Witajcie,
Z moją kobietą poznaliśmy się w liceum. Byliśmy krótko, jednak w sercu coś pozostało. Spotkaliśmy się ponownie po kilku latach i to było jak uderzenie pioruna. Oboje wiedzieliśmy, że to coś dużego. Kilka miesięcy później zamieszkaliśmy razem i mimo problemów radziliśmy sobie wspólnie. Do momentu wypadku jej taty z którego ledwo wyszedł. Rozstaliśmy się, w dużej mierze przez mój ówczesny problem z uzależnieniem.
Po kilku miesiącach spotkaliśmy się. Mimo, że spotkanie było cudowne - niczego nie obiecywała. Otwarcie mówiła, że chce sprawdzić jak będzie. Początkowo było jak zawsze jednak relacja słabła do września, aż postanowiłem przestać się odzywać uznając to za bezsensowną i jednostronną walkę.
Znów minął czas i dostałem od niej e-maila, w którym napisała, że nie wie co robić, że czuje się nieszczęśliwa nawiązując do starego maila z okresu motylków w brzuchu, gdzie wszystko było przepełnione miłością. Napisała, że tęskni, że może nie przestała mnie kochać i że może powinniśmy spróbować zbudować to wszystko na nowo...
Jesteśmy razem. Rozpoczęło się bardzo obiecująco, widziałem jak bardzo się stara, zrozumiała też swoje błędy. Weszliśmy w to chcąc to rzeczywiście poskładać do kupy jeszcze raz. Ale w miniony weekend zauważyłem znowu zmianę w jej zachowaniu i odsunięcie się. Porozmawialiśmy - mówi, że jest pogubiona, że dalej nie czuje się szczęśliwa i że złe rzeczy wracają do niej. Dodatkowo bardzo miesza jej w głowie przyjaciółka, która "nigdy nie uzna naszego związku". Zresztą to po jej wprowadzeniu się do niej we wrześniu przestaliśmy rozmawiać.
A może problem jest we mnie? Może to ja ZA BARDZO się staram? Może to ja za bardzo kocham? Może to źle, że oczekuje zbyt dużego ciepła od niej? Krótko mówiąc może przesadzam? Przytłaczam?
A może powinniśmy to po prostu zostawić? Może to ona ma problem nie potrafiąc się określić. Niby chce, niby się stara, ale nie jest tego pewna? Nie potrafię znaleźć jednoznacznej odpowiedzi.