Witajcie netkobitki i netfaceci.
Mam duży problem w związku i potrzebuje was się poradzić.
Jestem z moją dziewczyną od 16 miesięcy. Niestety dzieli nas spora odległość, ale do tej pory nie przeszkadzało nam to za bardzo. Ja pracuje na Dolnym Śląsku, a ona kończy magisterkę w Łodzi. Tak zarówno ja jak i ona mieliśmy czas dla siebie właściwie tylko na weekendy i właśnie wtedy się spotykaliśmy zawsze. Oczywiście mieliśmy plany, by zmienić postać rzeczy. Ona wynajmuje mieszkanie w Łodzi. Po tym jak wyprowadziła się od niej współlokatorka, plan był taki, bym ja się przeniósł tam do niej na stancję przed październikiem. Oczywiście to nie jest takie proste mając stalą prace na drugim krańcu kraju, ale w związku z tym, ze wcale ta praca nie jest taka super, przystałem na te plany. Początkowo wszystko ku temu zmierzało, ale w firmie zawrzało, ze będą zwalniać, wiec chciałem poczekać na odprawy. Do tego znalazłem dobry kontakt z człowiekiem, który chce mnie wkręcić do interesu w moim wyuczonym zawodzie ( grafik komputerowy ). Praca dobrze płatna, z możliwością zdalnej pracy, ale na początku musiałem się trochę wykazać na miejscu. Dodatkowo chciała mnie wkręcić do swojej firmy ( duża korporacja ), ale ja początkowo upierałem się, że chce pracować w swoim zawodzie. Oczywiście to odroczyło nasze plany o mojej przeprowadzce.
Dwa tygodnie temu jak bylem u niej w rodzinnym domu, zauważyłem ze jest zupełnie inna. Zawsze była bardzo pogodna, uczuciowa, kleiła się do mnie.. a teraz bardzo chłodna. Nawet jej rodzice to zauważyli. Ja dodatkowo zauważyłem, ze pisze z kimś w tajemnicy na smartfonie. Przez tamten weekend nie chciałem do siebie dopuszczać myśli, ze kreci z kimś na boku, bo jej jeszcze ufałem w pełni. Nie wytrzymałem jednak długo. W poniedziałek po powrocie do domu, powiedziałem jej, ze musimy o tym porozmawiać. Ze rozmowa to jest najważniejsza w związku, no i ze widzę ze ma jakieś tajemnice. Wyznała mi wówczas, ze pisze z facetem ze swojej firmy, który ja odwiózł z imprezy firmowej kilka dni temu. Zarzekała się, ze nic ich nie łączy, ani nic się nie wydarzyło. Do mnie to jednak nie dociera, ponieważ nigdy wcześniej nie ukrywała kontaktu przed mną, ani ja jej nie broniłem. Wytłumaczyła to tym, ze nie chciała bym ja się wykurzył na nią. To jednak nie największy cios jaki otrzymałem tamtego dnia. Wyznała mi, ze im bliżej tej mojej przeprowadzki, tym bardziej ja to przeraza i boi się odpowiedzialności za to. Twierdzi, że „nie jest tak pewna mnie jak jej mama była pewna swojego męża”. Przyznała się, też że nigdy wcześniej tylu facetów jej nie adorowało, co teraz w pracy i chyba jej woda sodowa do głowy uderza…
Następnego dnia rzuciłem wszystko i wyjechałem do niej ponownie, ku zaskoczeniu pracodawcy i własnej rodziny. Nikomu nie zdradziłem powodu nagłego wyjazdu. Kupiłem 15 dużych róż w bukiecie i zrobiłem jej niezapowiedzianą wizytę. 15 róż symbolizujących 15 miesięcy związku… ale na odległość, za co przeprosiłem ja, ze musiała tyle czekać. Zaproponowałem jej, ze mogę się przenieść choćby w tym tygodniu. Niestety jej reakcja była daleka od zadowolonej… Była wręcz wściekła na mnie, ale praktycznie nie potrafiła nic z siebie wydusić. Uznała, ze teraz to już za późno na to i nie mogę jej zmuszać do takich decyzji. Rozmawiałem z nią na spokojnie o tym przez kilka godzin, po czym nie wytrzymałem jej bierności i chłodu… wyszedłem z jej mieszkania stwierdzając, ze nie chce jej przymuszać do niczego i przenocuje u znajomej. 30min później zadzwoniła do mnie bym wrócił. Rozkleiliśmy się razem, przytuliła mnie i powiedziała, ze nie chce mnie stracić i ze jej zależy na mnie.
Spędziłem u niej kolejne dwa dni. Postanowiłem, ze nic mi nie da ciągle obwinianie jej za ten kryzys. Zamiast tego zaprosiłem ja do kina. Przyszedłem po nią do pracy i spędziliśmy mile dzień. Chciałem jej przypomnieć jak dobrze nam było ze sobą do tej pory. Na drugi dzień zadzwoniłem do jej mamy jak dziewczyna była w pracy. Nie miałem z kim porozmawiać o tym, a emocje mną nosiły. Jej mama jest jej najlepsza przyjaciółka, a jednocześnie bardzo mnie lubi i zawsze wspierała w każdym problemie. Ona tez wiedziała o istocie problemu mojej dziewczyny. Próbowała mnie wspierać psychicznie, doradzała co mogę zrobić w tej sytuacji… a nawet na końcu wszyscy się z emocji popłakaliśmy… ja, jej mama i ojciec. Z tego co się dowiedziałem od mamy dziewczyny, to przestała pisać z tym facetem ( bynajmniej przez tamte dni ). Nie zmienia to faktu, ze pracuje w firmie, gdzie może go spotkać każdego dnia…
Trzeciego dnia zrobiłem jej obiad, a na stole zostawiłem list, w którym przypomniałem jej dlaczego zdecydowała się być ze mną, nasze najlepsze chwile, ale także, że nie mogę dużej u niej zostać, bo nie chce wywierać na niej presji, a do tego nie pozwala mi na to moja własna godność ( w końcu to nie ja zawiniłem… a to ja bardziej się starałem ja udobruchać.. ). Jak wróciła z pracy, mnie już nie było. Napisała wieczorem do mnie, ze przepłakała pól dnia po przeczytaniu tego listu i ze bardzo nie chce mnie stracić… Poczułem się nieco pewniej przez kilka kolejnych dni. Nasze rozmowy przebiegały nieco lepiej. Miałem w tym czasie stały kontakt z jej mama, która cały czas mnie wspierała i razem kombinowaliśmy co by tu zrobić, by moja dziewczyna w końcu przejrzała na oczy.
Niestety kilka dni temu znowu się pogorszyło między nami. Powiedziała mi, ze znalazła już współlokatorkę do swojego mieszkania. Widzę, że niechętnie ze mną rozmawia, a jak już to tylko ja prowadzę rozmowę. Znowu zrobiła się chłodna i udaje, ze nic się nie dzieje.
Dziś jadę do jej domu rodzinnego, bo w sobotę ma swoje urodziny i zaprosiła mnie już tydzień wcześniej do siebie. Byłem u niej już wielokrotnie, więc to nie była jakaś bariera, ale przez ten kryzys to już niczego nie byłem pewny. Powiedzcie mi proszę co mam teraz zrobić? Wykańczam się już psychicznie. Ta niepewność jaką zaszczepiła we mnie, brak czułości jakiej do niedawna miałem aż za dużo, a w dodatku przeraza ja myśl, ze się przeprowadzce do jej miasta…
Mam kilka teorii co do tej sytuacji:
- zdradziła mnie z tym facetem z firmy, ale boi się przyznać do tego nawet przed swoją matką, z obawy, że wszyscy ją znienawidzą, skoro wie, że mnie wszyscy polubili i traktują już jak rodzinę…
- rzeczywiście boi się decyzji o wspólnym zamieszkaniu, bo traktuje to jak zaręczyny, zaraz ślub, dzieci… i to ją przeraża. ( to trochę dziwne, bo jeszcze miesiąc temu bardzo tego pragnęła… były plany naszych dzieci itp. )
- ma mętlik w głowie, bo zaczęli ją wszyscy adorować odkąd bardzo wyszczuplała ( zawsze była bardziej okrągła ) i przechodzi cos w rodzaju kryzysu wieku średniego…
Boje się, że jak tam pojadę, to nie wytrzymam i rzucę to wszystko w cholerę… a jednocześnie przeraża mnie ta myśl, bo ona wypełniała cala moja rzeczywistość i wiem, ze bez niej znowu wpadnę w depresję, z której kilka lat wcześniej wyleczyłem się… Powiedzcie mi drogie kobitki… czy wy też miewacie takie rozterki w związku? Czy to jej przejdzie, czy to już jednoznacznie oznacza koniec tego związku? Co mogę zrobić, by przywrócić w takiej sytuacji wiarę w nasz związek?