O smartfonach już było, ale dziś chciałabym podyskutować nie o ich wpływie na relacje międzyludzkie, które coraz bardziej ograniczają się do kontaktu na odległość, ale o emocjach.
Mam naturę obserwatorki i niestety coraz częściej zauważam, że te wszystkie cuda, jakie dała nam dzisiejsza technika, odbierają nam wartość chwili i... zabijają nasze emocje. Z jednej strony w pewien sposób zatrzymują je, bo przecież zawsze możemy wrócić do obrazów i dźwięków, które być może czas zatarłby w naszej pamięci, a z drugiej zamiast coś naprawdę przeżyć, skupić się na koncercie, cieszyć chwilą, kiedy obcujemy z przyrodą czy w pełni poczuć jakiś ważny moment z kimś bliskim, to kręcimy, kręcimy, kręcimy. Czar chwili oczywiście pryska, a – tak z ręką na sercu - ile razy ktoś wróci do kręconego na tym przykładowym koncercie filmu, w dodatku zwykle kiepskiej jakości (jeśli nie obrazu, to na pewno dźwięku)? Raz, dwa razy, a może nigdy? A jednak w ten sposob tracimy coś, co już nigdy się nie powtórzy.
Do przemyślenia tego tematu skłoniły mnie nie tylko własne obserwacje, ale także list, a właściwie apel, skierowany do uczestników jednego z koncertów. Otóż pan, który przyszedł posłuchać swojego idola był nie tylko zażenowany, ale i oburzony postawą ludzi, którzy zamiast cieszyć się tym, że mogą obcować z muzyką na żywo, niemal face to face z wielką gwiazdą, w świetnej scenerii, to jakby za punkt honoru postawili sobie, aby koncert nakręcić. Nie jeden, dwa fragmenty, ale nierzadko całość. Pal sześć, że sami być może stracili coś niepowtarzalnego, ale przy okazji przecież zakłócali odbiór tym, którzy stali obok, a którzy zamiast widzieć scenę widzieli światełka urządzeń i machające przed oczami czyjeś ręce. Las rąk.
Zgadzacie się ze mną? Wasze wnioski i obserwacje są podobne czy może sami zamiast na przeżyciach wewnętrznych chętnie skupiacie się na uwiecznieniu tego, co dzieje się wokół? Jeśli tak, to nie żal Wam tych chwil, które bywają bezcenne, a które tak łatwo zabić?
