tym zrobić? TWOJA decyzja- to jest właśnie ból., smile

Tylko widzisz Ela mnie nie o to chodzi ze jak sie cos psuje to trzeba sie ewakuowac najlepiej. Sama zyje w kilkunastoletnim zwiazku i nie zawsze bylo tylko cudownie ale wciaz jestesmy razem mimo braku potomstwa. Tylko czym innym jest szukanie rozwiazan problemow ktore sie pojawiaja a czym innym wychowywanie partnera i uczenie go dojrzalosci ktorej sie nie dorobil. Ja nie jestem rodzicem tylko zona/ partnerka. Jesli moj facet nie wie czy jest ze mna szczesliwy i nie czuje spelnienia mimo ze ja daje z siebie wszystko to nie bede z siebie flakow wyprowac zeby moze jednak uznal ze jest ok.

13

Odp: kryzys po 7 latach
zmartwiony86 napisał/a:

(...) I takie to są właśnie rozmowy! (...)

To nie są rozmowy, to przepychanki dwojga osób i spór o to, czyja racja jest lepsza.

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.

14 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2017-05-18 12:17:56)

Odp: kryzys po 7 latach

Jakby nawet chciał się ewakuować, to ja go nie potępię. Ani nie wartościuję, że pozostanie z nią jest lepsze. Nie mam niestety szklanej kuli, czy odejść łatwiej, czy walczyć. Chcę tylko by dostrzegł, że ma w tym swoją rolę- nie winę.

15

Odp: kryzys po 7 latach

Zmartwiony, to co mi się nasunęło czytając Twoje posty :
1. Twój brak szacunku dla partnerki.
Piszesz tutaj, ze miała "głupia minę " , nie potrafi sama wybrać jedynie posługuje się radami koleżanek , jest taka siaka i opisujesz z lekceważeniem jej zachowanie.
Oceniasz ja.
Jeżeli tutaj tak ja oceniasz, to pewnie w rozmowie z nią tez popełniasz taka "ocenę" pod która skrywa się brak szacunku do niej, a ona to co najmniej wyczuwa.
Czyli pierwszy problem, który kryje się w Twojej głowie i tylko Ty możesz zmienić swoje myślenie o niej.
Nie skupiaj się na ocenianiu jej zachowania, nie jesteś od tego, możesz co najwyżej określić Twoje odczucia które wywołuje jej zachowanie.
2. Problemy w związku omawia się i rozwiązuje w związku,  bez korzystania z usług osób trzecich, o ile nie są to wspólnie wybrani terapeuci.
Partnerka znalazła sobie grono koleżanek którym opowiada szczegóły Waszego związku, przedstawia swoją wersje zdarzeń i oczekuje wsparcia,porady, współczucia.
Oczywiście uzyskuje to.
Ale to jest droga do rozbicia związku niż do jego naprawy, to jest droga do uzyskania poparcia swoich opinii  bez uwzględnienia opinii partnera.
Nie tedy droga, to nie z koleżankami ma rozwiązywać Wasze problemy ale z Tobą.
3. Pozytywne jest to, ze macie choć jeden wspólny "język miłości". To wspólne wartościowe spędzanie czasu. Na wycieczce, na wyjściu do kina itd. To Was łączy i to pielęgnujcie . Może jeszcze macie inne języki wyrażania miłości ? Co oczekuje partnerka - prezentu albo miłego słowa albo dotyku albo przysługi ?
4. "Nigdy nie mów nigdy" smile
W związku czesto popełnia się błąd polegający na generalizowaniu, używaniu słów "nigdy", "zawsze" itd.
A jest to nieprawda która bardzo rani druga stronę.
"Nigdy nie sprzątasz po jedzeniu" - cóż.... facet stara się pamiętać  na 10 przypadków sprzątnie 2-3 razy. sad
Mało , ale się stara i określenie ze "nigdy" raczej osiągnie odwrotny skutek od zamierzonego a na dodatek zniechęci go, zrazi. To taki przypadek "light".
Porozmawiajcie o wspólnym unikaniu słów "nigdy" lub "zawsze" w dyskusjach o sobie.

16

Odp: kryzys po 7 latach

Postaram się po kolei odnieść do tego co jest w kolejnych postach.

1. Trafiła na terapię ponieważ ma problem ze swoją otyłością. Walka z otyłością to tak naprawdę pół jej życia, przy czym nawet w okresach gdy była naprawdę szczupła (moim zdaniem aż za szczupła) czuła się nieatrakcyjna. W grudniu ubiegłego roku poddała się zabiegowi wszczepienia balonika do żołądka - po to by schudnąć. Balonik wkłada się na pół roku, potem się wyjmuje, a ten czas jest dany po to by nauczyć się żyć po nowemu, czyli mniej i mądrzej jeść. I dlatego trafiła do psychologa od uzależnień. Odchudzanie szło jej bardzo dobrze przez pierwszy miesiąc. Schudła w sumie 15kg. Niestety od stycznia waga stoi lub waha się minimalnie. Przestała już nawet chodzić na siłkę, dietę raz stosuje raz nie. Za to pani psycholog zamiast ją motywować to ją usprawiedliwia. Np. taką logiką, że ona nie chudnie bo podświadomie się boi. Czego? Tego że jak schudnie to będzie miała "większe pole wyboru" czyli łatwiej jej będzie kogoś poznać. Ja nie jestem psychologiem ale nie rozumiem kompletnie czegoś takiego. Nie chudnie bo olała ćwiczenia i dietę, a olała bo zawsze u niej tak jest że ma słomiany zapał. Tyle jeśli chodzi o terapię.

2. Nie zgadzam się że nasze dyskusje są jakimś objawem braku szacunku z mojej strony. Dyskusja nie polega na tym, że jedna osoba mówi coś, a druga ma obowiązek się z tym zgodzić. To, że zwracam uwagę na - moim zdaniem - bezsensowność niektórych jej argumentów nie zamyka sprawy, bo mogłaby po prostu rozwinąć myśl albo mi dokładniej wytłumaczyć motywacje jakie nią kierują, to co myśli itp. Nie robi tego dlatego, że nie umie sama uargumentować tego co mówi. Ja nie jestem jakimś tyranem, nie krzyczę ani nie manipuluję, tylko zadaję proste pytania. To wszystko. Tutaj też dyskutujemy o tej sytuacji, Wy częściowo nie zgadzacie się ze mną, ja częściowo się nie zgadzam z Wami, ale chyba nie ma tu jakiegoś braku szacunku?

3. Ona w pracy wcale nie czuje się gorsza. Co to to nie. Zna swoją wartość, ma talenty związane z tym co robi, jest po prostu dobra i przełożeni mają wysoką ocenę jej pracy. W domu nie jest też tak, że jest głupsza ode mnie. Raz jeszcze powtórzę - ja jej nie wyśmiewam tylko pytam o to co mówi. Nie dyskutujemy o tym czy pójść na zakupy do Lidla czy do Biedronki tylko o związku i przyszłości.

4. Ja jestem cierpliwy, tak jak napisałem w pierwszym poście, nie daję się zdemotywować i wspieram ją jak mogę. Natomiast postępów ku lepszemu nie widać hmm

5. Nie jest prawdą stwierdzenie, że "wiesz jesteśmy razem od 22 roku życia i chciałabym spróbować czegoś innego". Tzn prawdą jest, że tak długo. Ale pierwszy jej związek trwał 4 lata. Potem kolejny półtora roku. I potem poznała mnie. Do tego jak u każdego jakieś mniejsze czy większe platoniczne zadurzenia. Nie jest więc tak, że jestem jej pierwszym, nie zna innego świata i chce spróbować. Ma doskonałe porównanie. I nie twierdzę, że na tle tamtych ja jestem boski i w ogóle ach och. Nie. Po prostu ma porównanie.

6. Ona doskonale wie, że ma ze mną ZA dobrze. Pomimo iż w rozmowach ze mną jak i z "doradcami" mówi zapewne inaczej. Jedyną rzeczą jaką robi w mieszkaniu jest przelew raz w miesiącu na wspólne konto, z którego żyjemy. Do tego incydentalnie zrobi mi kanapki lub ogarnie w kuchni. Całą codzienność - zakupy, wyrzucanie śmieci, obsługa zmywarki itp robię ja. Ona nawet nie wiedziałaby gdzie jakie opłaty robić. Nie czuję się bohaterem, nie widzę w tym nic złego skoro ona pracuje więcej. Ale przykre, że nie docenia, a przynajmniej takie sprawia wrażenie.

7. Lęk przed samotnością i nowym na pewno ją przeraża. Co innego gdyby ktoś był, jakiś potencjalny chętny, chociażby ktoś kto jej się spodoba z wzajemnością. To by pewnie przeważyło szalę. Natomiast póki co nic takiego nie ma.

8. Jeśli chodzi o jej niskie poczucie wartości - ja nigdy nie dałem jej do zrozumienia nawet, że uważam ją za nieatrakcyjną. Ona to wie i akurat to jest jedna z rzeczy, których zarzucić mi nie może i nawet nie próbuje. Wie że ją akceptuję taką jaką jest.

9. Moim zdaniem na tym etapie życia (30 lat, prawie 8 lat razem, wspólne mieszkanie itp.) warto zawalczyć. Rozstać zawsze się zdążymy jeśli będzie już beznadziejnie i nie będzie żadnych perspektyw. Ale może jednak warto do tego nie dopuścić, bo można stracić coś wartościowego. Teraz jest źle, ale za miesiąc czy rok nie musi być tak jak jest. Może być lepiej.

Chyba na razie tyle wink

17

Odp: kryzys po 7 latach

Nilt nie napisał, że jesteś tyranem, ale skłonnosci do kontrolowania to masz. Jeżeli schudła 15 kg i jest opór, by robiła to dalej- ten opór tłumaczy psycholog, a Ty niby akceptujesz ją, a jednak krytukujesz psychologa, w tym, że popiera jej prawo do powiedzenia stop.-
Masz rację, nie jesteś psychologiem i mam wrażenie, że chcesz, by psycholog poparł Twój punkt widzenia.
Można odnosić sukcesy w pracy i czuć sie tam niepewnie- o tym pisałeś w poprzednich postach.
Dopóki nie dostrzeżesz tego, że za bardzo chcesz ją ustawiać, nic się nie zmieni.

18

Odp: kryzys po 7 latach

Jej założenie było takie, że schudnie 50kg w pół roku. To nie było raczej możliwe, natomiast 30kg jak najbardziej tak, bo tyle normalnie ludzie chudną z balonikiem. To są jej własne cele. Za każde 10kg miała mieć motywację w postaci koralika Pandora - to był jej własny pomysł by czuć się zmotywowaną. Pierwszy dostała na początku stycznia i obstawiałem, że kolejny będzie na przełomie luty-marzec. A nie wiadomo czy w ogóle będzie.
I ja nie oczekuję od pani psycholog by mnie popierała. Ja oczekuję by była neutralna.

19

Odp: kryzys po 7 latach
zmartwiony86 napisał/a:

Jej założenie było takie, że schudnie 50kg w pół roku. To nie było raczej możliwe, natomiast 30kg jak najbardziej tak, bo tyle normalnie ludzie chudną z balonikiem. To są jej własne cele. Za każde 10kg miała mieć motywację w postaci koralika Pandora - to był jej własny pomysł by czuć się zmotywowaną. Pierwszy dostała na początku stycznia i obstawiałem, że kolejny będzie na przełomie luty-marzec. A nie wiadomo czy w ogóle będzie.
I ja nie oczekuję od pani psycholog by mnie popierała. Ja oczekuję by była neutralna.

Psycholog nie będzie neutralny- będzie podążał za swoim klientem, chroniąc przede wszystkim  jego. Jak masz czas, przeczytaj mój wątek.
Pozostaje Ci zdyntansowanie się bez wrogości. Lub rozejscie się.

20

Odp: kryzys po 7 latach

No dobra, to może teraz ja.
Pomijając bzdety, nad którymi szkoda w ogóle się rozwodzić, przejdźmy do konkretów, a te wyglądają następująco.
Wasz związek dobiega końca, ona nie chce już z tobą być i odejdzie, tylko jeszcze nie bardzo może sobie wyobrazić jak to będzie.
Zwykle w takich przypadkach impulsem do ostatecznego rozstania jest poznanie kogoś nowego i wejście w nową relację.
Tak też będzie tutaj, to jest tylko kwestia czasu. Przerabiałem dokładnie to samo i też rozbijaliśmy gówno na atomy
próbując dojść do tego dlaczego nasze małżeństwo po 8 latach jest w takim stanie w jakim jest. Schemat dokładnie ten sam.
Przez cztery miesiące lata moja żona nie znalazła czasu na wspólny wyjazd za miasto na głupie ognisko czy nad jezioro,
chociaż miała dość czasu na to, żeby przez pół niedzieli szukać butów dla dziecka po sklepach, a drugie pół spędzić na fejsbuku.
Co oczywiście w niczym jej nie przeszkadzało, żeby mieć do mnie wieczne pretensje, że nic razem nie robimy.
Wyciągnięcie jej z domu na krótki spacer "do żabki i z powrotem" to musiałem szantażem i groźbami na niej wymuszać,
bo ciągle zajęta w tym pierdo***ym internecie siedzi i z kimś gada, a to na jakimś forum, a to na fejsie, a to klientka coś chce, a to coś.
I tak w kółko bez końca. Pewnego dnia pokłóciliśmy się tak mocno, że kazała mi się wynosić, bo mnie nienawidzi i nie chce ze mną być.
Spakowałem najpotrzebniejsze rzeczy i wyniosłem się z domu. Przez cztery miesiące jedno i drugie się czaiło, kto ma pierwszy zagadać,
spotykaliśmy się tylko w firmie, no i przy okazji przekazywania sobie dziecka. Po tych czterech miesiącach pojechaliśmy w trójkę na majówkę
i nagle wszystko wróciło do stanu z początków naszej znajomości, kiedy nie mogliśmy oderwać od siebie wzroku i rąk, aż sam byłem w szoku.
Byłem święcie przekonany, że idzie ku lepszemu i lada dzień zejdziemy się z powrotem. Wtedy poznała gdzieś jakiegoś typa i było pozamiatane.
Umówiłem się z nią na ostateczną rozmowę, podczas której jej się niechcący wyrwało, że tak naprawdę, to jej się po prostu zaczęło nudzić.
Rozumiesz? Wśród całego zalewu bzdetów wykutych na blachę (bo ty mnie nie przytulałeś, bo ty nie lubisz moich rodziców, bo ty to tamto sramto)
to jedno krótkie zdanie wyjaśnia wszystko. Wyjaśnia też to co się dzieje w twoim związku i to co się dzieje w tysiącach innych związków.
Oczywiście że jak się człowiek uprze, to wynajdzie 1001 powodów, dla których dzieje się źle, ale prawda jest taka, że związki zabija nuda
i to wcale nie chodzi o nudę w sensie "bo robimy ciągle to samo" tylko o brak tych emocji, które towarzyszą każdemu związkowi na początku,
kiedy dwoje ludzi dopiero się spotyka, zaczyna poznawać, wszystko jest takie nowe, inne, fascynujące i ekscytujące, że aż mózg ropier*ala...
Mojej trzeba było czegoś nowego i jak już znalazła, to za tym poszła. Twoja też pójdzie, tylko na razie nie ma jeszcze dokąd. Ot i cała wielka filozofia.
Życie jest proste i składa się z dwóch słów TAK lub NIE. Cała reszta, to tylko pier*olenie.

Dobre pomysły przychodzą jak już coś spier**lisz.

21

Odp: kryzys po 7 latach

Jak tak czytam to wszystko to wychodzi, że wasz kryzys to całkiem standardowy kryzys wieloletniego związku. Prochu tu nie trzeba wymyślać. Sukces będzie zależał od chęci u każdego z was. Potrzebna jest zdolność do introspekcji, a z braku takiej ktoś kto pozwoli na taką i kto pokieruje odpowiednio.

Ona jest rozczarowana, bo wcześniej wszystko było idealnie w fazie zakochania, ale faza zakochania mija i z czasem przychodzi właśnie rozczarowanie drugą osobą i całą relacją. Wcześniej po prostu się kochaliście, nie było żadnych wymagań, żadnej krytyki (przynajmniej nie takiej poważnej), a obecnie miłość bezwarunkowa zmienia się w taką warunkową wink a to już znaczy, że jeśli nie zwrócicie na to baczniejszej uwagi o miłości jakiejkolwiek nie będzie już mowy. Już nie iskrzy jak na początku, nie rzucacie się na siebie i powiało pewnie nudą w sypialni. Brakuje wspólnych celów, a zamiast nich zwraca się uwagę na to co dzieli, na rozbieżności, na to, że inaczej chcecie spędzać czas, na to, że co innego jest dla was priorytetem etc. Macie coraz mniej cierpliwości i chęci do tego by robić jakiekolwiek ustępstwa i poświęcenia dla drugiej strony. To rodzi egoizm, również w waszych rozmowach. „Moje jest ważniejsze”, „Moja racja jest mojsza” itd. Przestrzeń jaką sobie nawzajem dawaliście zaczynacie odczuwać jako odsunięcie (w tym przypadku zwłaszcza Ty). Z kolei ona coraz bardziej koncentruje się na życiu poza związkiem, a przez to z czasem łatwiej jej będzie zrezygnować z czegoś od czego małymi krokami się odsuwa. Krok za krokiem i dojdzie do drzwi, zamknie jej za sobą i już nie będzie do czego wracać. Potrzeba wolności w związku, ale trzeba też dbać o sam związek, bo jeśli dąży do wolności absolutnej, to związek jest już do niczego nie potrzebny. I w tym punkcie wydaje się, że Twoja partnerka mocno się zapętla i trudno znaleźć jej równowagę.
O tym wszystkim trzeba porozmawiać, umieć wyjść poza siebie i swoje racje, wykazać się empatią i to muszą zrobić dwie osoby. Jeżeli we własnym zakresie nie będziecie w stanie ruszyć z tego miejsca to skorzystajcie jednak z terapii par. Trudno powiedzieć czy sam będziesz w stanie pokierować tak rozmową, żeby prowadziła do konstruktywnych rozwiązań (nie tylko w Twoim mniemaniu, ale również jej. Ten element umyka Ci wink ). Trudno powiedzieć, czy ona Twoje próby porozumienia zrozumie jako takie, czy też jako kolejne próby wciskania jej czegoś, niezrozumienia jej itp. Otwartość, chęć, świadomość grania w jednej drużynie i dążenia do wspólnego celu są tu potrzebne. Ona może zacząć od tego, żeby pozbyć się „wspólnego frontu przeciw” bo trąci to mocno nielojalnością. Założę się, że koleżanki mają już po dziurki w nosie roztrząsania waszego związku na czynniki pierwsze przy każdej możliwej sposobności...

I tak jak pisał Anderstud, gdy związek jest na takim etapie, w takim stanie, to wystarczy mała iskra, małe popchnięcie w czyjąś, trzecią stronę wink żeby rzucić w diabły związek. Jeżeli nie ma jeszcze trzeciej osoby i jeżeli ona będzie chciała kontynuacji i naprawy waszego związku to są szanse na sukces. Jeżeli teraz jednak pojawi się ktoś to szanse na szczęśliwe dla was zakończenia spadają do niemal zera.
Tymczasem jeśli zostawicie to własnemu biegowi to marnie to widzę.

22

Odp: kryzys po 7 latach

Ja wiem, że psycholog może działać tak by za wszelką cenę zatrzymać klienta/pacjenta i w ten sposób zapewnić sobie stały dochód (ona do niej chodzi w miarę możliwości co tydzień). Ale jednak jest to fachowiec, który specjalizuje się w uzależnieniach. Ciekawe czy jak inni przychodzą z uzależnieniem od papierosów, hazardu czy zakupów to też im tłumaczy, że winny jest cały świat tylko nie oni? Nie mogę tego pojąć. Choć dopuszczam taką myśl, że ona po prostu pani psycholog nie mówi całej prawdy. Np tego, że zabraniam jej jeść pół godziny przed pójściem spać, a jak idę się myć to ona i tak się skrada do lodówki i podjada. I myśli że ja nie wiem! Uważam, że w zakresie jej chudnięcia ja robię wszystko co mogę. Nie daję jej pokus, jeśli jest na jakiejś konkretnej diecie to kupuję jej produkty, a nawet przygotowuję jakieś wynalazki typu bezglutenowe kokosanki. Staram się ją też motywować do chodzenia na siłkę. W zależności od dnia na to wszystko reaguje zawstydzeniem (jakby wiedziała, że źle robi) albo agresją. Wydaje mi się, że po pół roku chodzenia do psychologa powinna zrobić jakiś postęp, a tu nic. Właśnie dlatego wszczepiła sobie ten balonik, żeby samej sobie odciąć możliwość obżerania się, bo wie że ma z tym problem. A i tak nie działa. Ale oczywiście na panią psycholog złego słowa powiedzieć nie wolno.

Jeśli zaś chodzi o historię opisaną przez @anderstud. To jest właśnie sedno problemu. Nuda, przewidywalność. Zresztą o tym pisałem. Że jej brak emocji i wrażeń jakie zawsze są na początku. Tylko możliwości są dwie. Albo jakoś sobie wszystko w głowie przewartościować (bo w końcu nie każdy związek się rozpada po takim kryzysie) albo zmarnować tyle lat życia na próbowanie czegoś nowego. Nie ma jednoznacznych odpowiedzi co jest lepsze, to zależy myślę od konkretnego człowieka i sytuacji. Jedna osoba decydując się na kontynuowanie związku może stracić coś ważnego, czyli nową miłość, która może byłaby lepsza. Inna osoba może wszystko stracić nie zyskując nic w zamian.

23 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2017-05-18 14:53:20)

Odp: kryzys po 7 latach

Jeśli  Pani szuka celu w życiu, zastanawia się co ją nudzi co kręci, to tym bardziej ustawianie i naciskanie na nią jest bez sensu i popycha ją w drugą stronę.
Tak więc niestety Autorze, nie ty rozdajesz tu karty. Nie ulegaj też fałszywemu mniemaniu że to psycholog miesza ( znam to wink) lub kolezanki.
Jesli w związku jest ok koleżanki nie mają takiej mocy. Najlepiej skup się na sobie i swoich pasjach, póki jej się nie wyklaruje. Wyjdzie Ci to na zdrowie.
Czego w ogóle Ona oczekuje po tym związku? a czego Ty?- bo tak naprawdę nie piszesz o tym..

Edit.. teraz doczytałam ostatni post... Na litość boską!!! Co Ty jej mamusia, ze jej cokolwiek zabraniasz? Zacznij traktować ją jak dorosła osobę!
Ubezwłasnowalniasz ją, a jeszcze być może traktujesz jak któreś z jej rodziców, stawiasz poprzeczki do osiągnięcia, za które będzie nagroda...
sama chyba do takiego traktowania przywykła, skoro sobie tę pandorkę zafundowała.. Przestań to robić.

To co ona opowiada psychologowi to ich sprawa- to jest proces. Chętnych do leczenia psychologom nie zabraknie. Po co w ogóle o tej terapii rozmawiacie- odetnij się. Niechcący będziesz hamował jej skuteczność, podważając zaufanie do psychologa.

Zmartwiony sabotujesz siebie sad

Kochasz ją? idź kup do tej pandorki 10 koralików, w tym serduszka. Za nic. za to że ją kochasz. chcesz pomóc jej w odchudzaniu- tyle możesz by sam jeść zdrowe produkty. Niech wasz dom kojarzy się do cholery z miłym miejscem, a nie takim, gdzie trzeba się czegoś wstydzić!

24

Odp: kryzys po 7 latach
zmartwiony86 napisał/a:

Ja wiem, że psycholog może działać tak by za wszelką cenę zatrzymać klienta/pacjenta i w ten sposób zapewnić sobie stały dochód (ona do niej chodzi w miarę możliwości co tydzień). Ale jednak jest to fachowiec, który specjalizuje się w uzależnieniach. Ciekawe czy jak inni przychodzą z uzależnieniem od papierosów, hazardu czy zakupów to też im tłumaczy, że winny jest cały świat tylko nie oni? Nie mogę tego pojąć.

Gdy ktoś przychodzi do psychologa z uzależnieniem od alkoholu, narkotyków, hazardu etc. pierwszym krokiem jest całkowite zrezygnowanie z tego co daną osobę uzależnia. Całkowite odcięcie. Jak myślisz? Z jedzeniem też się tak da? wink Stąd droga do pokonania uzależnienia jest bardziej kręta.
Jedzenie przy tym stanowi czubek góry lodowej, bo przez osoby uzależnione jedzenie nie jest traktowane jak jedzenie. Za konsumpcją kryją się najczęściej mechanizmy radzenia sobie z emocjami itd. Wnikać nie będę, bo tu już jej psycholog będzie wiedział najlepiej z czym ma do czynienia i z czym ona tak naprawdę zmaga się zajadając właściwy problem...

25 Ostatnio edytowany przez zmartwiony86 (2017-05-18 15:07:19)

Odp: kryzys po 7 latach

Nie zgadzam się z postem Eli.
Ja przez te wszystkie lata co jesteśmy razem w zasadzie nigdy niczego jej nie zabroniłem. A ona też nigdy tego nie nadużyła, bo jak idzie to zawsze mówi gdzie i faktycznie tam chodzi. Nie zabraniam jej niczego. Ale jak widzę jak jednego dnia płacze do poduszki, że to takie bez sensu, że nigdy nie schudnie, że nie da rady, a trzy dni później o 23 otwiera lodówkę i robi sobie kanapki z których aż wysypują się składniki, po czym idzie się myć i spać to mi się nóż w kieszeni otwiera. Tak wiem, w sumie jej sprawa. Ale co? Mam to olać?
A poprzeczki jak widzisz stawia ona sobie sama. Sama wyznaczyła cel chudnięcia i kolejne progi. Póki chudła to była w to na maksa wkręcona. Jak przestała to początkowo się nie przejęła. A potem olała temat całkowicie. Niby chodzi do dietetyczki, ale to kolejny pozór, bo w praktyce nie chodzi, bo boi się co ona powie jak zobaczy że nie schudła.

Kolejna kwestia - koleżanki. Oczywiście, że mają taką moc. Przytoczę przykład, bo na przykładach najlepiej wytłumaczyć. Mniej więcej w grudniu jej znów nie było, a mi było źle. Postanowiłem więc wysłać jej szczerą wiadomość na fejsie. Możesz sobie mówić że to dziecinne, trudno. Zrobiłem to gdzie szczerze opisałem to co myślę i co czuję. Tak szczerze jak wtedy byłem zdolny. A na końcu tej wiadomości odnosząc się do sytuacji zasugerowałem, że wiem o destrukcyjnej roli w tym wszystkim jej przyjaciółki, którą na potrzeby tego wątku nazwijmy A. Jakie to miało konsekwencje?
Otóż przyjaciółka A. jest jej najlepszą przyjaciółką, a przy okazji psychologiem (nie tym do którego chodzi). Można śmiało powiedzieć, ze to byli nasi najbliżsi znajomi. Jeździliśmy kilka razy wspólnie, a to na wakacje, a to w góry. Razem spędziliśmy w sumie trzy z ośmiu sylwestrów. Odwiedzaliśmy się regularnie, średnio 2-3 razy miesiącu. Fajna znajomość. A. była dla mnie zawsze przemiła, natomiast jednocześnie obrabiała mi dupę i była fałszywa. Stąd więc taka wstawka w tej mojej wiadomości.
Finał sprawy - wyszło w ich (jej i A.) na to, że cała ta wiadomość była PROWOKACJĄ mającą na celu obrazę A. Jako, że to był grudzień A. zdecydowanie odmówiła spędzenia sylwestra czy widzenia się ze mną. Efekt jest tego taki, że od pół roku ona musi jeździć tam do niej sama, bo ja nie jestem mile widziany. Nie wnikam w to czy po prostu skorzystała z okazji czy też szczerze poczuła się dotknięta, bo obie opcje są prawdopodobne. Efekt jest taki jaki jest. Nie jeździmy już tam, oni nie przyjeżdżają tu a to jak napisałem robiliśmy często. No i mamy pat.

A czego bym chciał ja? Żeby takich dni czy okresów kiedy jest jak kiedyś było jak najwięcej. I tyle. A ona nie wie czego chce i to jest sedno problemu.

26 Ostatnio edytowany przez Klio (2017-05-18 15:19:59)

Odp: kryzys po 7 latach

I co niby chciała osiągnąć przekazując A. Twoją wiadomość, która nie była przeznaczona dla oczu A.? Twoja dziewczyna jest po prostu nielojalna i ma tendencję do szukania grupy, bo w kupie siła tongue Tego nie zmienią żadne terapie itp.

zmartwiony86 napisał/a:

A poprzeczki jak widzisz stawia ona sobie sama. Sama wyznaczyła cel chudnięcia i kolejne progi. Póki chudła to była w to na maksa wkręcona. Jak przestała to początkowo się nie przejęła. A potem olała temat całkowicie. Niby chodzi do dietetyczki, ale to kolejny pozór, bo w praktyce nie chodzi, bo boi się co ona powie jak zobaczy że nie schudła.

Do chudnięcia podchodzi tak samo jak do swojego nałogu. Wszystko zasadza się na nagrodzie, porażce i poczuciu winy. Sposób myślenia o jedzeniu przeniosła na odchudzanie. Z odchudzania będą nici, bo zamienił stryjek... Z tymi właśnie mechanizmami powinna radzić sobie z psychologiem.

27

Odp: kryzys po 7 latach

1. Tak, masz to olać, te kanapki.- jest dorosła
2. Tak stawia sobie te poprzeczki sama- tak ja pewnie w domu wytresowano- z tym może walczy na terapii..
3. Mozna dawać pełną wolność, a jednak osaczać- ja to świetnie wiem...
4. Sam wplątujesz niepotrzebnie wątek koleżanki we wspólne sprawy. Piszesz szczerze o uczuciach, to skup sie na Was, a nie pisz o koleżankach.
to jej przyjaiółki i wierz lub nie- zaakceptują każdy jej wybór- dlatego na co dzień sa dla Ciebie mili, bo jesteś JEJ Facetem - jeszcze.

Weż to przemyśl, bo tak jak jest teraz to droga do rozstania..

28

Odp: kryzys po 7 latach
Klio napisał/a:

I co niby chciała osiągnąć przekazując A. Twoją wiadomość, która nie była przeznaczona dla oczu A.? Twoja dziewczyna jest po prostu nielojalna i ma tendencję do szukania grupy, bo w kupie siła tongue Tego nie zmienią żadne terapie itp.

Nie Klio.. To świadczy jak dalece jest pogubiona i na ile nie ma wsparcia u Autora. Bo naprawdę nie ma, wybrała go na Cerbera, ale doszła do momentu, gdzie chce się uwolnić. Przypuszczam że miała wymagającego  i narzucajacego swoją wolę rodzica, teraz ma takiego mężczyznę.
To właśnie zajada...
Póki Zmartiony tego nie zauważy, d...a z tego będzie i lepiej by się rozstali..

29

Odp: kryzys po 7 latach

No jak to co miała na celu? To oczywiste. Chciała spytać o poradę co tu z tym fantem zrobić. Albo nawet nie tyle prosić o radę. Po prostu jej pokazać żeby była na bieżąco. To, że jest to prowokacja to na bank pomysł A.

I widzisz o to właśnie chodzi. Ja nie jestem kobietą, ale nie jest żadną tajemnicą że tak jak faceci w swoim gronie skarżą na kobiety jakie są złe tak samo kobiety się żalą na facetów. Nie ma w tym nic złego. Gorzej gdy przyjaciółka się za bardzo zaangażuje, a grunt jest podatny (czyli moja niezdecydowana wybranka).

30

Odp: kryzys po 7 latach

W żaleniu się są jednak granice. To co robi Twoja dziewczyna prowadzi do trwałego zerwania jakichkolwiek więzi pomiędzy Tobą, a jej znajomymi. Wszyscy otrzymują jedynie negatywny przekaz na Twój temat i pewnie pukają się w głowę co ona jeszcze z Tobą robi. To nie jest zwykłe pytanie o radę, a tworzenie wspólnego frontu przeciw. Bo jeżeli nie tylko ja uważam coś na jakiś temat, ale cała grupa, to pewnie wszyscy mamy rację...
Oczywistym jest, że jeśli jest to jej przyjaciółka to się zaangażuje. W końcu dobro Twojej partnerki leży jej na sercu. Twoja dziewczyna gdyby miała dobro waszego związku na sercu i dobro wszystkich relacji w jakich jest miałaby na tyle oleju w głowie, żeby nie antagonizować jednych przeciw drugim, zwłaszcza, że konflikty wyglądają na wydumane i rozdmuchane.
Tak się nie robi po prostu będąc w związku. Nie obgaduje się bezcelowo właściwie i jedynie negatywnie partnera, o ile ten partner nie daje szczególnych podstaw ku temu. Jest nielojalna i tyle. I to nie tylko w stos. do Ciebie. W jakiej sytuacji stawia ona wszystkich swoich znajomych? Czy zastanowiła się nad tym? Robi konflikty, skłóca jednych przeciw drugim i próbuje się wpasować to w ten front to w tamten.
Co do tego co Ela napisała, że miała raczej kontrolujących rodziców i Ty też masz w sobie zapędy do tatusiowania,zgadzam się. Związek nie trwałby tyle lat, gdyby ona nie lubiła być zaopiekowaną i pokierowaną, a Ty gdybyś nie lubił zaopiekować, pokierować i wychować wink tongue

31 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2017-05-18 15:53:14)

Odp: kryzys po 7 latach
Klio napisał/a:

W żaleniu się są jednak granice. To co robi Twoja dziewczyna prowadzi do trwałego zerwania jakichkolwiek więzi pomiędzy Tobą, a jej znajomymi. Wszyscy otrzymują jedynie negatywny przekaz na Twój temat i pewnie pukają się w głowę co ona jeszcze z Tobą robi. To nie jest zwykłe pytanie o radę, a tworzenie wspólnego frontu przeciw. Bo jeżeli nie tylko ja uważam coś na jakiś temat, ale cała grupa, to pewnie wszyscy mamy rację...
Oczywistym jest, że jeśli jest to jej przyjaciółka to się zaangażuje. W końcu dobro Twojej partnerki leży jej na sercu. Twoja dziewczyna gdyby miała dobro waszego związku na sercu i dobro wszystkich relacji w jakich jest miałaby na tyle oleju w głowie, żeby nie antagonizować jednych przeciw drugim, zwłaszcza, że konflikty wyglądają na wydumane i rozdmuchane.
Tak się nie robi po prostu będąc w związku. Nie obgaduje się bezcelowo właściwie i jedynie negatywnie partnera, o ile ten partner nie daje szczególnych podstaw ku temu. Jest nielojalna i tyle. I to nie tylko w stos. do Ciebie. W jakiej sytuacji stawia ona wszystkich swoich znajomych? Czy zastanowiła się nad tym? Robi konflikty, skłóca jednych przeciw drugim i próbuje się wpasować to w ten front to w tamten.
Co do tego co Ela napisała, że miała raczej kontrolujących rodziców i Ty też masz w sobie zapędy do tatusiowania,zgadzam się. Związek nie trwałby tyle lat, gdyby ona nie lubiła być zaopiekowaną i pokierowaną, a Ty gdybyś nie lubił zaopiekować, pokierować i wychować wink tongue

W normalnej sytuacji jest tak jak piszesz, ale tu mamy sytuację ostrego zyciowego zakrętu. Zgadza się, chciała być pokierowana, to znała i z tym czuła sie bezpiecznie. Ale widocznie nie było to zdrowe, skoro miała problemy z objadaniem się i w końcu przyszedł moment by sie poukładać. lepiej teraz niż w wieku 50 lat.
Ja doskonale znam Twoje odczucia teraz autorze.
Gdy mój mąż trafił na terapię, obwiniałam terapeutkę o wszystko co najgorsze- byłam w tym tak wiarygodna, że niektóre dobre dusze na forum przesyłały mi adresy, gdzie zwrócić się ze skargą. smile I dzięki im za dobroć i empatię:) Ale byli też tacy, co wylali kubeł zimnej wody.. To wszystko trudne jest dla Ciebie- ale Ona musi to przejść. Ty możesz być  z nią i przetransformować Wasze relacje lub odejść.. Twoje prawo.
Jesli jeszcze nie ma powikłań w postaci trzeciej osoby w związku i bolesnych słów które padły- transformacja tej relacji będzie łatwiejsza, ale tak samo już nie będzie.

32

Odp: kryzys po 7 latach

Odnośnie tych koleżanek to jest gorzej niż myślicie. Np dialog z poniedziałku między mną i nią.
Rozmawiamy ogólnie o tym co jest i jak jest. Dialog:
(j)a - dlaczego pośród tylu zajęć i pracy nie wygospodarujesz czasu dla mnie, chociażby żebyśmy poszli na basen?
(o)na - bo ja nie chcę z Tobą chodzić na basen
j - ale dlaczego? czy kiedykolwiek jak poszliśmy na basen było niefajnie? niemiło?
o - no właśnie zawsze było milo i fajnie
j - ??? nie rozumiem?
o - bo jak pójdziemy i będzie miło i fajnie a ja kiedyś będę chciała się wyprowadzić to powiesz, że "czemu się wyprowadzasz, przecież czasem bywa miło?"
j - ale może w życiu nie chodzi o to by dawać sobie argumenty do wyprowadzki albo do nie wyprowadzki, tylko o to by wyprowadzka nie była konieczna? żeby po prostu było miło? żeby wątpliwości odeszły?
o - ale ja tyle tym koleżankom moim już naopowiadałam, że chcę się wyprowadzić, że teraz to aż byłoby mi głupio...
j - czyli rozważasz wyprowadzkę bo "co koleżanki powiedzą"? Ty słyszysz siebie?
Znów ta głupia mina, nie wie co powiedzieć....

33 Ostatnio edytowany przez Nekuro (2017-05-18 17:15:31)

Odp: kryzys po 7 latach

Jak już napisano dziewczyna chce z Tobą zerwać. Być może nie potrafi albo się waha bo nie ma drugiej opcji. Trudno powiedzieć jaka jest przyczyna jedynie na podstawie twoich postów. Być może oczekuje nowych motylków w brzuchu i codzienność ją mierzi, być może ty z jakiegoś powodu jesteś dla niej irytujący, być może przezywa jakiś kryzys w związku ze swoją terapią lub wiekiem. Skoro często "ucieka" z domu, ograniczaj twój kontakt z jej koleżankami i nie chce by was widywano razem to być może już ma kogoś na oku.
Powiedź wprost, że wiesz, że chce się wyprowadzić i zerwać kontakt. Być może sobie coś wyjaśnicie tym razem i będzie szansa to naprawić.

btw Niepotrzebnie skupiasz się na koleżankach bo prawdopodobnie nie nastawiają ją przeciwko Tobie tylko utwierdzają ją w tym co mówi. Jeżeli mówi złe rzeczy o Tobie to mają o Tobie złe zdanie. Oczekiwanie jakiegoś obiektywizmu jest bez sensu. Zdejmij różowe okulary i przestań usprawiedliwiać swoją dziewczynę złymi koleżankami.

34 Ostatnio edytowany przez Ela210 (2017-05-18 17:06:37)

Odp: kryzys po 7 latach

Cokolwiek by się nie działo, nie możesz traktować jej jak dziecka- po co Ci takie dziecko jako partnerka życiowa?
Widać, że mocno jest zagubiona i podatna na wpływy, naprawdę oddal się od niej, na nic nie naciskaj- jesli Ci zależy, zachowaj neutralną życzliwość, i módl się za tą psychoterapeutkę, by pomogła jej poukładać sobie w głowie i podejmować samodzielne decyzje.. Ona się boi, że będziesz na nią naciskać, boi sie dać Ci jakąkolwiek "broń do ręki.. Na każdym kroku udowadniacie jej, ze jest głupia.. Koleżanki pewnie to samo, z powodu ze jest z Tobą. Kurdę, szkoda mi jej- NIKOMU z Was na niej nie zależy. Pozostaje lodówka. Płakać mi sie chce nad tym postem.

35

Odp: kryzys po 7 latach
Nekuro napisał/a:

codzienność ją mierzwi.

co jej robi?

36 Ostatnio edytowany przez feniks35 (2017-05-18 17:52:54)

Odp: kryzys po 7 latach
_v_ napisał/a:
Nekuro napisał/a:

codzienność ją mierzwi.

co jej robi?

Mierzwi. Swa codziennosciowa reka targa jej starannie ulozona grzywke big_smile
A powaznie to czytajac fragment dialogu basenowego tez nie mam watpliwosci ze ona Cie juz nie chce Autorze i wije sie jak piskorz by sie wyrwac ze zwiazku  tylko Ty jak na zlosc zamiast dawac jej argumemty do tego to je wytracasz  propozycjami ktore stawiaja teN zwiazek w korzystnym swietle.
Tak szczerze to nie wiem o co Ty na sile walczysz. O kobiete ktora Cie nie chce? Ktora tylko strach przed nieznanym (moze gorszym) bez Ciebie trzyma z Toba? Ktora ...sorry za szczerosc ale nie ma nawet na tyle dojrzalej osobowosci zeby sama za siebie decydowac tylko patrzy na zdanie kolezanek albo na to co powiedza? Pasuje Ci rola tatuska? Bo faktycznie do takiej sie sprowadziles. Ona nadundana stoi a Ty kucasz i cierpliwie jej tlumaczysz zbierajac rozsypane zabawki ze niu niu tak nie wolno, tak nie ma sensu. Ani Tobie nie sluzy raczej rola rodzica ( bo nie wierze ze kreci Cie rola prowadzacego wiecznie za reke opiekuna ktory MUSI tlumaczyc ze Wasz zwiazek jest fajny) ani jej ta Twoja postawa raczej nie przyciaga ku Tobie bo jeszcze bardziej czuje sie mala glupia dziewczynka a nie pozadana podziwiana parterka.
Edit: Co do wagi i odchudzania. Uwierz mi ze gdyby teraz poznala nowego faceta z ktorym bylaby chemia to schudlaby w trymiga sad i nie musialby jak zandarm pilnowac lodowki i nasluchiwac czy sie nie skrada podjadac. Nie szkoda zycia Twojego i jej na takie cos? Nad zwiazkiem trzeba oczywiscie pracowac ale to musi byc wola i motywacja obu stron a Ty chcesz ja wychowac i nauczyc "chcenia" bycia z Toba.

37

Odp: kryzys po 7 latach

Nie mogę się od niej oddalić tak całkiem i pozwolić jej zostać samej ze swoimi myślami. A to dlatego, że wcale nie będzie sama z myślami tylko będą koleżanki wciąż. A jej dojdzie kolejny argument w stylu "on już się nawet nie stara". Poza tym ja na nic nie naciskam, przecież się jej nie narzucam, ani nie żądam od niej żadnych deklaracji. Jak są lepsze dni to po prostu jest miło. Jak są gorsze dni to wtedy rozmawiamy. I takie rozmowy na chwilę (czasem krótszą czasem dłuższą) oczyszczają atmosferę i jakoś dodają napędu temu wszystkiemu.

A co do kolejnego postu - ona nie musi się wić ani kombinować. Serio. Finansowo jest samowystarczalna, więc nic nie stoi na przeszkodzie by się wyprowadziła. Lub powiedziała, że np wyjeżdża na tydzień a mnie prosi bym w tym czasie się wyprowadził. To naprawdę jest proste w jej przypadku, wystarczy chcieć. Skoro tego nie robi to chyba prosty wniosek, że nie jest na to zdecydowana.
Poza tym nie do końca mi się podoba retoryka, że zamiast podziwiania i pożądania jestem tatusiem. To taki tok myślenia 15 latka jak dla mnie. Każdy jest człowiekiem, każdy ma prawo mieć rozterki, mieć chwile słabości i się pogubić. Nie widzę nic nienormalnego w tym, że partner takiej osoby stara się jej pomóc w ten czy inny sposób. Nie przemawia do mnie rola macho, w stylu że jak ona nie spełnia moich oczekiwań to niech spada na drzewo.

38 Ostatnio edytowany przez feniks35 (2017-05-18 18:38:36)

Odp: kryzys po 7 latach
zmartwiony86 napisał/a:

Nie mogę się od niej oddalić tak całkiem i pozwolić jej zostać samej ze swoimi myślami. A to dlatego, że wcale nie będzie sama z myślami tylko będą koleżanki wciąż. A jej dojdzie kolejny argument w stylu "on już się nawet nie stara". Poza tym ja na nic nie naciskam, przecież się jej nie narzucam, ani nie żądam od niej żadnych deklaracji. Jak są lepsze dni to po prostu jest miło. Jak są gorsze dni to wtedy rozmawiamy. I takie rozmowy na chwilę (czasem krótszą czasem dłuższą) oczyszczają atmosferę i jakoś dodają napędu temu wszystkiemu.

A co do kolejnego postu - ona nie musi się wić ani kombinować. Serio. Finansowo jest samowystarczalna, więc nic nie stoi na przeszkodzie by się wyprowadziła. Lub powiedziała, że np wyjeżdża na tydzień a mnie prosi bym w tym czasie się wyprowadził. To naprawdę jest proste w jej przypadku, wystarczy chcieć. Skoro tego nie robi to chyba prosty wniosek, że nie jest na to zdecydowana.
Poza tym nie do końca mi się podoba retoryka, że zamiast podziwiania i pożądania jestem tatusiem. To taki tok myślenia 15 latka jak dla mnie. Każdy jest człowiekiem, każdy ma prawo mieć rozterki, mieć chwile słabości i się pogubić. Nie widzę nic nienormalnego w tym, że partner takiej osoby stara się jej pomóc w ten czy inny sposób. Nie przemawia do mnie rola macho, w stylu że jak ona nie spełnia moich oczekiwań to niech spada na drzewo.

I widzisz teraz robisz to w stosunku do mnie. Probujesz mnie upupic krotkim komentarzem ze to co pisze to tok rozumowania 15 latki. Mam sie  zawstydzic? Sorry nie da rady za stara baba jestem na to wink Nie pojde do kata " z glupia mina"  . Rob jak uwazasz ale dla mnie pogubic sie to jedno a rozumowac w sposob taki ze nie pojde na basen bo bedzie milo a ja juz powiedzialam kolezankom ze milo nie jest i wyjdzie glupio nie jest pogubieniem sie tylko wlasnie tokiem rozumowania 15 latki. To samo z odchudzaniem . No mialas schudnac no mialas dostac za to koralika a Ty jesz i nunu nie bedzie prezentu. No przeciez balonik sobie zafundowalas. Dla mnie gdybym sie zdecydowala na taki zabieg jasnym byloby ze szkoda tego bolu ryzyka kasy by teraz glupio robic i jesc po kryjomu. Moze i nikt nie zauwazy ze podjadam ale ja sama zobacze ze nic nie schudlam i bede wsciekla na siebie. A Ty ...musisz takie oczywiste rzeczy tlumaczyc swej dziewcxynie i ...pasuje Ci to hmm
EDIT: Tak sobie mysle ze Wy oboje sobie zafundowaliscie takie toksyczne piekielko. Jak matka i corka ktore mieszkaja razem chociaz sie kompletnie nie potrafia dogadac i corka tak naprawde juz dawno powinna sie usamodzielnic. Z tym ze corka boi sie tego swiata poza mamina chalupa i dlatego czasem latwiej zostac i sluchac przynudzania "starej" za cene poczucia bezpieczenstwa a mama znowu lubi tak naprawde ta swiadomosc ze moze corke dalej prowadzic za reke i decydowac o jej zyciu bo ...lubi rzadzic i ma kim smile

Posty [ 1 do 38 z 334 ]

Strony 1 2 3 9 Następna

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin
© www.netkobiety.pl 2007-2016