Cześć, mam 24 lata i jak każda z Was tutaj mam swoją historię. Dotychczas nie korzystałam z żadnego takiego forum, bo nie sądziłam, że to może pomóc. Ale teraz chciałabym poznać ludzi, którzy mają podobne do moich problemy, porozmawiać z nimi. Według psychiatry cierpię na zaburzenia lękowo-depresyjne, w tle jest także dość zaawansowana fobia społeczna. Z napadami smutku i lękami mam problemy odkąd pamiętam, ale od około dwóch lat jest już naprawdę kiepsko. Od wielu miesięcy prawie nie wychodzę z domu, reaguję bardzo silnym stresem i ucieczką na sytuacje, które obiektywnie rzecz biorąc są zwykłą konsekwencją życia społecznego. Ale o tym za chwilę.
Powodem, dla którego to dziś zdecydowałam się do was napisać jest bardzo niemiła sytuacja, która mi się dziś zdarzyła. Spotkałam się z moim byłym facetem, żeby ot tak porozmawiać i coś zjeść. Rozmawialiśmy w sumie o niczym i nagle on zaczął się rozwodzić nad tym, jak to – uwaga, cytuję –„brandzluję się swoją depresją”. I że pewnie po prostu chcę być na coś chora. I że mając 24 lata nawet nie wiem, co to są prawdziwe problemy (on ma 40). Że jakby mi ucięło nogę, albo bym miała raka to bym zobaczyła. I że on to mówi, żeby mi pomóc, a ja to oczywiście odbiorę jako atak na siebie, bo przecież taka jestem głupia i w ogóle bezmyślny bachor ze mnie. I że robię z siebie nie wiadomo jak tajemniczą osobę, a przecież można ze mnie czytać jak z otwartej księgi, bo jestem taka jak wszyscy i moje problemy są podobnie przeciętne.
Myślałam, że jestem odporna na takie rzeczy, ale to było naprawdę bardzo przykre i właściwie to nie mogę się pozbierać. Choć bardzo dawno się rozstaliśmy, uważałam go za przyjaciela. Zawsze mógł na mnie liczyć, kiedy miał problemy i myślałam, że to działa w obie strony. Poza tym ja naprawdę niezbyt dużo mówię o tej całej sytuacji. Tylko kiedy ktoś mnie pyta co u mnie, po prostu czasem mówię, że jestem smutna, ale nie rozwodzę się nad tym. No i kiedy postawiono mi diagnozę, powiedziałam kilku najbliższym osobom, żeby brali pod uwagę, że mogę się dziwnie zachowywać. Nie była to duża grupa ludzi – poza moimi rodzicami i tym byłym z niewieloma osobami utrzymuję kontakt. Sama uważam, że zatruwanie innym życia swoimi problemami jest nie na miejscu. Każdy ma co najmniej 100 powodów, żeby zachorować na depresję.
Nie uważam też, żeby moje problemy były jakieś specjalne, choć domyślam się, co mogło wpłynąć na ich pojawienie się. Byłam długo bita w dzieciństwie, moi rodzice chyba nie bardzo wiedzieli jak się mną zająć i nie mieli dla mnie czasu. Zaczęłam pić mając 13-14 lat, w wieku 18 sięgnęłam po narkotyki. Przez 3 lata byłam uzależniona od amfetaminy. W międzyczasie były problemy z odżywianiem, przypadkowy seks i toksyczne związki. Jestem biseksualna, ale z żadną płcią nie udało mi się nawiązać zadowalającej relacji. A że czułam, że problem jest we mnie, odpuściłam. Właściwie jest mi dobrze samej.
Poza tym całym brudem bywały też dobre rzeczy. Dobrze radziłam sobie na studiach (została mi praca magisterska do dokończenia), wróżono mi doktorat i tak dalej. Bardzo chciałam zostać naukowcem i to była myśl, która mnie ożywiała w tym wszystkim. Ale teraz właściwie już tego nie ma. Czuję się, jakbym miała w środku wielką czarną dziurę. Jest mi bardzo ciężko robić cokolwiek, mam problemy z dotrzymywaniem terminów (pracuję na zlecenie z domu) i to jest takie napędzające się koło. Do tego czuję, jakby od innych ludzi dzieliła mnie szklana ściana. Nie dlatego, że uważam się za kogoś wyjątkowego, tylko dlatego, że czuję się tak bardzo kiepska. Wydaje mi się, że ludzie mogą przebywać ze mną tylko z litości, że nikogo nie może interesować ktoś taki, jak ja. Czasami otrzymuję sygnały sympatii, ale to nie zmienia tego przekonania.
Nigdy nie chciałam zachorować, ani być dla nikogo ciężarem. Z wieloma rzeczami musiałam poradzić sobie sama – z kolejnymi beznadziejnymi związkami, z narkotykami. To jest ta jedna rzecz, z której jakoś tam jestem dumna. Że już nie ćpam, chociaż było ze mną naprawdę kiepsko.
Wiem, że ludzie mają prawdziwe problemy, że chcą żyć, a dopada ich choroba i śmierć. Dlatego jest mi wstyd, kiedy patrzę, jak marnuję swoje życie na ten beznadziejny smutek. Jak każdy „nerwicowiec” jestem przewrażliwiona na punkcie swojego zdrowia i ciągle mam wrażenie, że coś mi dolega. W ostatnich miesiącach wykonałam wiele badań, a i tak ciągle coś było nie tak. Choć to głupie i paskudne, to kilka razy pomyślałam, że gdyby się okazało, że mam raka, nie byłoby tak źle – przynajmniej bym wiedziała, że już na pewno umrę i nikt nie będzie miał do mnie żalu, tak jak się to zdarza, kiedy ludzie popełniają samobójstwo. Głupie, wiem, no ale.
Chciałabym żyć tak jak inni, albo chociaż mieć tyle samo energii. Ciągle jestem śpiąca i niewiele jem. Dostałam leki, po których znowu czułam się, jak naćpana, a odkąd przestałam brać narkotyki, nie chcę już więcej tego uczucia. Więc nie biorę tych leków. Czekam teraz na psychologa, ale dobija mnie, że takie bzdury, jak spotkanie z panem byłym mogą mnie tak podłamać. Czasami chciałabym tylko z kimś porozmawiać, nawet nie o tej całej depresji. Po prostu być z innymi ludźmi.
Jeśli ktoś doczytał do końca, bardzo dziękuję. Jeśli będzie Wam się chciało cokolwiek napisać, będę naprawdę bardzo wdzięczna. Ja także chciałabym móc komuś pomóc, a nie tylko pisać o swoich problemach – mam nadzieję, że w końcu będę miała na to siłę. Pozdrawiam Was wszystkie
A chciałabyś mieć ciepłą relację z chłopakiem? Myślę że to by ci dużo pomogło, mieć oparcie w kimś.
Wystarczy że poznasz empatycznego chłopaka na początek, bo to ci jest potrzebne.
3 2015-11-22 10:54:53 Ostatnio edytowany przez Lisbeth91 (2015-11-22 10:58:18)
Z tego, co przeglądałam forum, wszystkim piszącym tutaj paniom doradzasz związek - nie wiem, czy jest to takie uniwersalnie rozwiązanie
Ja nie chcę związku, chcę dobrze czuć się ze sobą.
Lisbeth bardzo chętnie z Tobą porozmawiam możesz się domyślić dlaczego. Może nam to pomoże.
Witam, mam bardzo podobne przemyślenia do Ciebie, też choruję na nerwicę lękową i tak samo mam do siebie o to żal,że powinnam cieszyć się życiem itp. a ja ciągle jakby kręcę się w kołko, jestem wiecznie zmęczona , no i też sobie wynajduję choroby (chociaż dzięki temu wynalazłam jedną, poważną, ale to nie ona była źródłem wiecznego zmęczenia). Chętnie porozmawiam z Tobą na gg : 55981112 , jeżeli zechcesz pisz śmiało ![]()
Z tego, co przeglądałam forum, wszystkim piszącym tutaj paniom doradzasz związek - nie wiem, czy jest to takie uniwersalnie rozwiązanie
Ja nie chcę związku, chcę dobrze czuć się ze sobą.
Związek to jest niedokładne określenie. Chodzi mi o więź uczuciową z drugim człowiekiem. Tylko 10% par łączy więź uczuciowa. Taki układ jest bardzo korzystny gdy ma się w kimś oparcie i daje motywację do pokonywania problemów. Często samotność powoduje bardzo dużo różnego rodzaju zaburzeń emocjonalnych, jeżeli chcemy sami iść przez życie.
7 2015-11-22 16:52:45 Ostatnio edytowany przez Lisbeth91 (2015-11-22 16:53:16)
Związek to jest niedokładne określenie. Chodzi mi o więź uczuciową z drugim człowiekiem. Tylko 10% par łączy więź uczuciowa. Taki układ jest bardzo korzystny gdy ma się w kimś oparcie i daje motywację do pokonywania problemów. Często samotność powoduje bardzo dużo różnego rodzaju zaburzeń emocjonalnych, jeżeli chcemy sami iść przez życie.
To raczej nie mój przypadek. Poza tym wydaje mi się, że szukanie sobie partnera/partnerki (czy kogokolwiek do bliższej relacji) teraz, kiedy mam problem z załatwianiem najprostszych życiowych spraw jest głęboko nieetyczne. Moją motywacją nie byłaby bowiem chęć faktycznego poznania drugiej osoby, tylko lęk. To nie jest rozwiązanie dla mnie, ale dziękuję za radę.
A ja myślę, że ten facet chciał Ci pomóc. Istnieje coś takiego jak coaching prowokatywny i pewnie, po omacku, chciał czegoś takiego spróbować.
I w sumie powiedział Ci prawdę. Wbrew pozorom zanurzenie się w tym depresyjnym stanie jest komfortowe (nie przyjemne, ale bezpiecznie znane) a poinformowanie bliskich, że tak masz to piękne zabezpieczenie, żebyś nie musiała próbować z tego wyjść. Taka jestem, kochajcie mnie.
Nikt zapewne nie potrafi Ci pomóc na odległość, chociaż samo bycie wysłuchaną na pewno pomaga. Ale jeśli chcesz coś zrobić z tą beznadzieją to zrób. Poszukaj na sieci jeśli nie masz kasy na dobrego coacha lub psychologa. Rób każde, nawet najgłupsze ćwiczenie z wypisywaniem celów, silnych stron, marzeń.
Zrób sobie mapę marzeń.
Mnie osobiście myśl o własnej śmiertelności pomaga - świadomość że kiedyś się ten obłęd skończy. I kiedyś usłyszałam od kogoś bardzo mądrego życiowo - życie to gra, taka zabawa. Baw się nim.
I jeszcze cytat z Pratchetta (którego książki szczerze polecam, można się pośmiać i złapać dystans) - Z życiem tak już jest. Żyje się po to, żeby się nim cieszyć.
Spróbuj ![]()
Wysłałam Ci prywatną wiadomość:)