Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » TRUDNA MIŁOŚĆ, ZAZDROŚĆ, NAŁOGI » Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 32 ]

1 Ostatnio edytowany przez Sir (2015-10-18 21:17:19)

Temat: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Tylko kobieta będzie potrafiła zrozumieć inną kobietę, a więc przedstawię Wam swoją historię i skromnie proszę o porady i wskazówki.
Niestety nie wiem już jak żyć w tym związku i co dalej robić.


Bohaterowie:
Marta: Miła, bardzo wrażliwa i uczuciowa brunetka, od ponad roku wegetarianka z szacunku dla zwierząt. Dzieciństwo miała raczej trudniejsze ze względu na bardzo konserwatywnych rodziców (sympatyzujących ze Świadkami Jehowy), są to dobrzy ludzie ale jej ojciec potrafi wejść na psychikę mówiąc w złości za wiele, sam ma problemy z depresją.

Adam: Twardo stąpający po ziemi realista, wywodzący się z przeciętnej rodziny. Od roku na diecie pół-wegetariańskiej ze względu na poglądy partnerki jak i fakty naukowe (zdrowsza dieta smile).

Ich historia:
Poznali się całkiem przypadkowo - w internecie smile zaczynali wtedy studia w Warszawie, a tam już ze spotkania do spotkania byli sobie coraz bliżsi.
Mieli zupełnie odmienne charaktery, przez co przeżyli wiele wspaniałych chwil ale i często się kłócili. Jako studenci prowadzili normalne, skromne życie, chcieli ze sobą spędzać jak najwięcej czasu ale nie mogli ze względu na poglądy rodziców Marty.
Prawda była taka, że jej rodzice nawet nie wiedzieli o Adamie, nigdy o nim nie wspominała - obawiała się ich reakcji, w końcu była ich dziewczynką i broń Boże miałaby się z kimś jeszcze całować zamiast siedzieć nad książkami.
Po roku znajomości jak i bycia razem w związku, powstało ich wspólne dziecko - nie człowiek, lecz projekt. Razem nad nim pracowali dniami i nocami, oddając się wspólnej pasji. Stworzyli coś ciekawego i użytecznego, na czym jeszcze byli nawet w stanie zarobić, a był to portal społecznościowy. Ta wspólna pasja połączyła i zbliżyła ich jeszcze bardziej, nasiliły się wspólne marzenia o przyszłości, o pracy, o wspólnym domu z ogrodem i psem na podwórku.
Studia dobiegły końca, Adam znalazł bardzo dobrą pracę, gdzie po kilku miesiącach wciągnął Martę. Oboje świetnie zarabiali, niestety praca etatowa pochłonęła ich tak bardzo że wspólny projekt zaczął umierać. Nie mieli już na niego czasu, ale planowali jeszcze kiedyś wrócić do tego biznesu.
Mieszkali osobno, ale razem pracowali, widzieli się codziennie w tej samej firmie, w tym samym zespole, w tym samym pokoju i tak dzień w dzień przez 2 lata. Bardzo często spotykali się po pracy, wychodzili do kina i na kolację, stronili natomiast od szerszego życia towarzyskiego i nigdy nie imprezowali, nie spotykali się w szerszym gronie. Adam zauważył że wspólna praca wpływa negatywnie na ich związek, ich życie osobiste połączyło się z pracą. We własnym projekcie potrafili się świetnie dogadać, ale nie w pracy etatowej, gdzie każdy problem w zespole miał swoje odbicie po godzinach w ich związku. Tak narodziła się decyzja w głowie Adama, że dla dobra związku pracę musi zmienić... zaczął szukać nowej, a dodatkowo nakłaniał Martę aby również się rozejrzała na rynku. W jego oczach, sama praca w tym zespole - nie ważne czy z nim czy bez niego - wpływała na Martę negatywnie, jeżeli w zespole był jakiś problem -  obwiniana była Marta (taką miała rolę).
Mimo wszystko związek się dalej układał, potrafili spędzać miło czas i pozornie zależało im na sobie.

Po pięciu latach związku, Adam powiedział dość, zacznijmy żyć normalnie, zacznijmy żyć razem. Zabrał Martę na pyszną kolację, do kina, do parku.. a tam się oświadczył. Na drugi dzień rodzice otrzymali zdjęcie brylantowego pierścionka i wspaniałą wiadomość, cudownie! Wszyscy byli zadowoleni. Mimo radości rodziców Marty, nie było mowy o tym aby zamieszkać razem przed ślubem... no cóż biedny Adam nie do końca zrealizował swój plan... ale chwila, skoro wszyscy są szczęśliwi, mimo różnych poglądów w rodzinie wszyscy się dogadują i akceptują... czas zaplanować ślub! W końcu czas narzeczeństwa do tego właśnie prowadzi, a skoro oboje się kochamy i tego chcemy? Dlaczego nie.
Zaczęły się gorączkowe przygotowania do ślubu, Marta nie chciała typowego polskiego wesela na sali, chciała aby było pięknie i cudownie. Za tym szły również spore koszta, no ale co zrobić, Adam chciał aby Marta była szczęśliwa, zarezerwował więc na tą uroczystość prawdziwy pałacyk, niestety były tylko dwa terminy - kwiecień lub październik. Wspólnie uznali że w październiku będzie już za zimno, a więc wybrali kwiecień - niestety zostało mało czasu (6miesięcy)!
Po za miejscem, Marta wynegocjowała jeszcze: bardzo dobrego fotografa, słodki stół z muffinami, dekoratorkę ślubną, suknie szytą u znanej projektantki i tylko ślub cywilny (kościelny odpadał ze względu na rodziców i to jak została wychowana). Adam zaciskał zęby, nie patrzał na koszta i mówił sobie że przynajmniej wszystko będzie jak z bajki, szkoda tylko że znaczną większość rzeczy musiał załatwiać sam, bo Marta czasu nie miała.

Zostały już niecałe dwa miesiące do ślubu, oboje pojechali do dekoratorki podpisać umowę. Tego dnia Marta była obrażona, a powodem tego było to że Adam noc wcześniej wrócił do domu godzinę później niż zapowiadał - na spotkaniu integracyjnym firmowym, dał się namówić na jedną partię bilarda więcej. Adama jak zawsze irytowała taka sytuacja, tym bardziej że na początku nawet nie wiedział o co jej chodzi natomiast bardzo było widać jej "focha". Po spotkaniu dowiedział się dlaczego się obraziła, wszystko wytłumaczył i zaproponował aby skoczyli razem do meksykańskiej knajpki na obiad, niestety to nie pomogło, foch dalej wisiał w powietrzu, a to wszystko tak skumulowało złość w Adamie, do tego stopnia że wyrzucił wszystko z siebie, wyrzucił wszystko jej w twarz na ulicy, że go denerwuje, że jest nieporadna, że sama nic by nie osiągnęła w życiu itp. itd. w skrócie wszystko co najgorsze. Odeszła w płaczu, a Adam nawet nie zamierzał jej zatrzymywać, po prostu miał już dość obchodzenia się nią jak z jajkiem, może przedstawił swoje zarzuty zbyt dobitnie i krzywdząco, w końcu się uniósł.. ale miał dość.
Nastały ciche dni, cichy tydzień, ciche dwa tygodnie... a czas do ślubu leciał. Okazało się że Marta pogrążona w depresji zdążyła odwiedzić psychiatrę i psychologa, dostała leki antydepresyjne i radę aby ślubu nie brała - jak się okazało miała już wątpliwości wcześniej.
Nie bardzo angażowała się w przygotowania, Adam musiał zasuwać za dwóch aby wszystko dopiąć, a przed rodzicami udawał że wszystko jest dobrze.
Zostały już tylko trzy tygodnie do ślubu, u Adama w mieszkaniu zadzwonił dzwonek u drzwi... nikogo się nie spodziewał a więc poszedł otworzyć, w drzwiach stanęła Marta i zapytała czy może wejść. Oczywiście, powiedział i pomógł ściągnąć kurtkę.
Nieco roztrzęsiona w głosie i bardzo ozięble powiedziała, że coś się w niej wypaliło... ze ślubem chce poczekać i nie potrafi powiedzieć czy go kocha. Nie trudno sobie wyobrazić reakcję Adama, zdziwiony, zszokowany nie potrafił uwierzyć w to co słyszy. Wszystko gotowe do ślubu, zaproszenia wysłane, przeżył pięć lat które miło wspomina i nagle słyszy takie słowa... prawdopodobnie wtedy wyszedł z domu, nikt tego nie pamięta, musiał pobyć sam ze sobą.
Zadzwonił do swoich rodziców i drżącym głosem ze łzami w oczach powiedział - Ślubu nie będzie. W telefonie chwile ciszy przerwały słowa - ale co się stało? - no co się stało, przyszła i powiedziała że coś się w niej wypaliło - odparł.
Jego rodzice zadzwonili do Marty, oczywiście nie odebrała, nawet normalnie nie odbierała telefonów których się nie spodziewała (jakiś ukryty lęk?).
Zadzwonili następnie do rodziców Marty, odebrała jej mama, powiedziała że z nią porozmawiają i żeby niczym się nie przejmować.
Tak też się stało, porozmawiała z córką, powiedziała aby przyjechała do nich na weekend to na spokojnie porozmawiają, oddzwoniła do rodziców Adama i powiedziała aby się nie przejmowali i dali Marcie czas do poniedziałku.
Nastała cisza, chwile chłodne i szare. Wydarzenie, które miało być jak z bajki stało pod znakiem zapytania, owinięte ciężkimi chmurami burzowymi.
Marta wróciła od rodziców i była nadzwyczaj spokojna ale i stłamszona w sobie, teraz już wiemy że nie stanowili w tych dniach dla niej wsparcia, ale raczej próbowali ją naprostować mówiąc że nie tak ją wychowali, zawiedli się na niej jak mogła drugiemu człowiekowi zrobić taką krzywdę itd. Kolejne dni wydawały się w miarę normalne, ale chłodne, Adam i Marta dopinali ostatnie kwestie związane ze ślubem, wszystko wydawało się wracać na normalną drogę.
Dnia kiedy Adam miał jechać wybrać menu weselne w pałacyku i już wsiadał do samochodu, dostał dziwny telefon.. dzwoniła Marta, lekko zdezorientowanym dziwnym głosem zapytała czy może po nią przyjechać.
Oczywiście odparł że tak - ale co się stało? - zapytał, odpowiedź została wyrażona równie niepewnym głosem - nie wiem.. .
Korki na drodze były ogromne, dotarł do Marty (która przebywała w centrum handlowym) po 20 minutach. Spotkał ją ławce obok łazienki, przytulił mocno i próbował dowiedzieć co się wydarzyło.
Marta nie pamiętała nic, Adam zasugerował że może to od tabletek na depresje, które bierze od jakiegoś czasu... i wtedy okazało się że Marta nie pamięta nawet że jakieś tabletki bierze..
Po chwili przypomniała sobie że była w restauracji i nagle obudziła się na podłodze, a w okół niej stali kelnerzy i tłum ludzi.
Adam wiedząc o jaką restaurację chodzi, udał się tam z nią i wypytał kelnerów co się stało.
Kelnerzy stwierdzili że był to atak padaczki, no ale przecież Marta nie jest chora na padaczkę? - zastanawiał się.
Pojechali najszybciej jak było to możliwe do szpitala, poinformowali lekarzy co się stało, jakie tabletki przyjmuje, co mówili lekarze.
Po wielu godzinach spędzonych w pustym szpitalu, lekarz poprosił Martę do siebie i wydał następującą receptę - Proszę pić co najmniej 2 litry wody dziennie, prawdopodobnie odwodniła się Pani.
Zarówno Adam jak i ich rodzice byli zdziwieni taką diagnozą, ale lekarza nie szło już dorwać i dopytać się o co chodzi.
Wszyscy wrócili do domu, Adam został u Marty dopilnować aby nic tego dnia już więcej złego się nie wydarzyło...
Niestety, tydzień przed ślubem atak się powtórzył, Martę zabrało pogotowie, szczęście w nieszczęściu że do innego szpitala, gdzie zajęli się nią już prawdziwi lekarze.
Diagnoza - atak padaczkowy, do którego przyczyniła się zbyt duża dawka leków antydepresyjnych przepisanych przez psychiatrę, przeprowadzono szereg badań i nie wykryto trwałych uszkodzeń, które mogłyby powodować dalej padaczkę.
Marta musiała wypisać się na własne żądanie ze szpitala aby dotrzeć na własny ślub i dotarła, na szczęście.

Ślub piękny, wszystko się udało, wszyscy goście byli zadowoleni i mówili że nigdy jeszcze na tak pięknym ślubie nie byli.
Świetnie, niestety życie Państwa Młodych po ślubie się już tak dobrze nie układało, mimo iż mieli piękny apartament dla nowożeńców żadnej nocy po ślubnej, ani nawet po po po ślubnej nie było.
Mimo ich wcześniejszego gorącego i namiętnego związku, nawet podróż poślubną przespali na osobnych łóżkach - jak można się domyślić nie było to zbyt miłe dla Adama.
Adam zmienił w końcu pracę, ale małżeństwo było tragiczne, Adam i Marta spali już w osobnych pokojach. Wiele do stracenia już nie było, Adam zaakceptował ofertę pracy za granicą, wyjechał na kilka miesięcy i dał czas Marcie zastanowić się nad tym wszystkim.
Ich kontakt był bardzo ubogi, Marta nie odzywała się za wiele do niego, wolała spędzać czas w internecie wraz z wirtualnymi przyjaciółmi, nie interesowała się nim za bardzo, a jego to mocno irytowało.
Z czasem Adamowi wydawało się że jest odrobinę lepiej.

Po powrocie do Polski Adam rzucił się stęskniony na żonę, przytulił i pokazał co jej naprzywoził, posiedzieli razem na łóżku, porozmawiali.
Rozmowa sama w sobie nie opływała miłością, Adam był nieco zdziwiony że Marta wydała wszystkie pieniądze jakie miała i zarabiała na ubrania, buty i kosmetyki, ale wolał to przełknąć i nie robić afery aby nie popsuć atmosfery.
Marta pokazała mu jaki zrobiła sobie tatuaż pod jego nieobecność i notabene wiedząc że nie jest kutemu przychylny, ale stwierdził że jest całkiem ładny.
Po jakimś czasie, Adam dowiedział się że Marta próbował popełnić samobójstwo... zszokowało go to, starał się podejść do tego odpowiedzialnie i dowiedzieć się co się stało, bez większego rezultatu.
Przejęty tym co miało miejsce, zaprowadził ją do neurologa aby ten zmienił jej lekarstwa (według ulotki mogły wprowadzać w depresje), neurolog wysłał ją do psychiatry gdzie mogła się otworzyć i opowiedzieć o tym zdarzeniu.
Po powrocie do domu, Adam zaczął z nią ponownie rozmawiać na ten temat zgadując, co mogło ją pchnąć do tego...
Okazało się że powodem próby samobójczej było to że nie może sprostać wymaganiom, jakie się wobec niej stawia - a wymaganiem jest to aby była Adama żoną?
Nie do końca zrozumiał to co usłyszał, kochał ją i starał się aby miała wszystko czego potrzebuje, starał się dawać tyle czułości mógł.
Niestety pewnego dnia, okazując Marcie czułość, sucho usłyszał - Myślałam że zrozumiałeś co Ci wtedy powiedziałam? - Adam zdziwiony odparł, że chyba widocznie nie zrozumiał.
Czy Ty w takim razie dążysz do rozwodu, to jest Twój plan? - zapytał, na co rozległo się tylko szlochanie a rozmowa się zakończyła.



W roli narratora było mi łatwiej przedstawić naszą historię, dziękuję wszystkim którzy poświęcili swój czas na przeczytanie tego.
Adam.

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

hmmm, a dlaczego się po prostu z nią nie rozwiedziesz??

3 Ostatnio edytowany przez Sir (2015-10-18 21:32:38)

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło
pannapanna napisał/a:

hmmm, a dlaczego się po prostu z nią nie rozwiedziesz??

Obawiam się że sama sobie nie poradzi w życiu, co więcej kocham ją? Tak to widzę

Ps. oboje mamy 25 lat, a więc spędziliśmy ze sobą spory kawałek życia i miło wspominam ten czas

4

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

no to Sir, na czym polega Twój problem. Masz rozkapryszoną, foszastą żonę - bluszcza, kochasz ją, to zmarnuj sobie resztę życia na dmuchanie i chuchanie na nią. Mógłbyś mieć normalną żonę, normalny dom i dzieci, ale wolisz pannicę co sama sobie butów nie zawiąże, to się męcz. Znam takie kobiety. Jedno jest pewne - ona się nie zmieni. O ile w ogóle będziecie mieć dzieci, to będą one miały przekichane.
Ona raczej nie chce rozwodu - może jak znajdzie innego jelenia - bardziej dzianego, na wyższym stanowisku.

5

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Nie sprowadzałbym tutaj wszystkiego do kwestii materialnych.
Gdyby chodziło o pieniądze:
- nie byłaby ze mną wcześniej, wtedy kiedy byliśmy szczęśliwi (bo kiedyś ich nie miałem, teraz dopiero mam)
- nie próbowałaby się zabić, a po prostu by sobie kogoś znalazła. Nie potrafi sama sobie poradzić z tą sytuacją

ale dziękuję za opinię, każda jest istotna

6

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

niczego nie sprowadziłam do kwestii materialnych... ale jak widać - uderz w stół....
oczywiście nie próbowała się zabić tylko uzależnić ciebie od siebie, już jej to raz się udało więc znów próbuje.
i tak od niej nie odejdziesz, więc czego oczekujesz po tym forum?

7 Ostatnio edytowany przez Sir (2015-10-18 21:59:29)

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Rozumiem że tak to odebrałaś, a gdyby wyglądało to tak:
- Ona chce odejść, być singielką ale nie ma na to odwagi? (np. przed własnymi rodzicami)
- Ja mam powoli tego dosyć ale nie chce aby stała się jej krzywda - mam blokadę przed tym że po rozstaniu sama albo ktoś jej zrobi krzywdę?

Patologiczno psychiczny związek powstał, gdzie jeszcze resztkami sił walczę o jego przetrwanie mając w pamięci to co było kiedyś

PS. co do próby samobójczej faktycznie chciała to zrobić, w koszu znalazłem liścik, a sama chodziła kilka dni z oczami jak talerze po przedawkowaniu leków (które koniec końców zwymiotowała) (musiała odwiedzić 5 aptek aby zdobyć te leki i czytała o tym poradniki w necie jak zrobić to jak najbardziej bezboleśnie)

8

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Rozkapryszona? Nie znamy jej przecież. Może jest po prostu zagubiona? Może potrzebuje więcej miłości i czułości niż Adamowi się wydaje?

9

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło
Sir napisał/a:

w koszu znalazłem liścik

Bo miałeś znaleźć.
Masz w tym małżeństwie konkretną rolę - tatuśka i opiekuna, bo sobie biedulka sama nie poradzi. To pomyśl co będzie jakby było dziecko - bo i z nim sobie ona nie poradzi. To są te mamuśki co całymi dniami się gapią w kompa a dziecko leży osrane w kołysce. i nawet jak jej ktoś to dziecko będzie chciał zabrać, to jej to ani ziębi ani grzeje...
Lubi być bezradna to jest - ty za nią załatwisz. Wygodnie jej tak to z tobą jest.
przed tobą jeszcze z 50 lat życia w takim związku - przyzwyczajaj się.

10

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Moim zdaniem ona jest po prostu nieszczęśliwa. Raz zrobiła odważny krok, przed ślubem powiedziała że małżeństwa nie chce. Wszyscy na nią naciskali ona się ugięła "bo tak nie wypada" i teraz tego żałuje. Nie rozumiem czemu nie pozwoliłeś jej wtedy odejść, teraz masz złudę małżeństwa które nieubłaganie kieruje się ku końcowi.

11 Ostatnio edytowany przez Sir (2015-10-18 22:16:44)

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

pannapanna ostro jedziesz, ale są i takie przypadki. Aczkolwiek gdyby było tak jak to opisujesz, to po co cała akcja z próbą samobójczą, przedawkowanie tabletek i liścik na dnie kosza (o którym nie wspominała, sam znalazłem), do tego tak jak pisałem jest bardzo emocjonalną osobą, lekko ze swoimi rodzicami nie miała.

Raczej idę w tym kierunku że przeraziło ją to małżeństwo bo tak naprawdę nie miała nawet czasu zasmakować życia jako singielka, może stąd ta depresja ?

Tak czy siak, uwierz mi że nie będę tego ciągnął dalej jak do końca roku jeżeli nic się nie poprawi u nas. A ona po wizycie u psychiatry wspomniała - Psychiatra mi powiedział że w takich okolicznościach możemy unieważnić ślub - że nie była w stanie podjąć decyzji i nijako ją na niej to wymuszona. Ona serio nie chce ze mną mieszkać, czy tkwić w tym małżeństwie, nie okazuje już praktycznie żadnej a to żadnej miłości, tacy z nas współlokatorzy teraz.

dantek - dziękuję za przyłączenie się do tematu, od lekarza dostała środki które dodadzą jej "odwagi" w podejmowaniu decyzji, widzisz to chyba tak samo jak psycholog. A nie pozwoliłem odejść bo sądziłem że to chwilowe załamanie, w końcu kiedyś było nam dobrze razem...

12

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Adamie, jesteś młodym facetem i chyba troszkę nerdem- czy się mylę? ale raczej nie sądzę, bym się myliła


A skoro idę dobrym tropem, to niestety, ale cienko widzę twoją przyszłość- mam na mysli twoje sprawy osobiste. Na milę widać, że wyrasta z ciebie ratownik mimoz. Masz wszelkie ku temu predyspozycje psychiczne- fatalnie. Za kilka lat bedziesz zgorzkniałym i mocno roztargnionym dziwakiem- sorry ale idziesz w tym kierunku. Żyjesz bowiem z nią, jakby na uboczu zycia, jak na jakiejś obcej planecie albo w obcym kraju, gdzie nikt was nie rozumie. Na dodatek jesteś najzwyczajniej w świecie przyzwyczajony do tej kobiety i MOCNO Z NIĄ ZŻYTY- nie uwolnisz się od niej. Prędzej poświęcisz cale lata, by zrozumieć tę kobietę, zamiast pomyśleć praktycznie i zwyczajnie dać sobie spokój z mimozą i dziwaczką (bazuję na twoim opisie).
Napisałeś tutaj, bo masz nadzieję na to, że inne kobiety rzucą ci jakies nowe swiatło na twoją zonę i dzieki temu ty wypracujesz sobie jakiś lepszy z nią kontakt. Ewidentnie masz problemy z komunikacją, jeśli chodzi o tę kobietę. Nie ma w tym nic dziwnego, bo każdy inny facet też nie mógłby się połapać o co chodzi tej mimozie. Tyle tylko, że mało który facet zadawałby sobie aż tyle trudu, by rozwiązywać aż tak skomplikowane zagadki- ona zwyczajnie zaliczyłaby kopen w dupen i tyle.
co ja sądzę otej kobiecie? Już się chyba zorientowałeś- prawda? ale dopiszę jeszcze to i owo.
przede wszystkim rzuca sie w oczy to, że tak naprawdę żyjecie w jakiejś oderwanej od rzeczywistosci dwuosobowej sekcie. Od samego początku były między wami jakies tajemne sprawy przed innymi, rzeczy które należy ukryć, jakieś wydumane problemy, jakieś dziwne klimaty. Nie wiem jakim cudem nie udusiłeś się w tym związku- chyba tylko dlatego to wytrzymujesz, bo sam masz problemy, podejrzewam że jesteś nerdem.
Normalny facet z zycia wzięty nie wytrzymałby czegoś takiego.
jutro napiszę więcej, bo zainteresował mnie twój wątek
Dobranoc

13

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

sorry że tak nagle urwałam, ale coś mi nagle i niespodziewanie wypadło- muszę kończyć.

14

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Sir a czy Ty wtedy z nią poważnie rozmawiałeś? Co czuła, czemu zmieniła decyzję, może ugięła się pod naciskiem rodziców na ślub?
Moim zdaniem, z tego co piszesz ona już Ci dała jasno do zrozumienia że chce rozwodu, może nie ma tylko w sobie siły do działania.

pannapanna napisał/a:

.
Ona raczej nie chce rozwodu - może jak znajdzie innego jelenia - bardziej dzianego, na wyższym stanowisku.

pannapanna ona nawet tego ślubu nie chciała. Nie wydaje mi się żeby na kasę leciała, poznali się jako studenci, chyba że nie masz pojęcia o tym jak studenci żyją wink

Sir ja bym z nią rozmawiała i jeszcze raz rozmawiała. Niech wyrzuci z siebie wszystko co w niej siedzi. Dałabym jej też czas, czasem wszystko samo się układa.

No i należy pamiętać że wina zawsze leży po dwóch stronach.

15

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Wydaje mi się, że jesteś fajnym, ogarniętym facetem ale ślub był błędem. Wiem, że wszystko było przygotowane i co ludzie powiedzą, jednak ona czuła się zmuszona do tego ślubu.
Nie dasz rady kochać za dwoje ani sam ciągnąć tego małżeństwa.
Moim zdaniem ona jest nieszczęśliwa, swoim zachowanie krzyczy  " chcę odejść". Porozmawiaj z nią szczerze, jeżeli chce rozwodu, załatw to. U was od dawna nie ma szczęścia, nie ma czego ratować. Zrób wszystko to co ona zechce, pomóż jej a potem zajmij się sobą. Teraz jesteście bardzo nieszczęśliwym małżeństwem a to chyba nie o to chodzi.

16

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

oliwia9195 - to zależy jak rozumiesz definicje nerda, ja to ja, 190cm sporego chłopa, umysł ścisły, faktycznie bardziej domator jak człowiek pro społeczny ale to sie mocno zmienia w ostatnim czasie. Masz wiele racji w tym co piszesz, nie wiem czy mam jakieś problemy, moim problemem jest to że nie chce jej skrzywdzić - a chyba już to zrobiłem tym ślubem.

dantek - ugięła się pod naciskiem i sama nie wiedziała czy to jej się chwilowo odwidziało i to jakiś stres przed ślubem czy co się stało. Może i jasno dała mi to do zrozumienia, a ja nie potrafię tego tak po prostu przyjąć, nie wierze w to co się dzieje ?

Nigdy - ślub się odbył, goście byli i się wybawili nikt już nic nie powie, jedynie rodziców trzeba będzie wtajemniczyć w temat. Jeżeli nic się nie zmieni w najbliższym czasie to chyba jedynym sensownym wyjściem będzie przyjęcie tego na klatę i pomoc jej z rozwodem...

Szkoda że to wszystko tak się ułożyło, że przed samym ślubem rozwaliło.
Trafiłem tutaj, ponieważ nie potrafię uwierzyć że po tylu latach kobieta może się wypalić tuż przed ślubem i nie czuć nic...
Oboje spędziliśmy razem wiele lat i teraz mam przejść wobec niej obojętnie ?
A może faktycznie oboje odżyjemy kończąc tę farsę...

17

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Mam jeszcze chwilę. Teraz doczytalam, że twoja żona też żyje w wirtualnym świecie. Ciekawe czy ona ma jakieś koleżanki i w realu i czy wychodzi z nimi na zakupy albo wisi godzinami na telefonie rozmawiając z koleżankami. Coś mi się wydaje że nie. To też daje mocno do myślenia, w końcu to młoda dziewczyna.
To kobieta bluszcz niezdolna albo prawie niezdolna do samodzielnego podejmowania decyzji i do borykania się z trudami życia. Rodzice tej dziewczyny wychowali ją według własnych priorytetów i chyba za bardzo zapisali w jej mózgu pewne wzory zachowań od których ona nie potrafi się odciąć. Ty sir też bierzesz ją za rękę i pokazujesz którędy ona ma chodzić. Nie jesteś dominantem ale jesteś typem ratownika i dlatego stales sie w jej oczach i we własnych jej opiekunem. Ona być może czuje się jak największe ciele w naszym kraju. Dlatego jest nieszczesliea. Dlatego też nie potrafi pracować w zespole. Wyalienowala się strasznie i z życia i z małżeństwa. Wiecznie wpada w jakieś depresje, łyka prochy które akurat na jej organizm działają fatalnie, zalicza ataki padaczki- no pełno jest tych przerażających rzeczy. Na zdrowy chłopski rozum można powiedzieć że ta panna nie nadaje się do normalnego życia. Nie wyobrażam sobie jej xalatwiajacej jakąś ważną sprawę ,jako matkę, jako wsparcie dla kogoś w chorobie- no masakra. Ona kupuje sobie jakieś pierdoly które nie są jej potrzebne ale ona ma przecież kaprys. Nie sadze by garnela się do roboty w domu. Co będzie gdy przyjedzie dziecko? Zapewne zakupi ona mnóstwo różnych gadżetów, z połowy nigdy nie skorzysta bo zapomni o nich albo nie będzie umiała. Pomocników będzie musiala mieć chyba cały zastęp. Gdy wypadnie coś pilnego i ona będzie musiala to ogarnac to ją już widzę te jej wszystkie problemy. To taki rodzaj księżniczki chociaż nie wiem czy to dobre określenie bo księżniczka przynajmniej wie czego chce. Ta natomiast ledwo chodzi po tym świecie. Myślę że jej problem polega na tym że ona chciałaby być inna ale ona nie jaką właściwie chciałaby być osobą i jak miałaby się do czegoś takiego zabrać. Ciężko dogadać się z nią bo zamiast normalnie rozmawiać ona zaczyna buczec łzy lecą jej z oczu, leci po prochy by się zabic- no matko święta, co to za kobieta. Nie wiem jakim cudem uda jej wychować dzieci. Typowa kobieta bluszcz. Seksu ona nie bo nie wiadomo dlaczego właściwie. No jakiej by się człowiek sfery nie przyczepil to tak naprawdę wszystko jest dziwne i chore.
Sir jak Ty od niej odejdziesx,to ja pojęcia nie mam. Zaczną się jakieś chore dramaty, jakieś jazdy nie z tej ziemi- w coś Ty się wpakowal? Przecież przed ślubem widziałes kogo bierzesz sobie za żonę.
Do jutra

18 Ostatnio edytowany przez rojka (2015-10-19 00:47:50)

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Nie nazwałabym Twojej żony ani rozkapryszoną panną ani księżniczką dla mnie to zagubiona kobieta,która w życiu najpierw słuchała sie rodziców i żyła wg ich przekonań a później wg Twoich.
Ty załatwiłeś jej prace,Ty załatwiłeś ślub,Ty załatwiłeś nawet to,że on ugięla się i wbrew swoim przekonaniom stanęła na ślubnym kobiercu a teraz chcesz rozwód za nią załatwić.
Opanuj się.
Nie miała w życiu szansy decydować sama o sobie.
Nie wiem czy nie chciała,czy tak jej było wygodniej czy było jej głupio postawić na swoim ale do tej pory robiła to co inni chcieli.
Przewijają sie stwierdzenia,że ona nie da sobie rady. Ludzie z gorszych opresji wychodzili.
Na pewno da radę sobie w życiu ale nie z pomocą psychiatry tylko psychologa kogoś kto jej wytłumaczy jak żyć a nie naszprycuje ją lekami.
Do tej pory miała ludzi,którzy nią kierowali a wypadałoby zapytać samej Marty czego ona chce.Moim zdaniem w Waszym życiu było za dużo WAS. Nie mieliście zajęć oddzielnie tylko w parze. Jak kumple nie jak para.

19

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

męczennik smile

20

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Za bardzo ją wszyscy prowadziliście i prowadzicie przez życie za rękę. Niewiele jest chyba rzeczy w życiu tej dziewczyny, o których ona zadecydowałaby całkiem sama. Może tylko dieta, którą sobie wybrała była jej pomysłem i wyborem, a i w tym temacie też mogła się nasłuchać, jaki to bezsens itd.
Ona nie chciała ślubu, bo nie miała przekonania do tego, by być czyjąś żoną, że da sobie radę w takiej roli, więc co się zadziało? Bach i sir dzwoni do jej matki, matka wysłuchuje o co chodzi i stwierdza, jako pewnik, że spokojna głowa, bo ona porozmawia sobie z córką i załatwi sprawę. I rzeczywiście- po rozmowie z matką dziewczyna wraca odmieniona na chwile i juz zgadza się na slub.
Zrobiliście z niej kalekę życiową, a ponieważ trafiło na bardzo podatny grunt (mam na mysli jej osobowość, wrazliwość, predyspozycje psychiczne), toteż ona poddała się temu wszystkiemu. To młoda dziewczyna i powinna tryskać energią, chęcią do życia, pomysłami, a jako świeżo upieczona mężatka skakać do nieba ze szczęścia. Powinna marzyć o różnych rzeczach, rozwijać się, bo jesli teraz nie dzieją sie w niej takie rzeczy, to niby kiedy mają się zadziać- na starość?
Dajcie tej dziewczynie święty spokój i nie uszczęsliwiajcie jej już więcej na siłe. niech ona idzie w swoje zycie i niech wreszcie ma okazję spróbować, na własny rachunek.
Zamiast prochów niech ona pójdzie na porządną terapię pt "nie potrafię cieszyć się z tego, co mam, a chciałabym się tego nauczyć"
Ty sir oddal się troszkę od niej, bo ona najprawdopodobniej dość już ma szczerze i serdecznie tych umoralniających gadek i tych psychoanaliz, jakie wiecznie sie nad nią roztacza.
Ona widzi przecież, że wszyscy ludzie jakoś przecież zyją,radzą sobie, i widzi to, że z nia wiecznie są jakies problemy. to musi ja dołować i niepokoić.
Jeśli ona chce rozwodu, to należy  dać jej ten rozwód, jednak ty sir też nie możesz popasć w pułapkę, że oto od tej pory wszystko bedzie działo sie tak, jak chce ona. to kobieta bluszcz, więc jesli poddasz sie jej, to sam marnie skończysz. Podejmuj więc decyzje odnośnie swojego życia według tego, czego ty chcesz. nie musisz być non stop przywiązany do niej, bo nie jesteście syjamskim rodzeństwem, żeby nie mozna było was, na ten moment rozdzielić, bo macie wspólne organy np. wspólną wątrobę albo coś tam. Patrz na to, co potrzebne jest tobie i zrzuć wreszcie z siebie te kajdany. nie masz żadnego obowiązku, by ciągnąć za sobą ten ogon, bo to nie słyży ani tobie, a ni tej kobiecie. Zacznijcie żyć jakby oddzielnie i może właśnie to was zblizy? no naprawdę juz sama nie wiem czy dobrze oceniam to wszystko, ale przyznam ci się szczerze, że nie wytrzymałabym ani bedąc na twoim miejscu, ani bedąc na jej miejscu. toż wy oboeje dusicie się w tym związku. Przemysl to, co napisałam.
Jeśli ona pójdzie do mamusi, to nie zatrzymuj jej- niech idzie gdzie jej sie podoba i gdzie uzna za stosowne. Ty zajmj sie wreszcie sobą, bo naprawdę duzo tracisz.
Gdybyś dzisiaj poznał kobietę z zycia wziętą, taką z krwi i kości, to wątpię, żebyś potrafił odnaleźć się w takim związku. Masz już tyle krzywych naleciałości, że możesz mieć problemy z normalnym funkcjonawaniem z silną i wesołą kobietą. Masz dopiero 25 lat, a juz masz takie problemy. To co będzie dalej? nie dźwigaj całego malżeństwa na swoich barkach, bo dostaniesz garba.
Wyjedź gdzieś, ale wyjedź sam, poobracaj się między ludźmi- zrób coś wreszcie ale tylko i wyłącznie dla siebie. Daj tej kobiecie oddech od siebie i przed wyjazdem nie zaopatruj jej lodówki, by ona z głodu nie umarła, nie opłacaj wszystkich rachunków, niech ona dowie się, że jest cos takiego jak rachunki, zostaw ją w rozpierdzielu i niech ona sobie poradzi. Jesli sobie nie poradzi, to mamusia do niej przyjedzie albo ona pojedzie do mamusi, a może własnie ona podejme to wyzwanie i w końcu zacznie robić cos na własne ryzyko i na własny rachunek?
Wyjdxcie oboje z tego grzęzawiska, bo niedobrze się robi, gdy czyta się to, co opisałeś. Nie ma w tym żadnego życia- a przecież młodosć wam umyka i kiedy macie zamiar żyć?

21

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Dzięki, warto było tutaj napisać i poznać Waszą opinię.
Myślę że do końca miesiąca wyklaruje się wszystko czy idziemy w prawo czy w lewo

22

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Jasne, nie czekaj za długo, bo nic nie zmieni się na lepsze. Wasze małżeństwo od początku było złe i tego nie da się już czyba naprawić. Przemyśl jak wyglądało by wasze rozstanie, pewnie i tak będziesz musiał załatwiać wszystko sam ( ale niech to będzie ostatni raz). Ona może oczekuje, że to znowu Ty podejmiesz decyzję, tak jak zawsze, prawda? Ona jest pod opieką specjalistów i musi nauczyć się radzić sobie sama, w końcu. A Ty też zajmij się sobą, masz dopiero 25 lat, jeszcze wszystko przed Tobą, zaczniesz z czystą kartą.

23

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Sir nie lubię osób Twojego typu smile. Nie obraź się, ale wypominanie "braku zaradności", a z drugiej strony ciągłe pomaganie (z tego co napisałeś SAM wciągnąłeś Ją do Swojej pracy), a nie pozwolenie na "dorośnięcie" jest chyba jednym z najsłabszych rzeczy jakie można zrobić.
Po drugie cyrk z dzwonieniem Twoich rodziców do Niej - sorki musicie wciągać Waszych rodziców w WASZE problemy hmm? Dla mnie dosyć żałosne... Przez to czuła presję do zrobienia czegoś, czego Ona nie chciała. A Ty Adam piszesz o braku zaradności w życiu - jak dla mnie po części nie pozwalasz Jej na to. Musi być po Twojemu.

Tak dziewczyna istotnie "księżniczkowata", zbyt bardzo polega na innych. Ale Ty taką Ją zaakceptowałeś smile? A zamiast próbować rozmawiać o tym co w Niej Ci się nie podoba/zastanowić się nad tym, wolałeś w afekcie to wykrzyczeć.

Ogólnie nie uważam, abyś był jakiś złym mężczyzną. Jednak dla mnie posiadasz dwie bardzo irytujące cechy u Panów:
Pierwsza - objęcie przewodnictwa w związku (dominacja partnerki), a później pretensje o to;
Druga - nieumiejętność załatwienia ważnych spraw bez osób trzecich. Rozumiem chciałeś poinformować rodziców o tym, ale czemu przystałeś na ich ingerencję w Wasze problemy hmm. Powinieneś powiedzieć, że dziękujesz za pomoc, ale to Wy musicie to rozwiązać i prosisz, aby Sami nic nie robili.

Ogólnie jak dla mnie związek nie jest do uratowania, tym bardziej że zażywa Ona antydepresanty hmm. Najpierw musi wyjść z "dołka", później myśleć o związku.

24 Ostatnio edytowany przez Azbi (2015-10-19 12:21:01)

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło
Sir napisał/a:

, a to wszystko tak skumulowało złość w Adamie, do tego stopnia że wyrzucił wszystko z siebie, wyrzucił wszystko jej w twarz na ulicy, że go denerwuje, że jest nieporadna, że sama nic by nie osiągnęła w życiu itp. itd. w skrócie wszystko co najgorsze. Odeszła w płaczu, a Adam nawet nie zamierzał jej zatrzymywać, po prostu miał już dość obchodzenia się nią jak z jajkiem, może przedstawił swoje zarzuty zbyt dobitnie i krzywdząco, w końcu się uniósł.. ale miał dość.
Nastały ciche dni, cichy tydzień, ciche dwa tygodnie... a czas do ślubu leciał. Okazało się że Marta pogrążona w depresji zdążyła odwiedzić psychiatrę i psychologa, dostała leki antydepresyjne i radę aby ślubu nie brała - jak się okazało miała już wątpliwości wcześniej.
Nie bardzo angażowała się w przygotowania.
Nieco roztrzęsiona w głosie i bardzo ozięble powiedziała, że coś się w niej wypaliło... ze ślubem chce poczekać i nie potrafi powiedzieć czy go kocha. Nie trudno sobie wyobrazić reakcję Adama, zdziwiony, zszokowany nie potrafił uwierzyć w to co słyszy. Wszystko gotowe do ślubu, zaproszenia wysłane, przeżył pięć lat które miło wspomina i nagle słyszy takie słowa... prawdopodobnie wtedy wyszedł z domu, nikt tego nie pamięta, musiał pobyć sam ze sobą.


Do tego okresu sam piszesz angażowała się w ten wasz ślub, jeździła załatwiała, przygotowania do ślubu wytwarzają nerwową atmosferę, o tym trzeba pamiętać, że spięcia mogą wystąpić i u was wystąpiły tylko że ty ze swojej strony wytoczyłeś "wielkie działa" (twoje wyzwiska) na jej "pistolecik odpustowy (jej foch)".
Wykrzyczałeś z co o niej myślisz, nikt nie chce być uważany za nieudacznika, a ty jej to wywaliłeś prosto w twarz. Dlaczego to zrobiłeś, zastanów się czy wtedy tak o niej  nie myślałeś, a złość nie pozwoliła ci ukryć tego o niej zdania. Później milczałeś (ciche dni), nie próbowałeś naprawiać, prostować , dwa tygodnie milczenia z twojej strony po takim wyznaniu potwierdziło jej tylko, że nic dla ciebie nie znaczy.
Dziwisz się że w niej się wszystko wypaliło.
Dziewczyna była ambitna skończyła studia, dobrze zarabiała (sam tak piszesz), a ty jej prosto w oczy, że nieporadna i nic sama nie potrafi (innymi słowy nieudacznik)  "może zbyt dobitnie i krzywdząco", nie, nie może to było krzywdzace i tymi słowami wyraźnie pokazałeś jakie masz o niej zdanie, a później jeszcze ta cisza dobijająca. Dziewczyna niegłupia wiec zrozumiała i chciała ślub odłożyć lub  wycofać się, ale tu też nie liczyłeś się z jej zdaniem.
Zastanów się po co ci był ślub z osobą, o której miałeś takie zdanie i nie wynika z tekstu że jej zmieniłeś, wprost przeciwnie potwierdziłeś zmuszając ją do ślubu wbrew jej woli i gdy była pod wpływem środków uspokajających, zaangażowałeś nawet do tego jej rodzinę.
Wybacz ale dla tej dziewczyny wszyscy (włącznie z jej matką ) jesteście toksyczni. Jak się kogoś kocha i szanuje to w żadnej złości nie wypowie się takich raniących słów.

25 Ostatnio edytowany przez Czarna Kotka (2015-10-19 13:44:29)

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Dziewczyna zrobiła błąd, że poświęciła swoje szczęście po to, żeby zadowolić wszystkich innych.
Pułapka zaangażowania - "to wszystko już zaszło tak daleko, jak ja im to zrobię".
Zacisnęła zęby i weszła w układ, o którym wiedziała, że jej nie odpowiada. Myślała może naiwnie, że jakoś się poukłada.
Ale się nie układa, a wyparte emocje wychodzą już w formie zaburzeń psychicznych. Dziewczyna żyje w pułapce, którą wspólnie wybudowali jej rodzice, Ty i ona sama. Miała napady padaczkowe i próbę samobójczą, na litość boską, w Wy wciąż wywieracie na nią presję.
Stara się sprostać WASZYM oczekiwaniom, wypierając to, czego sama chce. I nie chodzi o to, że te oczekiwania są jakieś nieprawdopodobne, są zwykłe, ale nie w sytuacji kiedy ona prawdopodobnie nie kocha Cię, wyszła za Ciebie tylko żeby nie zawieść rodziców i Ciebie, żyje w lęku i poczuciu winy, że nie jest taka, jakbyście chcieli żeby była. Że wszystkich zawodzi i jest do niczego. Masz jakiekolwiek pojęcie jak wielkie to może być obciążenie psychiczne?
Zwłaszcza dla dziecka takich rodziców? Nie potrafili wesprzeć jej w jednym z najtrudniejszych momentów jej życia, nie potrafili powiedzieć "jeśli naprawdę tego nie chcesz to trudno, Twoje szczęście jest dla nas ważne", tylko zamiast tego za pomoca poczucia winy ("jak mogłaś ich tak zawieść") wpychali ją w układ, o którym wiedzieli, że jej nie odpowiada. Bo jej szczęście nie było ważne, ważniejsze było, że rodzina "nie straci twarzy". To bardzo dużo mówi o jej rodzicach i o niej - kochanej warunkowo i wychowywanej, aby spełniała oczekiwania innych, kosztem własnych. To nigdy nie jest zdrowe, a konsekwencje tego masz właśnie przed oczami.
To odwołanie ślubu to byłaby najlepsza decyzja w tamtej sytuacji.

Zamiast szukac przyczyny wyłącznie w niej, spójrzcie też na siebie.
Co by ją mogło uzdrowić? Nie psychotropy, tylko akceptacja rodziców, spokojny rozwód i życie na własną rękę, żeby się mogła przekonać kim jest i czego naprawdę chce.

26 Ostatnio edytowany przez Nektarynka53 (2015-10-19 13:30:50)

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło
Czarna Kotka napisał/a:

Ale się nie układa, a wyparte emocje wychodzą już w formie zaburzeń psychicznych. Dziewczyna żyje w pułapce, którą wspólnie wybudowali jej rodzice, Ty i ona sama. Miała napady padaczkowe i próbę samobójczą, na litość boską, w Wy wciąż wywieracie na nią presję.

Cały czas szukacie winy w niej. Spójrzcie na siebie.

Niestety trudno się z Tobą nie zgodzić, a sprawa musi być bardzo poważna jeśli psychika zaczęła "podupadać" hmm.
Sir w dużej mierze odpowiadasz za Jej obecny stan - jesteś współodpowiedzialny. Bo wykrzyczenie osobie, którą się kocha takich rzeczy z powodu focha - no cóż...

27

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło
dantek napisał/a:

pannapanna ....i, chyba że nie masz pojęcia o tym jak studenci żyją wink

łoj mam, mam wink
Ale też powiem Ci, że wieku 25 lat studiowałam dziennie, utrzymywałam się sama i jeszcze miałam od 3 lat faceta, z którym szalałam, bawiłam się, śmiałam itd wink To tak na marginesie jak żyją studenci, nie wiecznie zgarbione mimozy i ich ... (właściwie nie wiem co, jak nazwać bohatera, bo przecież nie mąż).

28

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło
pannapanna napisał/a:
dantek napisał/a:

pannapanna ....i, chyba że nie masz pojęcia o tym jak studenci żyją wink

łoj mam, mam wink
Ale też powiem Ci, że wieku 25 lat studiowałam dziennie, utrzymywałam się sama i jeszcze miałam od 3 lat faceta, z którym szalałam, bawiłam się, śmiałam itd wink To tak na marginesie jak żyją studenci, nie wiecznie zgarbione mimozy i ich ... (właściwie nie wiem co, jak nazwać bohatera, bo przecież nie mąż).

Mnie chodziło tylko i wyłącznie o kontekst finansowy. Studentom nigdy się nie przelewa, chyba że rodzice dziani, ale to zupełnie inna sprawa wtedy. Można więc wykluczyć że poleciała na kasę, przecież nie miała gwarancji ile później będą zarabiać.
A po za tym z opisu autora wynika że ten czas na studiach był ich najszczęśliwszym w czasie trwania związku.

29 Ostatnio edytowany przez niezapominajka9 (2015-10-21 16:34:33)

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Witaj Sir.

Twoja żona jest chora i potrzebuje Twojej pomocy!!! Chora psychicznie. Pamiętaj, że choroba psychiczna to choroba duszy, a próba samobójcza jest wynikiem bezsilności i rozpaczy. Zachowanie Twojej żony jest cichym wołaniem o pomoc.

Moim zdaniem Twoja żona od początku jest źle leczona, bo co to za psychiatra, który szprycuje pacjentkę lekami aż do takiego stopnia, że dostaje ataków padaczki?? Wydaję mi się, że Twoja żona jest w stanie głębokiej depresji i wszystko widzi w czarnych barwach, także swoje małżeństwo. Jeśli faktycznie ją kochasz, to spróbuj znaleźć jakiegoś dobrego psychoterapeutę czy psychologa, który pomoże jej zajrzeć wgłąb siebie i zrozumieć to, czego faktycznie chce. Myślę, że tak jak do końca nie wiedziała, czy chce tego ślubu, tak teraz nie wie, czy chce rozwodu. Jest w tym wszystkim zagubiona, a wpływ na to miało zapewne zarówno jej trudne dzieciństwo, rygorystyczni rodzice, jak i niezdrowe relacje między wami przed ślubem (np. ukrywanie się przed rodzicami, współzależność w pracy zawodowej). Twoja żona ma poważne problemy z psychiką, o czym świadczą myśli i próba samobójcza. Wg mnie nie możesz jej teraz zostawić bez pomocy, bo choroba psychiczna to jest choroba jak każda inna. Pomyśl, czy gdyby np. miała teraz raka, to czy mógłbyś tak po prostu ją zostawić i żyć dalej spokojnie?? Spróbuj przy niej po prostu być i okaż, że chcesz jej pomóc. Powiedz, że nie jesteś jej wrogiem i jeśli faktycznie tego chce, możecie się rozwieść, ale przez wzgląd na wasze wcześniejsze życie i wspaniałe chwile, chciałbyś spróbować ocalić to małżeństwo. Powiedz, że widzisz, że jest jej ciężko, ale pomożesz jej przez to przejść, że depresja to choroba wyleczalna - trzeba tylko udać się do dobrego specjalisty i postępować wg jego zaleceń. Wspieraj w tym żonę. Myślę, że jeśli przez to przejdziecie, to żona na pewno nie będzie chciała od Ciebie odejść, ale scementuje to Wasz związek. Jeśli naprawdę Ci na niej zależy, to po prostu pomóż jej w tym cierpieniu i nie bierz do siebie wszystkiego, co mówi, bo jest nie do końca świadoma swoich słów. Pamiętaj, że depresja to choroba specyficzna, bo boli nie tylko chorego, ale również otoczenie. Nie mniej jednak bądź twardy i przejdź z nią przez to, bo myślę, że jest tego warta, skoro wybrałeś ją na swoją żonę. Życie Was doświadcza, ale nie daj się złamać, bądź dzielny. Powodzenia!!!

30

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Ona nie chciala tego ślubu tak jak mówila wcześniej. i żadne naskakiwanie jej czy stworzenie slubu jak z bajki tego nie zmieniłi. Wzięła ślub za namową rodziców. to nie była do konca jej decyzj a Ty powinieneś to zrozumieć i nie brać slubu tylko zmienić date conajmniej.

ona się teraz męczy, nie wie czego chce w która stronę ma iść. nie wiem nadal czy Ciebie kocha czy chce tedgo małżeństwa, czy chce czegokolwiek. jesteście oboje bardzo mlodzi, dajcie sobie czas, może rozstańcie sie na jakiś czas i zobaczcie jak to będzie. przede wszystki daj jej czas. osobiście sądze że ślub był błedem. jakimś przymusem, ona nie byla pewna i nigdy nie powinna robić niczego wbrew sobie. męczy sie teraz bo dalej nie wie czego chce.

31

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Nakłoniłeś ją do ślubu w momencie gdy wiedziałeś że jest źle, żeby ja zatrzymać przy sobie. Takich rzeczy się nie robi. Trzeba było poczekać i w zależności od tego co do niej czujesz odejść albo pomagać. Twoja dziewczyna nie wypaliła się. Ona ma depresję kliniczną, bez żadnego powodu. Takie rzeczy się zdarzają. Jeżeli chcesz jej pomóc to zrób coś dla niej żeby poprawić jej nastrój. To może być praca na bardzo długi czas, może na stałe. Depresja kliniczna zaczyna się od urodzenia albo od pewnego wieku i już się nie kończy.

32

Odp: Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Jakis powód zawsze jest, czy to genetyczna skłonność do nieprawidłowego balansu neuroprzekaźników w mózgu (ojciec  podobno też depresyjny), czy to wychowanie plus okoliczności. Być może drugie spotęgowało pierwsze.

Posty [ 32 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » TRUDNA MIŁOŚĆ, ZAZDROŚĆ, NAŁOGI » Małżeństwo, które umarło zanim się narodziło

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2024