Chcialabym sie dowiedziec czy ktos z was zdecydowal sie kiedys poprosic ksiedza, brata zakonnego albo siostre zakonna o kierownictwo duchowe? Jak wam sie z tym zylo, czy rzeczywiscie lepiej, blizej Boga? Bije sie z myslami ostatnio, potrzebuje kogos doswiadczonego lub uduchowionego zeby pomogl mi zblizyc sie do Boga. Czuje sie jak dziecko we mgle szukajace rodzicow. Brakuje mi kontaktu bliskiego. Chcialabym na nowo sie zakochac w Bogu. Caly czas sie zastanawiam czy to ma sens...
Moja prosba do forumowiczow niewierzacych aby nie wysmiewali mojego pytania i jesli nie macie niczego wartosciowego do powiedzenia, po prostu nie piszcie nic. Dla mnie wiara jest wazna i nie chcialabym przeczytac niczego cynicznego, bolesnego itd.
Pozdrawiam serdecznie ![]()
W sumie zawsze można poprosić kogos o takie kierownictwo duchowe , ale trzeba uważać aby trafić na kogos rozsądnego i mądrego bo czasami można się mocno rozczarować Może na poczatak zacznij od tego że poszukaj sobie spowiednika takiego który potraktuje Ciętak jak byś tego chciął i zacznij chodzić do spowiedzi Nie mów mu o tym kierownictwie ale postaraj się aby Cię zapamiętał żeby widziłą twoją prace i nią kierował To moze tak na poczatek ale nie za bardzo wiem co rozumiesz przeez zbliżenie się do Boga jaką forme chcesz obrać co chcesz osiągnac
jadvinia - to co napisałaś tutaj trochę kłóci się z twoim postem z innego wątku:
Ja co tydzien uczestnicze w Eucharystii. To mi daje sile do przezycia kolejnego tygodnia smile Nie istnieje dla mnie niedziela bez mszy swietej i dobrze sie z tym czuje. Tak na prawde najpiekniejsze chwile w moim zyciu sa wlasnie z Kosciolem zwiazane. Tam zobaczylam, ze sa doznania lepsze od orgazmu smile
Ksieza sa rozni, ale ja na to nie zwracam za duzej uwagi, bo we mszy sw liczy sie spotkanie moje z Bogiem, ktore najpelniej sie wyraza w przyjeciu komunii sw. Tego nie dostane modlac sie w domu, choc i to staram sie robic. Msza sw jest dla mnie oddechem duszy. Na niej czuje, ze zyje.
Pewnie jestem tu odmiencem smile ale musialam sie tym podzielic smile
Wiem, ze niewierzacych nie przekonam, ale czuje potrzebe podzielenia sie tym z wami
Pozdrawiam!
Natomiast twoje słowa świadczą o uzależnieniu graniczącym z fanatyzmem. Twierdzisz, że jesteś osobą wierzącą, ale siły nie daje ci modlitwa, a uczęszczanie do kościoła. Nie widzisz Boga w swoim życiu, ani w otaczającym cie świecie - widzisz go jedynie w trakcie mszy. To jest dość chore i tak naprawdę płytkie podejście. Sprawia, że jesteś podatna na manipulację. Aby nie być gołosłownym rozwinę ten wątek.
Mówisz, że chcesz na nowo zakochać się w Bogu, że obecnie czujesz się jak dziecko we mgle. Ale piszesz również o doznaniach lepszych od orgazmu. Świadczy to o twojej głębokiej tęsknocie wynikającej z chwilowego kryzysu czy też być może wątpliwości. W kościele znajdujesz ukojenie, możesz się wycisz i "doładować akumulatory", a drzwi kościoła są zawsze otwarte. Kiedy masz wątpliwości, kiedy chcesz się pomodlić, a w domu zbyt wiele rzeczy cię rozprasza, to zawsze możesz przyjść. Choćby tylko na 5 minut, aby się pomodlić....przecież to nic złego, nic gorszącego. Wszak dodaje ci to sił....
Ma to ręce i nogi, prawda? Ale to jak narkomanowi wydzielać i porcjować dragi. Chcesz się zbliżyć do Boga? Wyjdź z domu. Rozejrzyj się. Pójdź do parku i odetchnij pełną piersią. Otwórz ciało i umysł oraz swoją duszę na Boga, który jest wszędzie wokół ciebie. Doceń Jego cud w powietrzu, którym oddychasz, w innych ludziach. W deszczu, zimnie, w słońcu, w ciemności nocy i w gwiazdach na niebie. Weź biblię do ręki i zacznij ją czytać i kontemplować jej wersy. Wszystko - tylko nie zdawaj się na prowadzenie przez innych, ani na kościół w sensie konkretnej budowli i mszy samej w sobie, bo już i tak jesteś jak narkoman, który bierze swoją działkę, a i tak mu mało, bo narkotyk nie działa na niego już tak, jak na początku.
Tak gwoli ścisłości - nie, nie jestem katolikiem. Jestem agnostykiem.
jadvinia, każde pragnienie ogranicza doznania. Pragnienie Boga zwiększa oczekiwania i sprawia, że to co dostajemy staje się niewystarczalne w stosunku do potrzeb. Tak samo działa gonitwa za doznaniami cielesnymi i orgazmami; pragnienia przerastają realne możliwości.
Rzecz w zachłanności. Można być zachłannym duchowo i cieleśnie (materialnie).
Pewnego razu do apteki wszedł gość i zapytał :
- Jest lekarstwo na zachłanność.
- Jest!
- Jest? To proszę, ale dużo... dużo...
W tym stanie ducha dobrze by Ci zrobiło przewodnictwo duchowe. Niekoniecznie musi to być zakonnik albo ksiądz, mógłby być nawet... agnostyk, byle umiał rozpoznać te wilcze doły, które przed Tobą.
Dedykuję Ci cytat z pism François-René de Chateaubriand'a:
"Dzban nie wypełni się bardziej jak po brzegi".
Zgodzę się z yoghust007, jeśli Go dobrze zrozumiałem, że Bóg chce odwzajemnienia miłości, ale dobrze pamiętać na słowa Jezusa "cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, mnieście uczynili". Miłość do Boga, póki żyjemy, ma wymiar ludzki w miłości ludzi, także miłości siebie, czyli dbaniu o siebie, swoje zdrowie, szacunek do siebie, radość...
Autorka wątku wywołała u mnie głód wiedzy i od razu zacząłem szukać biografii Hermana von Salza bo chciałem sprawdzić czy on też miał takie wątpliwości jak autorka.
Dzięki za włączenie się do dyskusji ![]()
Chciałabym jednak wytłumaczyć tę pewną nieścisłość, w stosunku do mojego posta z innego wątku. Tam napisałam o rzeczywistym spotkaniu z Bogiem właśnie w Eucharystii. Te "doznania lepsze od orgazmu" pisałam w kontekście tego co można przeżyć wierząc. I jednocześnie sobie uświadomiłam, że chociaż co niedzielę idę do kościoła, to już jakoś o tym zapomniałam. Wiele się w moim życiu od tamtego czasu pozmieniało, założyłam rodzinę, zapędziłam się w wir codziennych obowiązków. W sumie to niedzielna msza św stała się obowiązkiem w jakimś sensie żeby nie czuć wyrzutów sumienia. Ostatnio, dosłownie kilka dni temu poszłam do spowiedzi, po długiej nieobecności (głównie brak czasu albo sposobności) do serdecznego przyjaciela i ten "głód' przeżycia czegoś więcej odżyła. Czy jestem fanatykiem? Trudno mnie tak nazwać. Nie chodzę z posępną miną, nie biczuję się, staram się mieć dystans do wielu rzeczy. Oduczyłam się wierzyć we wszystko co ksiadz mi powie. Jednak poczułam pewien niedosyt. Zaniechałam bliższego kontaktu ze Stwórcą i chcę to odbudować i zastanawiam się czy kierownictwo duchowe to dobry pomysł. Kiedyś już chciałam z tej formy skorzystać, ale nie spotkałam nikogo kto by się nadawał na mojego kierownika....
Autorka wątku wywołała u mnie głód wiedzy i od razu zacząłem szukać biografii Hermana von Salza bo chciałem sprawdzić czy on też miał takie wątpliwości jak autorka.
czekam na wyniki wnikliwej analizy ![]()
Czy jestem fanatykiem? Trudno mnie tak nazwać. Nie chodzę z posępną miną, nie biczuję się, staram się mieć dystans do wielu rzeczy. Oduczyłam się wierzyć we wszystko co ksiadz mi powie.
Fanatyzm ma wiele form. To nie tylko samobiczowanie czy wysadzanie się w autobusach czy samolotach. Nie ma to nic wspólnego z religijnością - to forma uzależnienia, które wykazujesz. Chodzisz do kościoła, bo musisz. Ale nikt ci nie każe przecież. "Pamiętaj, abyś dzień święty święcił" to nie przykaz chodzenia do świątyni, ani uczestniczenia w mszy. Chrześcijaństwo w obecnej formie to nie nauki Chrystusa, ale obrządek wymyślony w celu utrwalenia władzy i zwierzchnictwa Kościoła.
Jeśli będziesz się zmuszać do pewnych aktów (wiary), ale nie będziesz robić tego z potrzeby serca, to nie ma to wiele wspólnego ze zbliżeniem się do Stwórcy. To o czym piszesz to objawy uzależnienia. "Muszę", "chcę więcej". Sama się przeczytaj na głos. I czytaj słowa głośno, dopóki nie staną ci się obce i dopóki nie usłyszysz ich jakby mówił je ktoś inny.
Więcej Boga odnajdziesz dając bezdomnemu kanapkę i w zwykłej codziennej życzliwości wobec innych ludzi niż w uczestnictwie w mszy, w sytuacji, kiedy traktujesz to jako swój obowiązek i jedyną formę zbliżenia się do Boga. On cię widzi. Jest w tobie. I to on cię osądzi, a nie taki czy inny klecha.
Jadviniu, nie wiem czego konkretnie oczekujesz po takim przewodnictwie duchowym. Jeżeli wsparcia w pogłębianiu wiary, to proponuję ci różne wspólnoty w ramach Kościoła Katolickiego. Chociaż sama nie jestem katoliczką, to wiem, że macie bardzo bogatą ofertę różnego rodzaju organizacji typu: "Ruch światło - życie" , wspólnoty neokatechumenalne, klub inteligencji katolickiej itp. Jako katoliczka możesz w nich na pewno rozwinąć się duchowo.
"Jeśli będziesz się zmuszać do pewnych aktów (wiary), ale nie będziesz robić tego z potrzeby serca, to nie ma to wiele wspólnego ze zbliżeniem się do Stwórcy. To o czym piszesz to objawy uzależnienia. "Muszę", "chcę więcej". Sama się przeczytaj na głos. I czytaj słowa głośno, dopóki nie staną ci się obce i dopóki nie usłyszysz ich jakby mówił je ktoś inny."
To nie jest zmuszanie się. Jestem katoliczką od zawsze i wyjście na mszę św. było oczywistością, potem odkryłam w tym coś więcej, ale życie toczy się i z czasem pojawiało się coraz więcej rzeczy, które pochłaniały moją uwagę i nie wiedzieć kiedy pozbawiłam się radości z przeżywania Eucharystii. Tak jak wiele umiejętności w życiu i tę stronę trzeba doskonalić...
"Więcej Boga odnajdziesz dając bezdomnemu kanapkę i w zwykłej codziennej życzliwości wobec innych ludzi niż w uczestnictwie w mszy, w sytuacji, kiedy traktujesz to jako swój obowiązek i jedyną formę zbliżenia się do Boga. On cię widzi. Jest w tobie. I to on cię osądzi, a nie taki czy inny klecha."
To są akty miłosierdzia, które należy czynić, ale to nie wszystko ![]()
Bullitt napisał/a:Autorka wątku wywołała u mnie głód wiedzy i od razu zacząłem szukać biografii Hermana von Salza bo chciałem sprawdzić czy on też miał takie wątpliwości jak autorka.
czekam na wyniki wnikliwej analizy
Wiesz dlaczego akurat jego wybrałem?
Ja jadvinię doskonale rozumiem
Mam też głód Boga i jeśli ktoś Go doświadczył to wie, że im więcej się oczekuje tej bliskości, relacji z Bogiem, tym więcej się jej dostaje a to, co się dostaje nie tylko zaspokaja wewntrzną potrzebę ale i przewyższa oczekiwania.:)
Jadvinia na początek może zaprosze Cię do wątku : http://www.netkobiety.pl/viewtopic.php?pid=1238687#p1238687
Bullit, wiem o nim niewiele poza tym, ze był mistrzem zakonu krzyzackiego. Takie tylko pierwsze skojarzenie. Może sie mylę...
Catwoman zajrze jak tylko dosiade kompa, teraz pisze z komórki.
jadvinia napisał/a:Czy jestem fanatykiem? Trudno mnie tak nazwać. Nie chodzę z posępną miną, nie biczuję się, staram się mieć dystans do wielu rzeczy. Oduczyłam się wierzyć we wszystko co ksiadz mi powie.
Fanatyzm ma wiele form. To nie tylko samobiczowanie czy wysadzanie się w autobusach czy samolotach. Nie ma to nic wspólnego z religijnością - to forma uzależnienia, które wykazujesz. Chodzisz do kościoła, bo musisz. Ale nikt ci nie każe przecież. "Pamiętaj, abyś dzień święty święcił" to nie przykaz chodzenia do świątyni, ani uczestniczenia w mszy. Chrześcijaństwo w obecnej formie to nie nauki Chrystusa, ale obrządek wymyślony w celu utrwalenia władzy i zwierzchnictwa Kościoła.
Jeśli będziesz się zmuszać do pewnych aktów (wiary), ale nie będziesz robić tego z potrzeby serca, to nie ma to wiele wspólnego ze zbliżeniem się do Stwórcy. To o czym piszesz to objawy uzależnienia. "Muszę", "chcę więcej". Sama się przeczytaj na głos. I czytaj słowa głośno, dopóki nie staną ci się obce i dopóki nie usłyszysz ich jakby mówił je ktoś inny.
Więcej Boga odnajdziesz dając bezdomnemu kanapkę i w zwykłej codziennej życzliwości wobec innych ludzi niż w uczestnictwie w mszy, w sytuacji, kiedy traktujesz to jako swój obowiązek i jedyną formę zbliżenia się do Boga. On cię widzi. Jest w tobie. I to on cię osądzi, a nie taki czy inny klecha.
Ops, pojecia nie mamy o Mszy sw. i w ogole co sie w kosciele - jako budowli
moze zdarzyc,
a tyyle piszemy. Syty (?) glodnego nie zrozumie, zwlaszcza ze i Ty i Jadvinia z innych ogrodkow jecie.
A tak na marginesie, to ksiadz, czy jak wolisz "klecha" nie osadza i nie sadzi. Na ziemi sedzia sadzi, ksiadz i spowiedz to nie osad ani tam zaden sad.
A gdybys tak pomodlila sie (do Ducha sw., do Aniola Stroza ) o takiego kierownika, to pewnie Cie nie zawioda.
W zadnym wypadku nie jestes fanatyczka w zlym tego slowa znaczeniu.
I tak naprawde to kazdy jest fanatykiem, z kazdej strony jedziemy - na maxa.
Kazdy zdrowy czlowiek dazy do rozwoju w kazdej dziedzinie zycia. A jesli sam nie moze dalej, to normalne, ze szuka pomocnika, instruktora, nauczyciela.
Asikk ja sie chyba troche boje, bo to jednak odpowiedzialnosc... Sama nie wiem. Mysle, ze modlitwa to podstawa. Zachlysnelam sie ostatnia spowiedzia, ale to powoli mija i nie wiem czy pozwolic temu odejsc czy wrocic... Przy najblizszej spowiedzi porozmawiam o tym, bo jednak poglebione zycie wewnetrzne to rowniez wieksza odpowiedzialnosc za siebie i nie tylko. Nie bede sie tu wywnetrzniac, bo nie wszyscy mnie rozumieja...
Ops, pojecia nie mamy o Mszy sw. i w ogole co sie w kosciele - jako budowli
moze zdarzyc,
a tyyle piszemy. Syty (?) glodnego nie zrozumie, zwlaszcza ze i Ty i Jadvinia z innych ogrodkow jecie.
A tak na marginesie, to ksiadz, czy jak wolisz "klecha" nie osadza i nie sadzi. Na ziemi sedzia sadzi, ksiadz i spowiedz to nie osad ani tam zaden sad.
Tia, bo to wcale nie ksiądz decyduje o odkupieniu twoich grzechów, wielkości pokuty itp. Rozmawia z Bogiem. Przez CB radio najpewniej. ...To ksiądz daje ci chrzest (a może odmówić) jak i ostatnie namaszczenie (i też może odmówić). Może udzielić rozgrzeszenia, albo i nie. A skoro są pośrednikami i działają w Jego imieniu to są i sędziami waszych dusz. Bo powiedz mi - co się dzieje z grzesznikiem, który pożegnał się z tym światem nie wyspowiadawszy się i nie zaznawszy kary za swoje grzechy? No idzie do piekła. Ewentualnie do czyśca. O ile ma szczęście. A jak wyzna grzechy i ksiądz udzieli mu ostatniego namaszczenia - pójdzie do raju. Bez sens jak dla mnie. Że niby Bóg widzi czy ktoś szczerze żałuje czy nie? To po co ksiądz w takim wypadku? Pytań tego typu można zadawać bez liku...
Pokręcona ta instytucja, w której wyznaje się zasadę wolnej woli danej od Boga i wierzy w Jego ingerencję w nasze życia, co przeczy tej idei. W której Bóg jest wszechmogący i miłosierny, ale potrzebuje ludzkich pośredników (Kościoła), którzy decydują o randze grzechów i zadają za nie stosowne kary.....a wymieniać można by jeszcze długo.
Syty głodnego nie zrozumie? Ok - ja nie mam problemów z wiarą, ponieważ nie jestem osobą religijną. Ale nie znaczy to, że jestem osobą niewierzącą. Po prostu nie jest mi to po drodze ze wszelkimi instytucjami kościelnymi. Wyjątkiem są dla mnie religie nonteistyczne, bo działają w oparciu o kompletnie inne mechanizmy.
Najbezpieczniej jest porzucić instytucję i zostać sam na sam z Bogiem- to najlepsze duchowe przewodnictwo, jakie może być. Jednak ZANIM człowiek zdecyduje się na ten krok, zanim odetnie pępowinę z tym co namacalne i czego moze się uchwycić, czasem trochę wody może upłynąć.
To nie do konca jest tak, ze to od ksiedza zalezy co nam odpusci a co nie. Wszyscy zwykle sie czepiaja tego, ze sexu przedmalzenskiego nie chca rozgrzeszac. To nie tak. Spowiedz ma sens kiedy penitent zaluje za grzech i postanawia poprawe. O jakiej poprawie mowa gdy narzeczeni dziela jedno lozko? Itd... Odmawiaja chrztu? A po co chca chrzcic dzieci osoby, ktore do kosciola nie chodza? W trakcie chrztu zobowiazuja sie wychowac swoje dzieci w wierze kosciola katolickiego. Jesli tego nie akceptuja, po co chrzest? Nie slyszalam by komus odmowiono wiatyku, no chyba ze osoba wczesniej zadeklarowala, ze nie chce, a rodzina sie uparla... Nic na sile.
Kosciol ma szerszy wymiar i aby go krytykowac nalezy najpierw poznac.
Zadam zatem pytanie: Kto z was (krytykow) czytal kkk (katechizm kosciola katolickiego)?
20 2012-11-27 08:26:55 Ostatnio edytowany przez Animus (2012-11-27 08:29:04)
[...] Wyjątkiem są dla mnie religie nonteistyczne, bo działają w oparciu o kompletnie inne mechanizmy.
Właśnie w tych religiach nonteistycznych obecność Mistrza jest bardzo ważna.
Katolicyzm traktuje je jako zagrożenie życia duchowego ze względu na brak świadomości działania duchów... złych duchów. Wynika to z doświadczeń egzorcystów (podobno).
Choć staram się do tematu podchodzić racjonalnie, to jednak muszę przyznać, że zjawisko opętania jest dla mnie (jak na razie) racjonalnie nie do pojęcia.
[...]
Zadam zatem pytanie: Kto z was (krytykow) czytal kkk (katechizm kosciola katolickiego)?
Jadvinia, zadałaś ważne pytanie, bo przecież nie można krytykować czegoś, czego się nie zna. A pytasz o stary katechizm, czy o nowy KKK? One się poważnie różnią.
A po co chca chrzcic dzieci osoby, ktore do kosciola nie chodza? W trakcie chrztu zobowiazuja sie wychowac swoje dzieci w wierze kosciola katolickiego. Jesli tego nie akceptuja, po co chrzest?
Tu się z tobą nie zgodzę, chrzest jest dla dziecka, nie dla rodziców, bo z chrztem oferuje się zbawienie i nie ważne czy potem rodzice zapewnią religijne wychowanie czy nie. Nie jest winą dziecka, że rodzice są może mało aktywni religijne, ale skoro chcą mimo to złączyć poprzez Chrzest swoje dziecko z Chrystusem, to nie wyobrażam sobie, że można odmówić tego sakramentu.
Kosciol ma szerszy wymiar i aby go krytykowac nalezy najpierw poznac.
Zadam zatem pytanie: Kto z was (krytykow) czytal kkk (katechizm kosciola katolickiego)?
Moi rodzice mają ślub kościelny tylko i wyłącznie po znajomości, bo żaden 'regularny' ksiądz nie chciał im go udzielić. Inny z mojej parafii akurat odmówił odmówienia mszy w intencji mojej zmarłej babci, bo "co łaska" to nie 20zł, ale minimum 50zł. Mój kumpel nie jest ochrzczony, bo ksiądz odmówił tego jego matce. Na co ona się wkurzyła i zerwała kontakt z KK. Znajomy (prawnik) z poprzedniej pracy, który mocno się udzielał charytatywnie na rzecz KK odszedł od KK jak zobaczył od drugiej strony jak to wszystko wygląda. No, ale wiadomo - ślub, rodzina, chrzest - te co ważniejsze rzeczy trzeba załatwić. Narobił sobie trochę wrogów.....ale nie ma takiego problemu, którego pieniądze nie rozwiążą.
Co ma katechizm do zwykłego cennika usług?
Gdyby nie KK to nigdy nie byłoby mnie stać na zapłącenie cła za fury jakie sobie sprowadzałem z USA. A tak ja(z kumplami bo to był współny biznes) się rozbijałem w kultowych amerykańskich maszynach kiedy wiekszość jeździła Daewoo, a Proboszcz mógł się w Kurii wykazać nowymi 'dziełami' jakie stworzył w swojej parafi. To były czasy.
Dobra, jednak mówimy tu o kierownictwie duchowym, nie o zagrywkach różnych wyznań.
Jeszcze co do tego kierownictwa: jeśli już bardzo jadvinia pragniesz by Tobą kierował jakiś śmiertelnik, musisz sobie też odpowiedzieć na pytanie: do jakiego stopnia chcesz być kierowana? Czy zgadzasz się na ingerencję w swoje życie w 100% ? ...
Jadvinia, swego czasu i ja poważnie rozważałam czy nie poszukać jakiegoś kierownika duchowego, także doskonale rozumiem Twój dylemat. Nie potrafię powiedzieć dlaczego ostatecznie nie zdecydowałam się na nikogo, ale wydaje mi się, że ze strachu. Bo wiesz, kierownictwo duchowe zobowiązuje w tym sensie, że, a nuż, musiałabym wprowadzać w życie jakieś jego zalecenia które niekoniecznie byłyby mi na rękę. Albo, na przykład, dowiedziałabym się że żyję źle, nie po Bożemu, i musiałabym zmieniać coś, co mi się podoba.Tego się chyba bałam najbardziej.
Niemniej, dla mnie ta kwestia nie jest jeszcze zamknięta, nie wykluczam że w przyszłości zdecyduję się na kierownika. Inna sprawa, że chyba ciężko byłoby znaleźć kogoś odpowiedniego. Mam na myśli to, że wszycy księża którzy wydają mi się ok, ich kazania do nich przemawiają, itd. są tak zarobieni że nawet na maile nie odpowiadają a co dopiero mówić o kierownictwie duchowym.
Odnośnie KKK, czytuję od czasu do czasu, zwłaczsza obecnie, w Roku Wiary. Zaglądam zwłaszcza jeśli chcę się dowiedzieć jakie KK ma zdanie w określonej sprawie.
I jeszcze apropos kwestii podniesionej przez Yoghurta: mnie też kłóci się to, że Pan Bóg daje wolną wolę, a jednak ingeruje w nasze życie i w zasadzie to On jest jego mocą sprawczą. Bo chyba tak się przyjmuje, prawda?
Nie rozumiem tego, nikt nie potrafił mi tego sensownie wytłmaczyć do tej pory, ale, jakoś, nie przeszkadza mi to wierzyć w Niego.
Wydaje mi się że wierząc trzeba się trochę stać dzieckiem, tzn. wierzyć, ufać, kochać, nawet pomimo tego że wielu rzeczy się nie ogarnia umysłem.
nooo nerwica całkiem dobrze to ujęłaś
zresztą.... Kto nie przyjmie królestwa Bożego jak dziecko, nie wejdzie do niego? (Ewangelia wg św. Marka 10, 13-16).
Ale warto pozostać z Bogiem sam na sam. Wtedy człowiek doświadcza Jego przeogromnej miłości, wtedy człowiek zaczyna wiedzieć jak żyć i nie boi się zadnych zmian:)
Dzięki, Catwoman ![]()
I jeszcze jedno, bo gdzieś mi umknęła ta jakże istotna kwestia.
To prawda, że księża są jacy są, że mają cenniki wg którch odprawiają msze, dają śluby i chrzty, itp. Temu nie da się zaprzeczyć.
Ale to są tylko ludzie! I to co robią świadczy tylko o tym jak zepsuci są oni sami, nie Pan Bóg.
W każdym razie, na moją wiarę ich zachowanie nie wpływa, aczkolwiek nie mogę powiedzieć żebym nad tym nie ubolewała, bo - jak pokazują niektóre wypowiedzi z tego wątku - to przez pryzmat takich osób patrzy się dziś na KK i, co gorsza, na Boga.
To jest największe przekleństwo własnie: ludzie utożsamiają Kościół (jakikolwiek) z Bogiem. A to zupełnie dwie osobne sprawy.
świadczy tylko o tym jak zepsuci są oni sami, nie Pan Bóg.
"rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam" (Rdz 1,26)
"Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył" (Rdz 1,27).
No to chyba przykład idzie z góry?, czy to znowu ja się mylę?
30 2012-11-27 13:31:56 Ostatnio edytowany przez Animus (2012-11-27 13:32:34)
nerwica napisał/a:świadczy tylko o tym jak zepsuci są oni sami, nie Pan Bóg.
"rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam" (Rdz 1,26)
"Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył" (Rdz 1,27).No to chyba przykład idzie z góry?, czy to znowu ja się mylę?
Przykład? A może wzór? Podobieństwo? Problem pochodzenia zła: skąd wzięło się coś w stworzeniu, czego nie było w Stwórcy?
Na szczęście ludzie wynaleźli rozwój objawienia (doktryn teologicznych) i odkryli ewolucję w przyrodzie. W ten sposób Bóg mógł zacząć być Miłosierny, na obraz i podobieństwo, oczywiście.
Tylko, że po pierwsze:
człowiek dostał wolną wolę-w ten sposób nie jesteśmy maszynami i wszystko z tą wolną wolą byłoby OK, gdyby człowiek realnie patrzył na Boga, Jego szukał w swoim życiu i na TEN przykład patrzył.
Wszystko pochodzi od Boga tak?, no to do tego wszystkiego zło też się zalicza. Poza tym najbardziej kultowa postać judeo-chrześcijańskiej mitologii Lucyfer sam się nie stworzył tylko Bóg go stworzył i uczynił primus inter pares po czym zrealizował projekt "gadająca małpa" czym doprowadził bractwo anielskie do szału i część powiedziała GTFO!!!
Generalizuje i upraszczam ale wiecie o co chodzi.
tylko dlatego, że Bóg dał każdej istocie wolną wolę.
tylko dlatego, że Bóg dał każdej istocie wolną wolę.
To tak samo jak włożyć odbezpieczony AK47 w ręce szaleńca wrzucić go w tłum i liczyć na to, że wcześniej sam się śmiertelnie postrzeli zanim zakatrupi okolicznych ludzi. Ta cała 'wolna wola' to zwykła ściema a Bóg czy bogowie jeśli są to dobrze bawią się naszym kosztem tak samo jak Rzymianie bawili się podczas igrzysk w Koloseum. Większość uczestników zdychała a od czasu do czasu ktoś został ulubieńcem to pożył sobie trochę dłużej.
A kim byś był, gdybyś nie mógł decydować o swoim zyciu, podejmować własnych decyzji?
A kim byś był, gdybyś nie mógł decydować o swoim zyciu, podejmować własnych decyzji?
A na ile nasze decyzje są tak naprawdę naszymi decyzjami wolnymi od bliżej nieokreślonej liczby determinantów na podstawie, których je podejmujemy. Poza tym na jakiej podstawie twierdzisz, że to akurat Bóg dał mi czy Tobie ową wolną wolę?, musisz być bezrefleksyjnie wierząca aby móc z pełną odpowiedzialnością tak twierdzić.
Jestem przede wszystkim osobą wierzącą , Bóg zmienił moje zycie i nie jest to dla mnie jedynie slogan. Bóg jest żywy i daje odczuć człowiekowi swoją ogromną miłość, której nawet jeśli bym bardzo chciała, nie jestem w stanie opisać słowami.
Oczywiście, nie jesteś jedyną osobą na świecie, są inne osoby- również z wolną wolą, którą dysponują i czasem w taki sposób, że ograniczają wolność innych osób, np. Twoją czy moją.
Co jednak nie zaprzecza faktowi, że mamy wolną wolę, za którą każdy jest odpowiedzialny.
Tylko, że po pierwsze:
człowiek dostał wolną wolę-w ten sposób nie jesteśmy maszynami i wszystko z tą wolną wolą byłoby OK, gdyby człowiek realnie patrzył na Boga, Jego szukał w swoim życiu i na TEN przykład patrzył.
Realnie na Boga patrzeć się nie da, bo Go nie widać. Poznać można tylko rozumem. Patrzeć się nie da, podpatrzeć tez nie bardzo.
Z rozumu i wolnej woli, które są traktowane jako boskie dary, korzystamy przeważnie wyjątkowo. Natomiast wiara albo nawet łatwowierność, choć nie jest wymieniona jako dar, jest łaską.
Łaska to widocznie więcej niż dar. Z wiary to, owszem, lubimy korzystać. Nie ma się co dziwić, bez łatwowierności nie ma przyjemności.
I jeszcze apropos kwestii podniesionej przez Yoghurta: mnie też kłóci się to, że Pan Bóg daje wolną wolę, a jednak ingeruje w nasze życie i w zasadzie to On jest jego mocą sprawczą. Bo chyba tak się przyjmuje, prawda?
Nie rozumiem tego, nikt nie potrafił mi tego sensownie wytłmaczyć do tej pory, ale, jakoś, nie przeszkadza mi to wierzyć w Niego.
Wydaje mi się że wierząc trzeba się trochę stać dzieckiem, tzn. wierzyć, ufać, kochać, nawet pomimo tego że wielu rzeczy się nie ogarnia umysłem.
Wiesz czemu Jezus podpadł Żydom? Bo właśnie negował sens istnienia zinstytucjonalizowanej formie Kościoła. Bóg się nie wtrąca w twoje życie. I nigdy nie będzie. Nie odpowie twoim modlitwom, nie posłucha próśb. A nawet jeśli - to nie będzie miał z tym nic wspólnego Kościół. Owa boska ingerencja itp są potrzebne Kościołowi. Uzasadniają jego istnienie. Chodź do kościoła, uczęszczaj do spowiedzi, dawaj na tacę, a będziesz dobrym człowiekiem, a Bóg słucha -tylko- dobrych. Nonsens i absurd. Stwórca widzi czyny i intencje każdego człowieka. O ile istnieje oczywiście. Wszak jest wszechmocny i wszech obecny.
Biblią bym się nawet nie przejmował za specjalnie. Ze wszystkich ewangelii (a było ich sporo więcej) wzięto jedynie te, które najbardziej odpowiadają linii politycznej KK.
To jest największe przekleństwo własnie: ludzie utożsamiają Kościół (jakikolwiek) z Bogiem. A to zupełnie dwie osobne sprawy.
Odwróciłaś to - to sam Kościół utożsamiał się z Bogiem uzasadniając w ten sposób swoje istnienie, podatki, bogactwa i wpływy.
Kierownictwo duchowe moim zdaniem nie ma większego sensu i jest potencjalnie niebezpieczne. Można wziąć biblię w rękę i czytać i interpretować na swój sposób. Można też sięgnąć do róznych rozważań teologicznych. Ale na pewno nie zdecydowałbym się na taką formę "współpracy".
Ja jednak nadal wierze w ludzki rozum i jego skłonność do poszukiwania prawdy. Bóg jest prawdą, Kościół (żaden) nie!
Pobożne życzenia ![]()
42 2012-11-27 22:19:28 Ostatnio edytowany przez Catwoman (2012-11-27 22:32:10)
Kto chce, ten znajdzie.
Natomiast co do Autorki wątku, mam inną propozycję: zamiast szukać przewodnika duchowego, może poszukaj osób, które czują to, co Ty- nic nie stoi na przeszkodzie, byście w kilka osób się spotykali i rozmawiali na interesujące Was tematy czy wspólnie modlili ![]()
Bóg jest prawdą, Kościół (żaden) nie!
A czy przypadkiem Kościół to nie jest współnota wiernych?, czyli oni wszyscy są zakłamani ale ten, który im przewodzi nie?
Bullitt - popełniłeś błąd. Bóg nie przewodzi Kościołowi - księża natomiast tak. Co chyba wiele wyjaśnia, nie uważasz?
Bóg zapewne woli jak się z nim rozmawia bezpośrednio. Świat zbudował tak, że kazdy ma dokładnie taki los na jaki sobie zasłużył, taki los, który go nauczy najwięcej, najlepiej, w najkrótszym czasie. Dlatego lepiej w modlitwach nie prosić o zmianę losu. Bóg najbardziej jest zadowolony, jak ktoś jest szczęśliwy i prowadzi takie życie, że szczęście mu sprzyja.
Bullitt - popełniłeś błąd. Bóg nie przewodzi Kościołowi - księża natomiast tak. Co chyba wiele wyjaśnia, nie uważasz?
Niby tak ale od kiedy pamiętam to purpuraci są oczami i uszami Pana a bywały i czasy, że jego karzącą prawicą również ![]()
47 2012-11-28 09:23:31 Ostatnio edytowany przez Animus (2012-11-28 09:25:36)
Bóg zapewne woli [...]
Świat zbudował tak, że kazdy ma dokładnie taki los na jaki sobie zasłużył, taki los, który go nauczy najwięcej, najlepiej, w najkrótszym czasie. [...].
Jestem pod wrażeniem... Skąd my wiemy, co Bóg woli?
Z tym drugim zdaniem to trudno polemizować, widać tak zwanym gołym okiem, że na przykład nasi wybitni przywódcy narodowi zasłużyli sobie na to, aby sprawować funkcję przewodników duchowych tego narodu, a naród zasłużył sobie na takich przewodników (sfera duchowa = kultura). SAM Bóg by tego lepiej nie wymyślił.
W kwestii przewodników duchowych dodam, że dzielą się oni na trzy kategorie:
1. Przewodniki
2. Półprzewodniki
3. Izolatory.
No to ja jestem izolatorem ale w głębi duszy zawsze chciałem dostać funkcję Wielkiego Inkwizytora ![]()
nerwica napisał/a:świadczy tylko o tym jak zepsuci są oni sami, nie Pan Bóg.
"rzekł Bóg: Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam" (Rdz 1,26)
"Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył" (Rdz 1,27).No to chyba przykład idzie z góry?, czy to znowu ja się mylę?
Nie mylisz się: jesteśmy stworzeni na obraz o podobieństwo Boże. Ale! Bóg również dał nam wolną wolę aby decydować o tym co jest złe a co dobre i postępować kierując się własnym osądami.
Stąd właśnie wziął się występek Ewy w raju, który, w konsekwencji, sprowadził na człowieka grzech i który, do pewnego stopnia, tłumaczy skąd w człowieku zło skoro został stworzony na podobieństwo Boga.
Poznać można tylko rozumem.
Czy masz Animus na myśli poznanie w sensie ogólnym czy poznanie Boga?
Bullitt - popełniłeś błąd. Bóg nie przewodzi Kościołowi - księża natomiast tak. Co chyba wiele wyjaśnia, nie uważasz?
A mnie się wydaje że jest tak jak Bullitt powiedział. Bóg, a ściślej mówiąc, Jezus przewodzi KK. I nawet ma swojego namiestnika na ziemi, następcę Piotra, czyli Papieża.
Ale jest to raczej przewodnictwo innego rodzaju niż przewodnictwo księży nad KK o którym wspominacie.
nerwica - raczej chodzi o fakt, że to ludzie (właśnie wysocy rangą w Kościele) tak nakreślili całą sytuację i tak uzasadniają swoje istnienie.
Co do Adama i Ewy i wolnej woli to trochę cokolwiek niejasna sprawa. Bóg dał nam wolna wolę, ale możliwość rozróżnienia dobra i zła kryła się dopiero w rzeczonym jabłku.
Dlatego ja wybieram proste rozwiązania - albo to one wybrały mnie, być nieomylnym jak Gungnir w ręku Odyna i przerażającym jak Mjölnir w rękach Thora ![]()
Co do Adama i Ewy i wolnej woli to trochę cokolwiek niejasna sprawa. Bóg dał nam wolna wolę, ale możliwość rozróżnienia dobra i zła kryła się dopiero w rzeczonym jabłku.
To nie była kwestia wybrania dobra lub zła, tylko zaufania Bogu, a może raczej posłuszeństwa. Bóg dał Adamowi i Ewie wszystko co było im potrzebne, byli szczęśliwi i nie mieli żadnych trosk, żyli w przyjaźni z Bogiem. Poprosił ich tylko o jedną rzecz, a oni zamiast zaufać ślepo, że to dla ich dobra, zaczęli kombinować, doszukiwać się przyczyny - dlaczego Bóg zabronił jeść właśnie te owoce. Ta opowieść jest bardzo uniwersalna i pokazuje jaki powinniśmy mieć stosunek do Boga - zaufać mu, czasem ślepo. Ich grzechem było nieposłuszeństwo wobec Boga, brak całkowitego zaufania i to właśnie jest naszym grzechem pierworodnym. Opowieść o Adamie i Ewie jest pewnym uogólnieniem, ale doskonale oddaje istotę grzechu i z czego ten grzech wynika.
własnie to chciałam napisać ![]()
Kizia75 - wbrew pozorom to nie takie proste. To nie było jakieś tam jabłko. To był owoc z drzewa poznania dobra i zła. Adam i Ewa dopiero po jego zjedzeniu poznali czym jest dobro, a czym zło. Nie mogli wobec tego przed zjedzeniem owego owocu wiedzieć, że postępują źle, bo nie znali tego rozgraniczenia. Nie można mówić o wolnej woli, nieposłuszeństwie czy zaufaniu bez umiejętności rozgraniczenia tego co dobre, od tego co złe. Jeśli traktować ją metaforycznie to nie ma ona żadnego sensu.
Zresztą popraw mnie jeśli się mylę, ale oryginalnie w Starym Testamencie nie ma nic o jabłku - jest jedynie o owocu z drzewa poznania dobra i zła. Jabłko wzięło dopiero z błędu w tłumaczeniu.
57 2012-11-29 11:43:19 Ostatnio edytowany przez Kizia75 (2012-11-29 11:44:29)
Kizia75 - wbrew pozorom to nie takie proste. To nie było jakieś tam jabłko. To był owoc z drzewa poznania dobra i zła. Adam i Ewa dopiero po jego zjedzeniu poznali czym jest dobro, a czym zło. Nie mogli wobec tego przed zjedzeniem owego owocu wiedzieć, że postępują źle, bo nie znali tego rozgraniczenia. Nie można mówić o wolnej woli, nieposłuszeństwie czy zaufaniu bez umiejętności rozgraniczenia tego co dobre, od tego co złe. Jeśli traktować ją metaforycznie to nie ma ona żadnego sensu.
Zresztą popraw mnie jeśli się mylę, ale oryginalnie w Starym Testamencie nie ma nic o jabłku - jest jedynie o owocu z drzewa poznania dobra i zła. Jabłko wzięło dopiero z błędu w tłumaczeniu.
Oczywiście Adma i Ewa nie wiedzieli co jest dobre a co złe, nie musieli sobie zaprzątać tym głowy, bo dopóki ufali Bogu i słuchali Go, nie było takiej potrzeby. Wykazali się jednak brakiem zaufania (chociaż nie mieli świadomości, że jest to złe) czego skutki były nieodwracalne (poznanie dobra i zła). To tak jak małe dziecko, które czasem nie ma świadomości, że można zrobić coś źle, ale dopóki słucha rodziców, jest wszystko dobrze, gdy nie posłucha, konsekwencje bywają dla niego przykre.
Oczywiście w Biblii jest mowa o owocu, a nie o jabłku. Jabłko to pomysł malarzy, którzy przedstawiali tę scenę.
58 2012-11-29 11:57:01 Ostatnio edytowany przez Catwoman (2012-11-29 11:57:58)
Trudno to wyjaśnić osobie, która chce przyjąć wszystko na rozum; ale prawdą jest,. że gdy człowiek przebywa w towarzystwie Boga, wie co jest dobre, a co nie.
I to też nie jest tak, że wszystko skupiło się na grzechu rozdrobnionym na poszczególne czyny. Jedynym grzechem Adama i Ewy była utrata zaufania do Boga. Tak jest i dziś. Każdy zostanie wg Biblii osądzony (lub nie) ze swojego stosunku do Boga, bo za tym idzie cała jakość życia.
Prościej:
Bóg nie powie: Nie zbawię Cię bo ukradłeś samochód Kowalskiemu,
ALE: Gdybyś mi ufał i przebywał ze mną, nie zrobiłbyś tego. Nawaliła relacja ze mną.
Catwoman, dobrze to ujęłaś.
60 2012-11-29 12:24:04 Ostatnio edytowany przez yoghurt007 (2012-11-29 12:24:25)
To nie jest kwestia braku zaufania. Nie można bowiem powiedzieć, że 2 czy tam nawet 3letnie dziecko nie ufa rodzicom i wskutek tego nie słucha się ich i np łapie za kurki od gazu czy kręci się przy gorącym żelazku. Dziecko po prostu nie zna konsekwencji. Nie wie co znaczy "oparzyć się" co znaczy "spalić mieszkanie". Nie rozumie tych pojęć. I nie inaczej będzie z Adamem i Ewą oraz rzeczonym owocem. Trudno wyciągać jakieś konsekwencje wobec kogoś, kto kompletnie nie zdaje sobie sprawy z faktu, że postępuje źle, bo nawet nie wie co to znaczy.
Ta historia ma więcej sensu w rozumieniu dosłownym...
Ale ja stale mówię, że tu nie chodzi o konsekwencje po zebraniu tego owocu, ale o sam fakt, dlaczego go zerwano. Powinno im wystarczyć to, że Bóg powiedział, że mają tego nie robić.
Dlaczego "powinno" ? Dziecku też raz powinno się powiedzieć. A mimo wszystko póki się dzieciak nie sparzy, to się nie nauczy. Czy to brak zaufania? Nie - to ciekawość i brak znajomości konsekwencji.
Tylko niektóre błędy działają tylko raz. Przykład który podałeś, z dzieckiem, jest dobry:
Popatrz: mówisz dziecku, bo wiesz, że to dla niego niedobre, że się poparzy. dziecko swoje: dotyka gorącego pieca, oczywiście przekonuje się, że taaa mama /tata miała/miał rację, ale co z tego, jak skórę trzeba przeszczepiać? Konsekwencje są. Gdyby uwierzyło na słowo i nie dotknęło, to by skóra była cała.
Ale Bóg wiedział, że człowiek istota ciekawa, więc cóż.. za ciekawośc są przeróżne konsekwencje. Myślę, że Bóg chciał dla tych ludzi by żyli w pięknym, dobrym świecie, który im przygotował, nie chciał, by musieli zmagać się z trudnościami, chorobami, śmiercią. Ale cóż: postanowili inaczej, Bóg ich wolę uszanował ale.... nie zostawił na pastwę losu. Dziecko gdy się oparzy , rodzice też go od razu ratują.
Dlaczego "powinno" ? Dziecku też raz powinno się powiedzieć. A mimo wszystko póki się dzieciak nie sparzy, to się nie nauczy. Czy to brak zaufania? Nie - to ciekawość i brak znajomości konsekwencji.
Nie każde dziecko, moim dzieciakom wystarczyło powiedzieć i nie dotykały kuchenki
. Oczywiście przykład z dzieckiem jest nie do końca adekwatny, ale chodzi o to, że dziecko nie rozumie, że coś jest złe, powinno rodzicom uwierzyć na słowo. Jesli ciekawośc będzie silniejsza, to konsekwencje będą smutne. Podobnie z Adamem i Ewą - poznanie dobra i zła, splamienie się grzechem było konsekwencją, nie karą, ale od tej pory grzech był już ich codziennością, bo to trochę tak jak z utratą dziewictwa: zerwali owoc - stracili owo dziewictwo i przez to nie mogli już dłużej oglądać Boga i stali się śmiertelni.
To jest gadanie po próżnicy. Bóg jest istotą nieomylną, ponadczasową i wszechwiedzącą. Tworząc człowieka i stawiając to cholerne drzewo wiedział doskonale jak to się skończy. Wyganiając pierwszych ludzi z raju nie wykazał się zbytnio miłosierdziem. Dla mnie to wszystko jest sprzeczne i niekompletne - dlatego ta opowieść ma dla mnie więcej sensu w rozumieniu pierwotnym i dosłownym.