To ja Lus. Chyba mam dwie ręce i dwie nogi. Głowa na miejscu. Dziś jest pierwszy dzień po 27.08.205r., kiedy zastanawiam się, czy jeszcze żyję. Otóż żyję. Dziś pierwszy dzień wyglądam ze swojej matrioszki i widzę, że jestem trochę poobijana. Mam 30+ i na koncie męża….nie, to nie jest mój mąż. To jest ktoś, jakiś ktoś. Mój mąż tak by nie postąpił. Siedzę sama na kanapie i jem kanapki z dżemem. Nie wiem, jak to się stało, że je sobie zrobiłam. Nie pamiętam tego miesiąca. Nic. Od miesiąca jestem sama, bo nawet jak on jest obok, to jestem sama. Moja historia? Problemy, toksyczni rodzice, ja zatruta toksynami, Mąż, małżeństwo, teraz ktoś (dawniej mó j Mąż), zdrada albo i nie, moja pensja, za którą można kupić parę ciuchów w zarze, zero przyjaciół, wielki dom i koniec…. Mnie, mojego małżeństwa i wszystkiego.
Mam nadzieję, że nie zachorowałam na ten mój pusty łep, sokoro jestem w stanie pisać. Nie wiem, czy to choroba, czy wraca normalność. To ciekawe, ile może znieść układ nerwowy. I ta wspaniała samotność. Wspaniała to ironia. Tak wielka, że się jej nie boję. Dla małżeństwa i przez rodziców zrezygnowałam z siebie i z ludzi, którzy dobijali się do mnie z całych sił. Dziś nie mam nawet z kim iść na kawę.
Mój ktoś….wróć. Ktoś (bez mój) stwierdził, że go już nie kręci małżeństwo. Wybrał sobie inne zajęcia. Nie wracał do domu. Pisał, że jest w pracy. Nie odbierał telefonów, mówił, że jest na spotkaniu. Smsował aż do dymu z telefonu i tak dalej. Laseczka, z którą go nakryłam to „koleżanka” . Tak nic nie znacząca, że ma od jej chatki klucze i robi jej zakupy (kobieta zraniona może wiele). Więc dziś jestem w tym wszystkim.
Brat to człowiek, który uratował moje życie, bo wziął mnie za fraki, nakarmił, napoił, oprał i posadził na kanapie z planem nowego życia. Moje życie uratowały koleżanki z pracy, bo zamknęły mnie w szafie i zrobiły za mnie robotę, mówiąc wszystkim, że wyszłam do toalety i zaraz wrócę. Dzięki nim mam pensję, z której będę żyła przez pół miesiąca. Na następne pół nie mam planu. Moje życie…. to jedna wielka, czarna dupa. Jest jeden plus. Schudłam tak, że jestem jak Anja Rubik. W sumie nie wiem, czy to plus. Ale niech będzie: plus.
Ktoś zażądał rozwodu. Nie mam papierów, więc na razie jestem żoną. Ktoś będzie się wyprowadzał. I ja też, bo nasz dom to dla mnie trumna, gdzie na każdej ze ścian wyświetlane są najpiękniejsze nasze chwile. I ta nasza wioska. Tak tęsknię za Warszawą. Jeszcze rok temu jej nienawidziłam. Dziś kocham. Za ludzi, których mi brakuje.
Czy ja jestem chora psychicznie, że tak działam? Nie wiem. Wiem jedno. Nie wiem, ile jeszcze minut mi zostało w tym normalnym trybie czucia, że to przeżyję, więc idę wstawić pranie.