Witam,
ze swoim facetem jestem już 3 lata, po rozstaniu (wróciliśmy do siebie, po jego skoku w bok)...
Na początku jak zawsze było pięknie i byłam szczęśliwa, że do mnie wrócił...lecz wszyscy na około starali się wybić mi to z głowy. Wiadomo, że każdy związek przeżywa gorsze chwile i nawet czasem ludzie się kłócą.
Z mojej strony: starałam się go dopieszczać pod każdym względem. Czasem jak każdy miałam gorsze dni i nie skupiałam tak ogromnej uwagi na nim. Więc wtedy słyszałam, że taka byłam milutka, a teraz jak już się poczułam pewnie to już mi palma odbija.
Dodam, że mój wybranek lubi być dopieszczany kulinarnie, głaskany, masowany i pocieszany 365 dni w roku (trzeźwo oceniając jego charakter to taka maruda, wiecznie nieszczęśliwa i narzekająca). I tak starałam mu się dogadzać, ale ja też potrzeby inne niż fizjologiczne mam i z czasem zaczęło mnie to męczyć, że nie liczy się to co ja mówię tylko zawsze wszystko sprowadza się do jego nieszczęść.
Nieszczęścia tzn. narzekanie na pracę i na to, że nie na wszystko starcza z pensji, po trzykrotnej zmianie pracy narzeka nadal, lecz nie robi nic w tym kierunku, żeby coś poprawić.
Ostatnio powiedział, że chciałby się wreszcie wyprowadzić i zamieszkać w kawalerce po babci, ale dał mi do zrozumienia, że mogłabym się za coś zabrać bo z jego pensji to mu nie starczy.
Dodam, że ja dopiero skończyłam studia i nie mam pracy, chociaż szukam jej naprawdę intensywnie.
Więc wyraziłam swoją opinię, że z korepetycji i jego pensji się nie utrzymamy, nie mówiąc o tym, żeby zaoszczędzić na remont czy cokolwiek innego.
Obraził się i powiedział, że ze mną to się nic nie da, ani mieszkać, ani nic, że po moich studiach miało być inaczej. Jakby moją winą było to, że akurat nie mam pracy. Dodał też, że z dziewczyną bez wyższego lepiej by mu było, bo nie wymyśla jak ja studiów podyplomowych i innych głupot.
Przy każdej kłótni, nawet tej dzisiejszej słyszę zawsze to samo: " nie nadajesz się do niczego, jesteś beznadziejna, zawsze mam problem, marudzę mu, że żadnej przyszłości ze mną nie będzie miał i inne krzywdzące, których już nie chcę wymieniać". Czasem marudzę, ale chyba jak każdy. Normy nie przekraczam.
Nie wytrzymałam, powiedziałam, żeby wyszedł, bo nie chcę tego słuchać, a on mi na to, żebym siedziała sobie sama, bo tyle mi zostało:( (to akurat prawda, bo zaslepiona uczuciem utarcilam kontakt ze znajomymi)
Na dodatek zawsze czuje sie winna:( czy czas to skonczyc??? mam 24 lata i nie wiem czy kogos jeszcze znajde, wszyscy wokolo juz planuja przyszlosc, a ja zaczne od 0. Prosze o trzezwa ocene, poniewaz samej trudno mi obiektywnie spojrzec na sytuacje.
Moglabym napisac jeszcze mnostwo na ten temat, ale chyba nie warto... ![]()