Postaram się, aby było krótko.
Zawsze moim marzeniem było mieć wspaniały związek i kochającą rodzinę i po 8 latach randkowania z moim chłopakiem zdecydowaliśmy się ten plan zrealizować.
Dzisiaj jesteśmy już 3 lata po ślubie i w zasadzie nie powinnam na nic narzekać: dostaliśmy mieszkanie od rodziców, mamy 2 samochody, ja mam pracę którą uwielbiam. Mąż bardzo mnie kocha, dba o mnie i pomaga w codziennych obowiązkach, rodzina Go uwielbia. Nie mamy jeszcze dzieci, ciągle odwlekam tą decyzje (ale nie o tym chciałam pisać...).
Mimo to ja notorycznie miewam dni, kiedy nie mam ochoty wracać do domu, nie mam wtedy kompletnie ochoty na nic i czuję się zmęczona. Pewnie każdy zapyta, czym? Przecież mamy takie idealne, bezproblemowe życie.
Mam wrażenie jednak, że coraz częściej rozmijam się z moim mężem: w poglądach, w spojrzeniu na to jak nasze życie powinno wyglądać (ja marzę o wielu podróżach, on jest raczej domatorem), w rozwoju swoich umiejętności (ja bardzo kładę na to nacisk, a On zupełnie nic...). Ja zawsze jestem inicjatorem i organizatorem wyjazdów, wyjść itp, a On nigdy... Ja próbuję go zmotywować do usamodzielnienia się (pracuje ciągle pod kloszem rodziców), nauki języków, lub czegokolwiek co będzie rozwijać jego pasje, ale bez skutku. Coraz częściej odpuszczam, bo może jego wizja na samego siebie jest inna niż ja sobie to wyobrażam - a nie można nikomu czegokolwiek narzucać i zmieniać.
Kocham Go (czy to już przyzwyczajenie tylko?), są dni kiedy nie wyobrażam sobie życia bez Niego. Może też ze względu że panicznie boję się być sama, że boję się porażki i tego że gdybym kiedykolwiek go zostawiła, to bardzo bym Go zraniła. Sama nie wiem...
Męczę się coraz bardziej. Kiedy próbuję o tym z Nim rozmawiać to zawsze kończy się tym, że On nic nie rozumie, że to ja sobie wymyślam głupoty. W ogóle nie przyjmuje tego do wiadomości, że ja mogę coś inaczej odczuwać, czego innego potrzebować. Staje się wtedy smutny, a mnie robi się go żal i odpuszczam temat.
Czasem łapię się na tym, że nie widzę w Nim żadnego autorytetu, że przestaję w Niego wierzyć i wszystko mnie w Nim denerwuje. Mam wtedy myśli, że to nie jest zycie jakie sobie wymarzyłam, że chyba źle wybrałam...
Coraz częściej też fascynują mnie inni mężczyźni: swoją inteligencją, zaradnością, sposobem bycia. I uprzedzając pytania, nie nigdy nie wdałam się we flirt, ani nie zrobiłam nic przeciwko mojemu małżeństwu. To wszystko zostaje tylko w mojej głowie i szybko to z niej wyganiam.
Chciałabym uprzedzić ewentualny większy kryzys i ratować nasze małżeństwo, ale zupełnie nie wiem jak i od czego zacząć.
Pomożecie?