Witajcie serdecznie
. Mam na imię Michał, obecnie 29 lat, stawiam tutaj swoje pierwsze kroki
. Forum obserwuję już od pewnego czasu. Długo myślałem, czy nie podzielić się swoją historią, w końcu jednak zdecydowałem się. Wiem, że na forum zdecydowaną większość stanowią kobiety, tym bardziej zależy mi na Waszej opinii, być może pomożecie mi zrozumieć to, czego ja sam chyba do końca nie potrafię. Do rzeczy...
Swoją żonę poznałem 5 lat temu, przed ślubem byliśmy ze sobą 3 lata, następnie jako małżeństwo kolejne 2 lata. Nie mamy dzieci (w tym przypadku na szczęście). Okres przed ślubem był prawdziwą sielanką, byliśmy w sobie zakochani po uszy, poznawaliśmy się, świata poza sobą nie widzieliśmy. Razem odkrywaliśmy to co w życiu najlepsze, miłość i szczęście. Wydawało się, że wszystko układało się tak jak trzeba. Dosyć szybko ze sobą zamieszkaliśmy, jeszcze bardziej nas to do siebie zbliżyło, mieliśmy siebie praktycznie na co dzień. Czasami zdarzały się kłótnie jak w każdym związku, ale dosyć szybko dochodziliśmy do zgody i kompromisu. W międzyczasie po półtora roku związku i wzajemnego odkrywania się postanowiłem się oświadczyć. Ślub konkordatowy odbył się kolejne półtora roku później. Był to wtedy chyba jeden z najwspanialszych momentów w moim życiu (przynajmniej wtedy tak uważałem).
Okres zaraz po ślubie też był ciekawym doświadczeniem, my w nowej roli jako mąż i żona, z nowymi obowiązkami i wspólnymi celami w życiu. Mijały kolejne miesiące, postanowiliśmy pójść dalej i zamienić wynajmowane mieszkanie na własne. Wzięliśmy wspólny kredyt, razem z pomocą innych osób wykończyliśmy mieszkanie, by w końcu po kilku następnych miesiącach wyrzeczeń wprowadzić się na swoje. Nowe życie, nowe otoczenie, kolejne nowe obowiązki, wszystko było nowe, znów mogliśmy odkrywać. Obydwoje mieliśmy dosyć stabilną pracę. Dodatkowo żona zaczęła dorabiać sobie na weselach jako wokalistka (wspominam o tym, bo będzie miało to znaczenie w dalszej częsci historii) ...
Było jak w bajce, ale do czasu. Mniej więcej rok po ślubie pojawiły się pierwsze większe kryzysy w naszym związku małżeńskim. Kłótnie były częstsze i dłuższe niż kiedyś, często chodziło o jakieś drobiazgi. Ciche dni czasami były normą. W wielu kwestiach przestaliśmy się dogadywać. Zawsze dążyłem jednak do tego by się pogodzić i zazwyczaj pierwszy wyciągałem rękę. Kochałem ją i zależało mi na jej szczęściu. Zastanawiało mnie tylko skąd nagle pojawiły się takie zmiany w jej myśleniu, wspólne cele i priorytety przestały mieć dla niej większe znaczenie, poświęcała mi coraz mniej czasu, wsparcia, powoli oddalała się ode mnie. Wydatnie przyczyniały się do tego wesela, na których śpiewała, w weekendy się praktycznie nie widywaliśmy, w tygodniu była wiecznie zmęczona. Prosiłem ją, by to ograniczyła, bo widziałem co się dzieje, ale na nic się to zdało. Wspólne rozmowy nie pomagały, tzn może i pomagały, ale na krótko. Próbując ratować sytuację zaproponowałem jej terapię małżeńską, nie zgodziła się na nią, uznała, że nic to nie da. Zamiast tego sama udała się na kilkumiesięczną terapię do psychologa z nadzieją, że coś się zmieni w jej życiu... I zmieniło się, tyle że na jeszcze gorsze. Stała się wyzwolona, niezależna, patrząca jedynie na siebie, ja przestawałem się liczyć w jej życiu, zaczęła mnie traktować z pewnym dystansem. Próbowałem jednak dalej walczyć, kreować nasze życie towarzyskie, nie miała specjalnie na to ochoty, za każdym razem znajdowała jakąś wymówkę, w pewnym momencie doszło do tego, że obracaliśmy się w osobnych kręgach znajomych. Jak się potem okazało, to wszystko miało u niej swój ukryty cel.
Zaczęły się wakacje 2015, a razem z nimi mój życiowy dramat. W środku lipca rozpocząłem swój urlop. Wreszcie więcej czasu, by pomyśleć, poukładać pewne sprawy w życiu. Coś mnie w końcu podkusiło, by sprawdzić jej telefon, laptopa i kilka innych rzeczy. Nigdy wcześniej tego nie robiłem. Ufałem jej bezgranicznie, w końcu była moją żoną. Przeżyłem totalny szok, myślałem, że umrę. Wspólne rozmowy z szefem zespołu weselnego trwały już od roku czasu. Gdy ja byłem w pracy, rozmawiali sobie w najlepsze, uśmieszki, całuski, wspólne wyznania miłości itd itp. Gdy mówiła, że wychodziła na próbę zespołu, to faktycznie wychodziła, ale na spotkanie z nim. Gdy ja czasami wyjeżdżałem do swoich rodziców, odzywała się, ale dosyć rzadko, teraz wiem już czemu. Na każdym weselu, chcąc nie chcąc przebywali ze sobą, dowiedziałem się, że niejednokrotnie dzielili wspólny pokój. Jej kochanek ma 45 lat (zostawił dla niej żonę i dziecko), moja żona - 28 lat, spora różnica wieku, ale to chyba bez znaczenia. Mając dowody na jej zdradę emocjonalną, psychiczną, a także fizyczną zapytałem się jej szczerze o romans, nie przyznała się, do końca grała kobietę "uczciwą". Nie minęło kilka dni, a poprosiła mnie o rozmowę, na której zakomunikowała mi, że chce odejść, że to koniec, że chce rozwodu. O kochanku dalej nic nie wspominała, dopiero jak jej pokazałem dowody, przyznała się, robiąc przy tym megaawanturę. Powiedziała mi, że się zakochała, nie widzi życia poza nim i tylko on się dla niej liczy. Jakiekolwiek próby ratowania tego z mojej strony nic nie dały. Dały wręcz przeciwnie odwrotny skutek, znienawidziła mnie jeszcze bardziej. Zmieniła się o 180 stopni, stała się mściwa, pałająca rządzą zemsty za odkrycie jej nowej miłości. Postanowiła się wyprowadzić, ale nie od razu. Zaczęło się piekło.
Koniec lipca to była masakra, nie wiedziałem co ze sobą robić, żeby tego było mało, cały sierpień również mieszkaliśmy razem. Miała okazję coś wynająć, ale postanowiła uprzykrzyć mi życie. Ponoć założyła niebieską kartę, próbując mnie niejednokrotnie sprowokować do pobicia, nie dałem się na to nabrać, przemoc to coś, czego nie toleruję, nie tak zostałem wychowany. Codzienne groźby i wyzwiska z jej strony to była norma. Przy mnie rozmawiała niejednokrotnie z kochankiem, umawiała się z nim na spotkania. Robiła mnóstwo innych rzeczy, dobijała mnie. Nie mogłem spać, jeść, normalnie myśleć, funkcjonować. Błagałem o to, by urlop się skończył, by wrócić do pracy, zająć się czymkolwiek.
Pod koniec sierpnia wyprowadziła się do kochanka, razem wynajęli jakąś kawalerkę. Oczywiście w wyprowadzce pomagał jej... kochanek, miała tupet, by zaprosić go do naszego mieszkania. Jakoś to zniosłem, nie dałem się ponieść emocjom i tylko obserwowałem, czy przy okazji nie wynosi z mieszkania nieswoich rzeczy. Na sam koniec nawet się nie odezwała, te 5 lat miała totalnie gdzieś, zapytałem się, czy nic to dla niej nie znaczyło, odpowiedziała, że teraz to i tak już bez znaczenia. Z męża stałem się dla niej zwykłym nieliczącym się śmieciem, którego można wyrzucić do kosza, przykra sprawa, przez pierwsze tygodnie nie potrafiłem się z tym pogodzić.
Po tym wszystkim miałem różne dziwne myśli, nie chciało mi się żyć, ale dzięki wsparciu rodziny i najbliższych zdałem sobie sprawę, na czym stoję.
Jeszcze w lipcu pod koniec złożyłem pozew o rozwód, bez orzekania o winie, zależy mi na tym, by jak najszybciej się od niej uwolnić i nie mieć z tą kobietą już nic wspólnego. Następnie zrobiliśmy szybką rozdzielność majtkową oraz podział majątku u notariusza. Spłaciłem ją ze wspólnego wkładu w mieszkanie zapożyczając się u rodziny. Przejąłem na siebie też całe mieszkanie, wciąż w nim mieszkam, zobowiązałem się do spłaty całego kredytu. Nie jest lekko, ledwo starcza od pierwszego do ostatniego. Zamierzam ją też wyłączyć ze wspólnego kredytu, jak tylko będę miał zdolność kredytową, by to zrobić. Zmuszony jestem też do zmiany pracy, gdyż obecna nie pozwala na normalne życie, a raczej wegetację. Moje życie w krótkiej chwili zmieniło się o 180 stopni, mimo tego wydaje mi się, że warto powalczyć o nową pracę, utrzymanie mieszkania i przejęcie kredytu.
Powiedzcie mi, czy to możliwe, żeby od miłości do nienawiści było tak blisko?. Żeby osoba, która ponoć tak bardzo Cię kochała w swoim życiu, była Twoją żoną, przestała Cię kochać od tak, bo poczuła słabość do innego. To możliwe, by potrafiła tak dobrze grać i udawać, być może nigdy mnie nie kochała?. Dla niej to odejście okazało się jak rozstanie z chłopakiem, kompletnie się tym nie przejęła, spakowała się i uciekła z kochankiem. Czy słowa przysięgi małżeńskiej nie miały dla niej znaczenia? Co takiego przegapiłem w swoim życiu, że potoczyło się tak, a nie inaczej? Jak dalej żyć z tym wszystkim? Czy dobrze zrobiłem składając tak szybko pozew o rozwód? Czy dobrze robię walcząc o to co mi pozostało? Pracę, mieszkanie, kredyt?. Tyle różnych pytań rodzi się w mojej głowie...
Ahh, się rozpisałem
Przepraszam ![]()
PS. Żeby nie było, też nie jestem ideałem, mam swoje wady i zalety jak każdy człowiek. W sprawach wierności jednak dochowałem tej przysłowiowej przysięgi małżeńskiej.