Temat powszechnie znany... Podobno trzy na cztery małżeństwa kłócą się o pieniądze... W moim małżeństwie jest tak samo, więc to nie tylko statystyka, to mój koszmar...
Jesteśmy razem 9 lat. 5 lat po ślubie. Wiedziałam, że P nie należy do rozrzutnych, ale w trakcie narzeczeństwa potrafił mieć gest: kwiaty, drobne upominki, wyjazdy... Było miło...
Zmieniło się kiedy urodził nam się syn. Podobało mi się, że P chce zadbać o naszą sytuację finansową i jest to dla niego ważne. Ja nie pracowałam (zrezygnowałam z pracy po urodzeniu). Później próbowałam działać poprzez prowadzenie własnej firmy. Niestety z małym dzieckiem nie udało mi się tego pogodzić. P musiał więc pomóc mi w jej utrzymaniu. W końcu zawiesiłam działalność... Znalazłam praacę na pół etatu. Zarabiam niecałe 800 zł. Kręcę czasem "na boku" jakieś interesy, więc mam zawsze jakieś grosze odłożone, ale jest tego mało. Mąż zarabia dużo. Kupiliśmy działk, przymierzamy się do budowy domu- za jego pieniądze. Mieszkamy we własnym M- moim (po moich rodzicach). Jestem obecnie w drugiej ciąży. Sielanka prawda?
Tylko coraz częściej słyszę, że siedzę na dupie i wydaję jego pieniądze. On kupuje sobie co chce, ma zawsze na browary z kumplami, na gadżety, na wszystko, co jest mu potrzebne. Na opłatyi domowe wydatki przelewa miesięcznie 1000 zł. W dwóch ratach (na początku m-ca i na końcu). Gdy zabraknie kasy na koncie, musz go prosić, a on robi awantury, że rozpieprzam. Nie chodzę nigdzie oprócz pracy- domu. Zajmuję się dzieckiem, pracuję, zajmuję się domem. Do fryzjera chhodzę raz w roku (on co jakieś dwa m-ce). Makijaże, paznokcie itp.- byłam raz w życiu- na własny ślub. Nowe ubranie kupuję na rynku, tanie, chińskie- raz na pół roku. Kupuję dziecku, bo wiem, że muszę kupić i że on to również wie. POdstawiam pod nos zachcianki, itp. Jeśli proszę o pieniądze- wypomina mi, że to jego i żebym sobie zarobiła. Może jest coś ze mną nie tak, ale naprawdę jest mi cholernie przykro, że pieniądze potrafią tak ranić. W złości chciałabym wyprowadzić się z dzieckiem i zostawić go w piz*****du. Ale synek go kocha. on kocha synka. A może ja się po prostu czepiam?
2 2015-06-17 21:35:21 Ostatnio edytowany przez LUSILJU (2015-06-17 21:44:47)
Temat powszechnie znany... Podobno trzy na cztery małżeństwa kłócą się o pieniądze... W moim małżeństwie jest tak samo, więc to nie tylko statystyka, to mój koszmar...
Jesteśmy razem 9 lat. 5 lat po ślubie. Wiedziałam, że P nie należy do rozrzutnych, ale w trakcie narzeczeństwa potrafił mieć gest: kwiaty, drobne upominki, wyjazdy... Było miło...
Zmieniło się kiedy urodził nam się syn. Podobało mi się, że P chce zadbać o naszą sytuację finansową i jest to dla niego ważne. Ja nie pracowałam (zrezygnowałam z pracy po urodzeniu). Później próbowałam działać poprzez prowadzenie własnej firmy. Niestety z małym dzieckiem nie udało mi się tego pogodzić. P musiał więc pomóc mi w jej utrzymaniu. W końcu zawiesiłam działalność... Znalazłam praacę na pół etatu. Zarabiam niecałe 800 zł. Kręcę czasem "na boku" jakieś interesy, więc mam zawsze jakieś grosze odłożone, ale jest tego mało. Mąż zarabia dużo. Kupiliśmy działk, przymierzamy się do budowy domu- za jego pieniądze. Mieszkamy we własnym M- moim (po moich rodzicach). Jestem obecnie w drugiej ciąży. Sielanka prawda?
Tylko coraz częściej słyszę, że siedzę na dupie i wydaję jego pieniądze. On kupuje sobie co chce, ma zawsze na browary z kumplami, na gadżety, na wszystko, co jest mu potrzebne. Na opłatyi domowe wydatki przelewa miesięcznie 1000 zł. W dwóch ratach (na początku m-ca i na końcu). Gdy zabraknie kasy na koncie, musz go prosić, a on robi awantury, że rozpieprzam. Nie chodzę nigdzie oprócz pracy- domu. Zajmuję się dzieckiem, pracuję, zajmuję się domem. Do fryzjera chhodzę raz w roku (on co jakieś dwa m-ce). Makijaże, paznokcie itp.- byłam raz w życiu- na własny ślub. Nowe ubranie kupuję na rynku, tanie, chińskie- raz na pół roku. Kupuję dziecku, bo wiem, że muszę kupić i że on to również wie. POdstawiam pod nos zachcianki, itp. Jeśli proszę o pieniądze- wypomina mi, że to jego i żebym sobie zarobiła. Może jest coś ze mną nie tak, ale naprawdę jest mi cholernie przykro, że pieniądze potrafią tak ranić. W złości chciałabym wyprowadzić się z dzieckiem i zostawić go w piz*****du. Ale synek go kocha. on kocha synka. A może ja się po prostu czepiam?
i tak i nie...........
1000 zloty to na opłaty czy na,,życie,, czyli jedzenie ,ubrania,chemie,bo nie zrozumiałam,
twoje 800 i jego 1000 na wszystko,napisz jasniej
widzisz kiedys,,chłop babie wyplate oddawal,, najczesciej i nawet gdy ona nie pracowala to dostawal zaskorniaki,zalosne to bylo............
teraz inny model kroluje ,czasy sie zmienily i nikt nie chce utrzymywac malzonka,najczesciej, roznice sa takie ze jeden sie do tego przyzna a nieliczni nie.........
wniosek prosty jak sie chce miec kase na glupoty trzeba zapierd...c do roboty.........
3 2015-06-17 21:44:39 Ostatnio edytowany przez JoasiaHa (2015-06-17 21:45:23)
Ja bym bardzo poważnie rozważała co najmniej separację (i zawnioskowała o alimenty).
Dałabym sobie czas na stanięcie na nogi, uzyskanie niezależności. Wątpię, czy w inny sposób ją zdobędziesz teraz jak spodziewasz się dziecka bo to jeszcze bardziej pogrąży cię w zależności finansowej (musiałabyś mieć dużo szczęścia lub jakiś naprawdę super zawód nie kolidujący z macierzyństwem).
Stanięcie na nogi - uniezależnienie się finansowo od męża to chyba klucz, zarówno do tego by poprawiło się w małżeństwie jak i ułożenia sobie życia po za nim. Panowie lubią prawić bajki o tym jak będą zarabiać na rodzinę, żona rezygnuje z pracy etc. a gdy dochodzi co do czego często w ich głowie żona staje się balastem i przykrym obowiązkiem... zamiast dotychczasowego przywileju...
Jak on jest taki małostkowy to może powiedz, żeby płacił Ci połowę czynszu/ opłaty za najem, którą musielibyście ponosić gdyby nie TWOJE mieszkanie.
Mieszkanie jest na Ciebie czy wspólne?
Napisz dokładnie za co Ty płacisz, a za co on, bo napisałaś to dość enigmatycznie.
To jest PRZEMOC finansowa.
6 2015-06-17 22:12:39 Ostatnio edytowany przez kalinka86 (2015-06-17 22:20:30)
Małżeństwo jest wspólnotą, a we wspólnocie nie ma "moje" i "twoje" wszystko jest nasze. A jeżeli on tego nie może zrozumieć to może usiądźcie razem i zróbcie jakiś kosztorys ile pieniędzy rzeczywiście potrzebujecie na utrzymanie domu i niech zobaczy, ile kosztuje życie, może on nie jest tego świadomy. Jeżeli to by nie pomogło to niestety ale widzę tylko jedno wyjście dzieci do żłobka, przedszkola i sama poszukałabym pracy. A tym samym jemu przybyłoby obowiązków bo ty jako mama i pani domu nie miałabyś już na wszystkie obowiązki czasu. Więc zawsze jest coś kosztem czegoś. Niech wybierze czy chce żeby dziećmi zajmowali się obcy ludzie kiedy możecie sobie pozwolić żebyś ty z nimi była, czy ma ochotę przyjść z pracy i chwycić za mopa, etc. Może uświadom mu ile będzie miał nowych obowiązków jak ty pójdziesz do pracy.
Nie zrób przypadkiem tego błędu i nie pozbądź się swojego mieszkania, gdyby jakaś kasa była potrzebna na budowę nowego, a odnośnie męża, masz przes..ne i nie, żadne gadki tu nie pomogą.
Ilonai piękna historia, tylko po co to piszesz?
Jesteś z nim tyle lat, i co teraz Ci zaczęło przeszkadzać? Jest ci źle, a decydujecie się na kolejne dziecko, które jeszcze bardziej cię uwiąże do domu, do obowiązków?
Chciałabyś, by ktoś się nad tobą poużalał, tak? Oczekujesz, że ktoś z nas rozwiąże twoje problemy, że powie ci magiczne zaklęcie na odmienienie męża? Skorzystaj z której z rad (separacja, idź do pracy, niech on pójdzie na urlop ojcowski). Jeśli jest ci źle, to działaj, świat się nie zmieni od samego narzekania, a problemy nierozwiązane tylko będą się kumulować i nawarstwiać.
Ilonai piękna historia, tylko po co to piszesz?
Jesteś z nim tyle lat, i co teraz Ci zaczęło przeszkadzać? Jest ci źle, a decydujecie się na kolejne dziecko, które jeszcze bardziej cię uwiąże do domu, do obowiązków?
Chciałabyś, by ktoś się nad tobą poużalał, tak? Oczekujesz, że ktoś z nas rozwiąże twoje problemy, że powie ci magiczne zaklęcie na odmienienie męża? Skorzystaj z której z rad (separacja, idź do pracy, niech on pójdzie na urlop ojcowski). Jeśli jest ci źle, to działaj, świat się nie zmieni od samego narzekania, a problemy nierozwiązane tylko będą się kumulować i nawarstwiać.
eee no chyba aż tak źle autorce nie jest skoro zaszla w ciaze i to ja wycofa z życia zawodowego na kolejnych kilka miesięcy a moze i lat....
tez pomyslalam ze to takie użalanie sie nad swoim ciężkim losem ,bo w sumie wyjscie jest jedno zacząć zarabiac lepiej wkladac do budżetu dokladnie tyle co maz,reszta na wladne potrzeby