Z poprzednim partnerem rozstałam się ponad 2 lata temu. Niemal natychmiast po rozstaniu on-nazwijmy go Kamil-ułożył sobie życie, natomiast ja nie mogłam trafić na właściwego mężczyznę. Z Kamilem to była typowa szkolna miłość- pieniędzy za dużo nie było, bo obydwoje studiowaliśmy, a pracę mieliśmy byle jaką, więc rzadko pozwalaliśmy sobie na jakieś wypady za miasto czy obiad w restauracji. Kiedy skończyliśmy studia i wydawałoby się, że wychodzimy na prostą (lepsza praca, lepsze perspektywy)- okazało się, że jakoś jest nam nie po drodze i zamiast miłości łączy nas bardziej przywiązanie. Propozycja rozstania wyszła ze strony Kamila, ja długo byłam w szoku i dopiero po dłuższym czasie doszłam do wniosku, że faktycznie nasz związek nie miał szans na powodzenie.
Jak już wspomniałam, Kamil niemal od razu wskoczył w ramiona Sylwii, co i rusz informując na facebooku jak wspaniale się bawi, gdzie bywa. Zrobiło to na mnie wrażenie, bo to był nasz wspólny cel- wybić się i móc delektować się życiem, a nie wegetować. Odniosłam wrażenie, że robi to nieco na pokaz, ale z drugiej strony czułam coś w rodzaju zazdrości. Z tą dziewczyną są już ponad dwa lata i są ze sobą szczęśliwi (z tego, co widzę, bo kontaktu ze sobą nie mamy).
Od pół roku jestem z Rafałem, który uświadomił mi jak ubogi był mój poprzedni związek. Rafał daje mi dużo wsparcia, czuję jego zaangażowanie, troszczy się o mnie, jednak pracy nie ma dobrej, a raczej ma dobrą, ale firma przechodzi kryzys, co mi nie przeszkadza do momentu, kiedy uświadomię sobie ile rzeczy mnie omija. Staram się cieszyć tym, co mam i tym, że jestem z tak wspaniałym mężczyzną, ale wystarczy, że np dowiem się, że mój były partner był w Turcji na wakacjach, to czuję żal, że jemu się powodzi, spełnia marzenia, a ja nadal tkwię w miejscu, wegetuję. Czasem pójdziemy nad jezioro, do kina, ale co to jest w porównaniu z Turcją czy SPA W górach. Wiem, że te myśli są wstrętne i czuję się z tym fatalnie.
Druga sprawa to moja przyjaciółka. Asię znam od kilku lat i zawsze mogę na niej polegać. Problem pojawił się wtedy, kiedy jej i jej narzeczonemu zaczęło się lepiej powodzić. Stopniowo zmieniało się jej podejście do życia na bardziej... praktyczny. Kiedy poznałam Rafała czułam, że średnio się polubią. I miałam rację. Mojej przyjaciółce nie podoba się sytuacja mojego partnera i co i rusz rzuca aluzje typu, że dziwi się jak można być tak mało zaradnym (bo Rafał widzi jak u niego jest w firmie i nie rzucił od razu posady i nie szuka lepszej pracy) albo mimochodem rzuca teksty, że wszystko kosztuje, że życie kosztuje, że "miłością i wsparciem rachunków nie zapłacę".
Ja to wszystko wiem. To nie jest tak, że nie jestem świadoma ile wyrzeczeń kosztuje to, żeby żyć na poziomie i spełniać marzenia, co wielokrotnie jej mówiłam, ale ona wtedy mówi, że to dla mojego dobra. Odnoszę wrażenie, że odkąd lepiej im się powodzi stała się większą materialistą, zrobiła się jakaś taka dumna. Przez to wszystko, co mi mówi, czuję się jeszcze gorzej, bo kocham Rafała i nie wyobrażam sobie życia bez niego, a już na pewno nie wyobrażam sobie, że mogłabym go zostawić, bo nie jest tak zaradny jak narzeczony przyjaciółki.
Wydaje mi się, że to wszystko wpływa na moje zadowolenie z życia. Nie mam wysokiej samooceny, zdarza mi się martwić o przyszłość i z zazdrością spoglądać na innych.
W zasadzie nie wiem jakiej pomocy oczekuję. Chciałam się wygadać ![]()