Hej Kasandra, dzidziuś gites (tfu tfu) kopie, wierci się etc Jeszcze nie wiem czy następny chłopak do kolekcji czy tym razem dziurawiec. Pogłaskałam. Dzięki. 
Fajnie że już kryzys masz za sobą - pewnie jeden z kilku.
Ja wiem czemu dzwoni - z własnego doświadczenia - gdzieś tam w czyimś wątku pisałam o jednym z moich już na szczęście zakończonych związków - wkleję Ci kawałek:
"Dawno dawno temu kiedy byłam jeszcze młoda i głupia poznałam chłopaka - młodego mężczyznę, w pracy.
Byłam w totalnie obcym mejscu, sama, okazał mi pomoc w pracy, pomógł załatwić parę spraw organizacyjno - prywatnych. Miły, dobrze wychowany, prawił komplementy, zawsze pomocny i uśmiechnięty. Zaczeliśmy się do siebie zbliżać siłą rzeczy (byliśmy praktycznie równolatkami, identyczne wykształcenie, w pracy same zgredy).
Jakoś tak wyszło że na wesele kolegi z pracy też pojechaliśmy razem - on wiedział gdzie to, lepiej jechać jednym samochodem etc jak to wtedy gdy szuka się pretekstu.
Od tamtej pory byliśmy praktycznie nierozłączni, ale jako koledzy, choć w pracy już wszyscy nas ze sobą przespali.
Byłam więcej niż bardzo ostrożna z nowym związkiem. Chodził, chodził i wychodził. Okazywał mi taką atencję że aż to było męczące, rozpływał się dosłownie nad każdym moim pierdnięciem. Pomyślałam - OK, może faktycznie, dam szansę, fajny facet, zależy mu.
Cała szopka trwała prawie rok. Mówię o jego zalotach.
No i stało się. Następnego dnia wstałam wcześnie (jestem z gatunku wcześnie wstających), robię śniadanko - myślę - zrobię i jemu, zjemy razem, będzie miło. Ten wstaje, głupia mina, on jadł nie będzie, musi lecieć bo się umówił z ojcem. Oschle, ozięble.
Mało sobie bieduś nóg nie połamał na schodach.
Szlag mnie trafił, mówię i git - sama jesteś sobie winna, trzeba było słuchać intuicji. Gwizdnęłam drzwiami, było minęło.
Wieczorem zaczął smsować, a że strasznie przeprasza, zaspał i się wystraszył bo był umówiony z ojcem w firmie i takie tam wykrętasy. Mówię OK, rozumiem ale spadaj kolego. Będziemy kumplami, nie bylo sprawy. Tak mnie błagał i przekonywał że znowu się zgodziłam.
Zostaliśmy oficjalą parą. I pomalutku zaczęło wychodzić co to za palant. W pracy - nagle zero kontaktu, idę korytarzem, ten spierdziela w przeciwnym kierunku, jemy osobno, wszystko osobno, nic mi nie pomaga, jak ja jemu chcę pomóc - absolutnie nie, unika jak może. Gadam z nim na ten temat często - tłumaczy że głupio tak w pracy - pytam co głupio, przecież możemy zachowywać się tak jak przed - normalnie jak zgrana ekipa w pracy, teraz to i tak wszyscy wiedzą. On na to że teraz to co innego. Wściekam się, zrywam, przeprasza, wracamy do punktu wyjścia. Czysty pierdolec.
I tu popełniam kardynalny błąd - zaczynam go analizować, że przecież fajny, że jedyny normalny, że super było "zanim",
to może ze mną coś nie tak. Myślę i myślę i od tego myślenia i rozdzielania włosa na czworo zapominam kim jestem.
Ciągle we łbie to samo, zaglądam w oczy, mówię sobie: każdy jest inny, ma prawo mieć inne zachowania niżbyś sobie życzyła. Jest tak obcesowy, że mam wrażenie że ze mną jest coś nie tak. Myślę i myślę. Rozmawiam - on problemu nie widzi, coś tam sobie ubździłam, wszystko jest super.
Zaczynam mu dogadzać jak mogę - piorę, sprzątam, prezenciki, poj.bało mnie zupełnie. Myślę -może sobie nie zasłużyłam. Wszystkie mi zazdroszczą takiego fajnego faceta. Do innych jest taki milusi jak do mnie kiedyś.
W końcu ostatkiem sił z hukiem zakańczam znajomość - a ten - super jak sobie życzysz. Przetrzymałam jeden dzień. Nie dzwoni, co robić? Zawsze dzwonił. Dzwonię ja (debilka skończona - ale przypominam - moda i głupia), pytam, ten mnie spuszcza po linie. Obrażam się. Dzwoni on, ja go spuszczam po linie. I tak dwa pierdzielone tygodnie z życia zombie.
Oczywiście wracamy do siebie. Jest dużo lepiej - na początku, wręcz zajebiście. Wszystko na swoim miejscu jak być powinno, żadnych podchodów i manipulacji. Znowu mnie uzależnia. A już byłam czysta.
Zaczynamy mieszkać razem, pracujemy. Wraca z powrotem Mr. Hyde. Jest coraz gorzej, męczę się straszliwie.
Jestem wrakiem uzależninym emocjonalnie od pojeba.
Wreszcie następuje koniec. Rozpaczam przez nie wiem jak długo. Idę spać z płaczem, w nocy sikam z płaczem, jadę do roboty rycząc w głos. Rozpaczam jak popieprzona. Nie jem. Oczyszczam się hardcorowo.
I co? I pewnego dnia wstałam zdrowa. Uśmiechnięta i pewna siebie. Nie wiem jak to się stało, bo większość z tamtego okresu wymazal mój mózg. Zakochałam się z wzajemnością bardzo szybko i pokochałam miłością o której nie miałam pojęcia że może istnieć. Totalna wolność, żadnych gierek, obaw. Jesteśmy ze sobą tak blisko jak tylko można bez żadnych lęków i emocjonalnego popieprzenia. Małżeństwo z długim (subiektywnie) stażem, dzieci, dom. Pokochałam siebie też w międzyczasie."
Nie dopisalam wtedy że: mój ex wydzwaniał do mnie jeszcze przez pół roku na komórkę, pamiętał o wszystkich rocznicach, urodzinach, imieninach i pierdnięciach (w trakcie związku przychodzilo mu to z wielkim trudem). Wiedzial o moim nowym związku i dostawał małpiego rozumu, potrafił dzwonić po kilka razy dziennie (mieszkaniec jednej z greckojęzycznych wysp - przykumaj Kasanderko koszty) pytać jak się czuję, a co slychać, co robiłam, co jadłam etc. Palant zwykły i tyle.
Na początku było mi ciężkawo - potem coraz lżej, a potem tylkko śmiać mi się z niego chciało - on słysząc coraz większe lekceważenie i lajcik w moim glosie - przestał dzwonić i z wrażenia się ożenił. Rok po moim szczęśliwym ślubie.
Teraz z perspektywy czasu wiem że z jednej strony chciał mnie mieć ciągle na smyczy, a z drugiej w jakiś chory sposób koił swoje wyrzuty sumienia. Że niby się przyjaźni, że mu zależy jako na czlowieku bo taką super kobietą jestem.
Pacan pacan i jeszcze raz pacan. Całe szczęście że Bozia mnie uchroniła bo dzisiaj byłabym w kaftanie w pokoju bez klamek.
Pozdrawiam i sily Ci życzę.