Andrzej Sikorowski i Grzegorz Turnau, w piosence "Pani Zosia" http://m.youtube.com/watch?v=gjsvsPX3NzU przekonują nas że sentyment do minionego systemu to tak naprawdę tęsknota za młodością. Coś w tym jest, ale czy ci których młodość przypadła na tamten czas, nie tęsknią także za tamtym systemem?
Pod względem gospodarczym było kiepsko, ale ludzie byli inni, bardziej otwarci na siebie, skłonni do pomocy. Nie było tych wszystkich udogodnień, które mamy dziś, a mimo to ludzie mieli więcej czasu dla innych, dla siebie.
Andrzej Sikorowski i Grzegorz Turnau, w piosence "Pani Zosia" http://m.youtube.com/watch?v=gjsvsPX3NzU przekonują nas że sentyment do minionego systemu to tak naprawdę tęsknota za młodością. Coś w tym jest, ale czy ci których młodość przypadła na tamten czas, nie tęsknią także za tamtym systemem?
Oj, Rumpel, nie tęsknię. W żadnym wypadku.
Oczywiście mam sentyment do wspomnień z dzieciństwa, bo te dobre tylko pozostały w większości.
Wejście w dorosłość to strach stanu wojennego, gdy z ostrą amunicją, jako liniowy żołnierz patrolowałem ulice śląskich miast. Później wielonocne kolejki zimą, by kupić cokolwiek na kredyt dla młodych małżeństw, czy kawałek lepszej wędliny.
I to wszechobecne złodziejstwo "niczyjego", bo państwowego mienia.
Pod względem gospodarczym było kiepsko, ale ludzie byli inni, bardziej otwarci na siebie, skłonni do pomocy. Nie było tych wszystkich udogodnień, które mamy dziś, a mimo to ludzie mieli więcej czasu dla innych, dla siebie.
Właśnie dlatego ludzie mieli więcej czasu dla siebie i innych, bo nie było komputerów, Internetu, komórek i telewizji kablowej.
A ludzie? Ludzie się zmieniają. Ci, którzy pamiętają biedę, zawsze jednak będą w większości pamiętać ludzką życzliwość i wartość dobrego sąsiedztwa. I dla nich pod tym względem nic się chyba nie zmieniło.
Myślę nieskromnie, że mogę się do nich zaliczyć.:)
Z tego co pamiętam to jeśli ktoś miał możliwość wzięcia towaru na MM to nie stał w kolejce.
W sklepach część towaru z każdej dostawy szło do puli MM i to stało i czekało na chętnych podczas gdy reszta stała po nocach w kolejce i denerwowała się gdy na to MM zabierali.
Nie zawsze to po co ludzie stali było im niezbędnie potrzebne. Kupowali często na zapas, stali bo mieli czas. Koleżanka po wielu latach porządkując mieszkanie zmarłej babci natrafiła na ogromne zapasy/ po kilkadziesiąt opakowań/ przeterminowanej żywności jak kakao, kawa, kasze a także wody toaletowe, do i po goleniu płyny i dezodoranty męskie choć w domu faceta nie było, zwietrzałe kartony papierosów "SPORTY", kamienie do zapalniczek i inne jak żelazka,odkurzacze, termosy, pościele, ręczniki. Kupowała bo to była radość ze zdobyczy a potrzebne jej to nie było zupełnie. I myślę, że miliony osób było takimi samymi chomikami.
A najgorsza, najtańsza wędlina z tamtych czasów była o wiele smaczniejsza i pożywniejsza bo bardziej zasobna w mięso niż te dzisiejsze najdroższe. Dziś mamy setki gatunków wędlin a wszystkie to jedno wielkie badziewie o podobnym smaku nafaszerowane konserwantami, wypełniaczami, barwnikami. Kiedyś było kilkanaście gatunków wędliny ale człowiek odróżniał smak i rozpoznawał co je. Baleron smakował jak baleron, serdelowa jak serdelowa a dziś mając do porównania oba gatunki to trudno wyczuć smakiem co się je.
Brakuje mi tych czasów, cieszę się że mogłam w nich żyć.
Nawet gdy telewizja miała 1 program, potem 2 ale dla dzieci więcej wartościowego niż we wszystkich razem dzisiaj wziętych.
Do szkoły chodziło się samemu, z kolegami, wracało co dzień inną najchętniej najdłuższą drogą. Niezapomniane przeżycia, smaki dzieciństwa - zabawy, "gumy", "klasy", "podchody", zapach kanapki ze smalcem i ogórkiem kiszonym, chleb z wodą czy śmietaną posypany cukrem, "schabowe" z mortadeli w niedzielny obiad, blok kakaowy z mleka w proszku...
KOMUNO WRÓĆ!!!
że sentyment do minionego systemu to tak naprawdę tęsknota za młodością.
ale czy ci których młodość przypadła na tamten czas, nie tęsknią także za tamtym systemem?
Wyłącznie sentyment do czasów młodości. Jednak wolałabym aby moja młodość przypadła na niekomunistyczne czasy.
Nie, nie tęsknię za tamtym systemem. Nie tylko z przyczyn gospodarczych, ale przede wszystkim z przyczyn "wolnościowych" (bardzo szeroko rozumianych).
Komuna? A kysz!
A ja myślę, że mimo wszystko było łatwiej. Bo mam wrażenie, że życiem rządziły o wiele prostsze zasady. Każdy raczej wiedział, co jest dobre a co złe. I to co złe się piętnowało a nie szukało usprawiedliwień co ma często miejsce dzisiaj. I przede wszystkim dzieci i młodzież była lepiej wychowana. Bo wolno było zwrócić uwagę każdemu dziecku i nie wysłuchiwało się wyrazów oburzenia zaślepionych rodziców, tylko podziękowanie za pomoc w naprowadzeniu nieletniego na właściwy tor.
6 2015-06-12 11:52:18 Ostatnio edytowany przez takasobiemamuśka (2015-06-12 12:02:16)
Fajnie się wspomina
mój tata palił sporty...mój pierwszy papieros ![]()
Na przerwach gry w klasy, wszechobecne skakanie w gumę...ale z włóczki, bo prawdziwą gumę nauczycielka zabrała nam do swoich gatek... inny nauczyciel uderzył kolegę tak, że przeleciał szczupakiem przez ławki i zatrzymał się na ścianie, nie miał za to żadnych konsekwencji
taaaa
I fajnie...i niefajnie
Ludzie mieli więcej czasu...owszem...ale chleli na potęgę...
Nie kupowało się...a raczej "załatwiało" towar..i taki jaki się udało zdobyć...zawsze można było z sąsiadem zahandlować wymienić pralkę na zmywarkę, bo się dostało dwie..
Wszędzie układy i układziki.
Stanie w całonocnej, monitorowanej przez milicję kolejce, całe rodziny...wujo, ciotka, my, kuzynostwo...wszystko po to by rano dostać na łepka dwie butelki lakieru do drewna i utwardzacza..... i tylko dzięki pani z drogerii, bo dała cynka.
Chore.
Z bratem staraliśmy się o paszporty... jak sobie przypomnę tego urzędnika, te alkohole jakie miał w szafie, nie mieścił ich tyle było, na oczy takich nie widziałam w tamtych czasach... i te rozmowy, lista społeczna kolejkowa odczytywana co dwie godziny...
Za młodością nostalgia jest, za czasami komunizmu żadnej. Stokrotnie wolę to cyniczne, często samolubne, zagonione to coś co jest teraz... nawet jak jest ciężko.
7 2015-06-12 11:57:28 Ostatnio edytowany przez takasobiemamuśka (2015-06-12 12:03:06)
Tęsknię mimo wszystko za atmosferą tamtych czasów, za systemem nie.
rumpelstilskin napisał/a:Pod względem gospodarczym było kiepsko, ale ludzie byli inni, bardziej otwarci na siebie, skłonni do pomocy. Nie było tych wszystkich udogodnień, które mamy dziś, a mimo to ludzie mieli więcej czasu dla innych, dla siebie.
Właśnie dlatego ludzie mieli więcej czasu dla siebie i innych, bo nie było komputerów, Internetu, komórek i telewizji kablowej.
A ludzie? Ludzie się zmieniają. Ci, którzy pamiętają biedę, zawsze jednak będą w większości pamiętać ludzką życzliwość i wartość dobrego sąsiedztwa. I dla nich pod tym względem nic się chyba nie zmieniło.
Myślę nieskromnie, że mogę się do nich zaliczyć.:)
No właśnie. Tego odwrócenia sytuacji mi brakowało.
Mieliśmy więcej czasu bo NIE było udogodnień.
To jest ten paradoks. Nie było udogodnień więc zrobienie czegokolwiek wymagało zaangażowania kilku osób, robiliśmy wszystko wespół w zespół z innymi.
Telewizora nie oglądam od wielu lat. Bez internetu trudno dziś funkcjonować i nie wiem czy w tej materii nie daliśmy się zrobić na szaro. Chociaż dla mnie powrót do papierowych książek, listów i stacjonarnego telefonu, nie byłby szokiem.
5 lat temu poznałem starszego jegomościa, który prowadzi dobrze prosperującą firmę, używając tylko telefonu stacjonarnego.
Wyobraź sobie że prowadzisz firmę bez telefonu komórkowego. Jakie myśli przychodzą Ci wtedy do głowy?
9 2015-06-14 01:22:47 Ostatnio edytowany przez Excop (2015-06-14 02:17:47)
Tego odwrócenia sytuacji mi brakowało.
Mieliśmy więcej czasu bo NIE było udogodnień.
To jest ten paradoks. Nie było udogodnień więc zrobienie czegokolwiek wymagało zaangażowania kilku osób, robiliśmy wszystko wespół w zespół z innymi.
Więzi sąsiedzkie, czy koleżeńskie cierpią obecnie z wielu względów.
Jednym z nich jest polaryzacja poglądów politycznych i stosunek do poglądów naszych bliźnich.
Kiedyś byliśmy tylko MY i ONI.
Teraz jesteśmy MY, ONI oraz ci "najgorsi", ONI, którzy jeszcze 25 lat temu byli Naszymi, a w ciągu tego ćwierćwiecza ośmielili się zweryfikować swoje spojrzenie na rzeczywistość nie pytając NAS o zdanie.
Telewizora nie oglądam od wielu lat. Bez internetu trudno dziś funkcjonować i nie wiem czy w tej materii nie daliśmy się zrobić na szaro. Chociaż dla mnie powrót do papierowych książek, listów i stacjonarnego telefonu, nie byłby szokiem.
5 lat temu poznałem starszego jegomościa, który prowadzi dobrze prosperującą firmę, używając tylko telefonu stacjonarnego.Wyobraź sobie że prowadzisz firmę bez telefonu komórkowego. Jakie myśli przychodzą Ci wtedy do głowy?
Bez telefonu komórkowego, to nie ruszyłbym się z domu, nie mówiąc o prowadzeniu firmy.:)
10 2015-08-17 13:25:28 Ostatnio edytowany przez Ludmiłaa (2015-08-17 13:29:16)
My, urodzeni w latach 60-70-80 tych, wszyscy byliśmy wychowywani przez rodziców patologicznych,
"Na szczęście nasi starzy nie wiedzieli, że są patologicznymi rodzicami. My nie wiedzieliśmy, że jesteśmy patologicznymi dziećmi. W tej słodkiej niewiedzy przyszło nam spędzić nasz wiek dziecięcy. Wspominamy z nostalgią lata 80. Wszyscy należeliśmy do bandy osiedlowej i mogliśmy bawić się na licznych budowach. Gdy w stopę wbił się gwóźdź, matka go wyciągnęła i odkażała ranę fioletem. Następnego dnia znowu szliśmy się bawić na budowę. Matka nie drżała ze strachu, że się pozabijamy. Wiedziała, że pasek uczy zasad BHZ (Bezpieczeństwo i Higiena Zabawy). Nie chodziliśmy do prywatnego przedszkola. Rodzice nie martwili się, że będziemy opóźnieni w rozwoju. Uznawali, że wystarczy, jeśli zaczniemy się uczyć od zerówki.
Nikt nie latał za nami z czapką, szalikiem i nie sprawdzał czy się spociliśmy. Z chorobami sezonowymi walczyła babcia. Do walki z grypą służył czosnek, miód, spirytus i pierzyna. Dzięki temu nie stwierdzano u nas zapalenia płuc czy anginy. Zresztą lekarz u nas nie bywał, zatem nie miał szans nic stwierdzić. Stwierdzała zawsze babcia. Dodam, że nikt nie wsadził babci do wariatkowa za raczenie dzieci spirytusem. Do lasu szliśmy, gdy mieliśmy na to ochotę. Jedliśmy jagody, na które wcześniej nasikały lisy i sarny. Mama nie bała się ze zje nas wilk, zarazimy się wścieklizną albo zginiemy. Skoro zaś tam doszliśmy, to i wrócimy. Oczywiście na czas. Powrót po bajce był nagradzany paskiem.
Gdy sąsiad złapał nas na kradzieży jabłek, sam wymierzał nam karę. Sąsiad nie obrażał się o skradzione jabłka, a ojciec o zastąpienie go w obowiązkach wychowawczych. Ojciec z sąsiadem wypijali wieczorem piwo – jak zwykle. Nikt nie pomagał nam odrabiać lekcji, gdy już znaleźliśmy się w podstawówce. Rodzice stwierdzali, że skoro skończyli już szkołę, to nie muszą już do niej wracać. Latem jeździliśmy rowerami nad rzekę, nie pilnowali nas dorośli. Nikt nie utonął. Każdy potrafił pływać i nikt nie potrzebował specjalnych lekcji aby się tej sztuki nauczyć.
Zimą któryś ojciec urządzał nam kulig starym fiatem, zawsze przyspieszał na zakrętach. Czasami sanki zahaczyły o drzewo lub płot. Wtedy spadaliśmy. Nikt nie płakał, chociaż wszyscy trochę się baliśmy. Dorośli nie wiedzieli, do czego służą kaski i ochraniacze. Siniaki i zadrapania były normalnym zjawiskiem. Szkolny pedagog nie wysyłał nas z tego powodu do psychologa rodzinnego. Nikt nas nie poinformował jak wybrać numer na policję (wtedy MO), żeby zakablować rodziców. Oczywiście, chętnie skorzystalibyśmy z tej wiedzy. Niestety, pasek był wtedy pomocą dydaktyczną, a Milicja zajmowała się sprawami dorosłych.
Swoje sprawy załatwialiśmy regularną bijatyką w lasku. Rodzice trzymali się od tego z daleka. Nikt z tego powodu, nie trafiał do poprawczaka. W sobotę wieczorem zostawaliśmy sami w domu, rodzice szli do kina. Nie potrzebowano opiekunki. Po całym dniu spędzonym na dworze i tak szliśmy grzecznie spać. Pies łaził z nami – bez smyczy i kagańca. Srał gdzie chciał, nikt nie zwracał nam uwagi. Raz uwiązaliśmy psa na sznurku i poszliśmy z nim na spacer, udając szanowne państwo z pudelkiem. Ojciec powiązał nas później na sznurkach i też wyprowadził na spacer. Zwróciliśmy wolność psu, na zawsze. Mogliśmy dotykać inne zwierzęta. Nikt nie wiedział, co to są choroby odzwierzęce.
Sikaliśmy na dworze. Zimą trzeba było sikać tyłem do wiatru, żeby się nie obsikać lub „tam” nie zaziębić. Każdy dzieciak to wiedział. Oczywiście nikt nie mył po tej czynności rąk. Stara sąsiadka, którą nazywaliśmy wiedźmą, goniła nas z laską. Ciągle chodziła na nas skarżyć. Rodzice nadal kazali się jej kłaniać, mówić Dzień Dobry i nosić za nią zakupy. Wszystkim starym wiedźmom musieliśmy mówić Dzień Dobry. A każdy dorosły miał prawo na nas to Dzień Dobry wymusić. Dziadek pozwalał nam zaciągnąć się swoją fajką. Potem się głośno śmiał, gdy powykrzywiały się nam gęby. Trzymaliśmy się z daleka od fajki dziadka. Za to potem robił nam bańki mydlane z dymem fajki w środku. Fajnie się dym później rozchodził po podłodze jak bańka pękła.
Skakaliśmy z balkonu na odległość. Łomot spuścił nam sąsiad. Ojciec postawił mu piwo. Do szkoły chodziliśmy półtora kilometra piechotą. Ojciec twierdził, że mieszkamy zbyt blisko szkoły, on chodził pięć kilometrów. Musieliśmy znać tabliczkę mnożenia, pisać bezbłędnie (za 3 błędy nie zdawało się matury z polaka). Nikt nie znał pojęcia dysleksji, dysgrafii, dyskalkulii i kto wie jakiej tam jeszcze dys… Nikt nas nie odprowadzał. Każdy wiedział, że należy iść lewą stroną ulicy i nie wpaść pod samochód, bo będzie łomot. Współczuliśmy koledze z naprzeciwka, on codziennie musiał chodzić na lekcje pianina. Miał pięć lat. Rodzice byli oburzeni maltretowaniem dziecka w tym wieku. My również.
Gotowaliśmy sobie obiady z deszczówki, piasku, trawy i sarnich bobków. Czasami próbowaliśmy to jeść. Jedliśmy też koks, szare mydło, Akron z apteki, gumy Donaldy, chleb masłem i solą, chleb ze śmietaną i cukrem, oranżadę do rozpuszczania oczywiście bez rozpuszczania, kredę, trawę, dziki rabarbar, mlecze, mszyce, gotowany bob, smażone kanie z lasu i pieczarki z łąki, podpłomyki, kartofle z parnika, surowe jajka, plastry słoniny, kwasiory/szczaw, kogel-mogel, lizaliśmy kwiatki od środka. Jak kogoś użarła przy tym pszczoła to pił 2 szklanki mleka i przykładał sobie zimną patelnię.
Ojciec za pomocą gwoździa pokazał, co to jest prąd w gniazdku. To nam wystarczyło na całe życie. Czasami mogliśmy jeździć w bagażniku starego fiata, zwłaszcza gdy byliśmy zbyt umorusani, by siedzieć wewnątrz. Jak się ktoś skaleczył, to ranę polizał i przykładał liść babki. Jedliśmy niemyte owoce prosto z drzewa i piliśmy wodę ze strugi, ciepłe mleko prosto od krowy, kranówkę, czasami syropy na alkoholu za śmietnikiem żeby mama nie widziała, lizaliśmy zaparowane szyby w autobusie i poręcze w bloku. Nikt się nie brzydził, nikt się nie rozchorował, nikt nie umarł. Żarliśmy placek drożdżowy babci do nieprzytomności. Nikt nam nie liczył kalorii.
Nikt nam nie mówił, że jesteśmy ślicznymi aniołkami. Dorośli wiedzieli, że dla nas, to wstyd. Nikt się nie bawił z babcią, opiekunką lub mamą. Od zabawy mieliśmy siebie nawzajem. Bawiliśmy się w klasy, podchody, chowanego, w dwa ognie, graliśmy w wojnę, w noża (oj krew się lała ), skakaliśmy z balkonu na kupę piachu, graliśmy w nogę, dziewczyny skakały w gumę, chłopaki też jak nikt nie widział. Oparzenia po opalaniu smarowaliśmy kefirem. Jak się głęboko skaleczyło to mama odkażała jodyną albo wodą utlenioną, szorowała ranę szczoteczką do zębów i przyklejała plaster. I tyle. Nikt nie umarł.
W wannie kąpało się całe rodzeństwo na raz, później tata w tej samej wodzie. Też nikt nie umarł. Podręczniki szanowaliśmy i wpisywaliśmy na ostatniej stronie imię, nazwisko i rocznik. Im starsza książka tym lepiej. Jak się poskarżyłeś mamie na nauczyciela to jeszcze w łeb dostałeś. Jedyny czas przed telewizorem to dobranocka. Mieliśmy tylko kilka zasad do zapamiętania. Wszyscy takie same. Poza nimi, wolność była naszą własnością. Wychowywali nas sąsiedzi, stare wiedźmy, przypadkowi przechodnie, koledzy ze starszej klasy, pani na świetlicy albo woźna jak już świetlica była zamknięta. Nasze mamy rodziły nasze rodzeństwo normalnie, a po powrocie ze szpitala nie przeżywały szoku poporodowego – codzienne obowiązki im na to nie pozwalały. Wszyscy przeżyliśmy, nikt nie trafił do więzienia. Nie wszyscy skończyli studia, ale każdy z nas zdobył zawód. Niektórzy pozakładali rodziny i wychowują swoje dzieci według zaleceń psychologów. Nie odważyli się zostać patologicznymi rodzicami.
Dziś jesteśmy o wiele bardziej ucywilizowani. My, dzieci z naszego podwórka, kochamy rodziców za to, że wtedy jeszcze nie wiedzieli jak nas należy „dobrze” wychować. To dzięki nim spędziliśmy dzieciństwo bez ADHD, bakterii, psychologów, znudzonych opiekunek, żłobków, zamkniętych placów zabaw i lekcji baletu.
A nam się wydawało, że wszystkiego nam zabraniają!"
Łezka się w oku kręci........."
Źródło: Facebook, autor: nieznanyCaly powyższy materiał uważam, za rzeczysiste przedstawienie faktów. Jednak w zupełności nei zgadzam się z tym, ze to było dobre. Beznadzieja, zacofanie, prostactwo, buractwo, ciemnota tamtych czasow doprowadzila, do tego, że 80% ludzi z depresją to wlasnie roczniki 70-90. O rocznikach od 1950, 50, 60 nie wspomnę bo to jest ukryta patologia. Ja na przyklad uważam, że keidyś było tragicznie i beznadziejnie. Pod względem wychowawczym.
Moim zdaniem każdy kto zgadza się a tym tekstem ma ze sobą poważny problem.
A ja się zgadzam z tym tekstem.Jestem rocznik 70 Ludmiło a depresji nie mam.
12 2015-08-17 23:15:53 Ostatnio edytowany przez Ludmiłaa (2015-08-17 23:16:34)
A ja się zgadzam z tym tekstem.Jestem rocznik 70 Ludmiło a depresji nie mam.
Niki masz dom 200m, zarabiasz 10 tys miesięcznie? Masz w garażu BMW i Audi za gotówkę? Nie masz żadnych problemów finansowych? Ponadto masz od 20 lat wspaniałego czułego męża a w Waszym małżeństwie nigdy nie było problemów?! Jesteś zawsze szczęśliwa, zadowolona, i jak najlepszy psycholog udzielasz rad innym jak żyć?
Nie?! No to znaczy, że nie zgadzasz się z powyższym opisem. Powyższy opis zakłada, że ten sposób wychowania wychował samych zaradnych geniuszy, którzy sobie świetnie w życiu radzą w każdej dziedzinie. Więc jeżeli ktoś nie ma kasy a drugi ma depresje to znaczy, ze jednak ten model był do d...
Dawniej była gówniana jakość życia. Dawniej nie wolno było chorować, płakać, mieć depresji, to trzeba było ukrywać. Bo do psychiatry chodziły tylko ludzie głupie. Nie było psychologa, pedagoga. A co inne były dzieci czy rodzice?! Tylko, ze po prostu była patologia ukryta.
Przecież teraz to bezrobocie, rozwody, depresje, samobójstwa, bieda. To właśnie u ludzi z roczników 60, 70,80, przecież 90 to jeszcze dzieci.
To skąd jest bieda, patologia, przemoc, depresje? Jak taki model wychowania był przecież taki świetny, przecież same zaradne geniusze wyrosły?!
Moim zdaniem każdy kto zgadza się a tym tekstem ma ze sobą poważny problem.
No niech będzie, że mam ze sobą problem ![]()
Nie Ludmiło nie mam domu 200m ani bmw w garażu.Dom mam mały a samochód ma coś koło 20 lat.
problemy finansowe mam choć nie takie straszne.
A co do męża to kiedyś mieliśmy problemy ale teraz jest wspaniały i czuły i świetnie nam się układa.
A jeśli dla ciebie duży dom i beemka jest wyznacznikiem szczęścia to współczuje.
Jak dla mnie dobrze to mieć,w ogóle pieniądze są ważne.Ale pieniądze nie sprawią że ktoś będzie szczęśliwy.
Gdyby tak było to nie było by tlu znanych,sławnych osób które popełniają samobójstwa albo wpadają w alkocholizm czy narkotyki.
I owszem tęsknie za czasami komuny.Pewnie że nie wszystko było idealnie.Zresztą ja byłam wtedy dzieckiem a potem nastolatką.Może z perspektywy osób które wtedy były dorosłe inaczej to wygląda.
A depresje są spowodowane czasami w których żyjemy.Brakiem więzi między ludźmi i tym że ciężko o pracę a nawet jak się ją mato ciężko wyżyć.Zresztą nie wiem czym jeszcze.
Nigdy Ludmiło nie było tak że wszyscy byli geniuszami ,a kapitalizm na tym polega że jeden ma mniej a inny więcej.
Ja się potrafię cieszyć tym co mam ,że wszyscy są zdrowi mam fajnego męża i dzieci.
A po tym co piszesz to nie ja czy Snake mamy problem ze sobą.To z tobą jest coś nie tak.
w tamtych czasach też były samobójstwa,przemoc.Ludzie też do psychiatry chodzili.
Tylko nie było internetu i tylu programów w tv.Więc nikt na okrągło tego nie przekazywał.
Mnie się np.nie podoba że wtedy było przyzwolenie na bicie dzieci.Teraz każdy mówi że to jest złe.
A i tak co jakiś czas słyszy się o jakimś zakatowanym dziecku.Ludzie wpadli w paranoję.Oburzają się jak ktoś da dziecku klapsa.Ale jak naprawdę znęcają się nad jakimś to nikogo nie ma.
Dobrze szkoda pisać i tak cię nie przekonam.
Ja i tak swoje dzieciństwo i młodość wspominam wspaniale. Mieszkaliśmy w bloku na wsi.
Wszyscy dorośli przyjaźnili się.Pamiętam wieczory jak siedzieli,śmiali się do późna,czasem popijali coś.
A my dzieciaki ganialiśmy po podwórku i wymyślaliśmy sobie zabawy bo nie było internetu a w tv g....o było.
A jeszcze co do agresji.To ty Ludmiła w każdym prawie poście piszesz że temu czy tamtemu dasz w mordę albo go zwyzywasz.
16 2015-08-18 11:42:19 Ostatnio edytowany przez Mussuka (2015-08-18 13:10:52)
Ludmiłaa napisał/a:Moim zdaniem każdy kto zgadza się a tym tekstem ma ze sobą poważny problem.
No niech będzie, że mam ze sobą problem
Ja pewnie tez:))
Mam dom z ogrodem prawie 130m (domu, nie ogrodu), paroletnie autko za gotowkie, pensje ponad 20 kola miesiecznie liczac na nasze (no ale w ojro, wiec wyjdzie tylko 5, buuaaah), cudownego czulego mezczyzne, z ktorym nie tylko, ze nie mam problemow ale jestem z nim szczesliwa i zadowolonia (pod kazdym wzgledem). Ogolnie na zycie nie narzekam. O, wlasnie lodke sobie zafundowalismy zeby urozmaicic weekendy.
A ten tekst przypomnial mi, jak fajnie sie wtedy zylo, nam - mlodym. Starszym pewnie mniej ciekawie. Ja mialam bande kolezanek i kolegow pod reka, moje dzieci maja znajomych na fejsie.
I o ile u moich kolezow ani u znajomych moich rodzicow nie wykryto anoi wowczas ani obecnie depresji, o tyle jest to galopujaca przypadlosc obecnego pokolenia mlodziezy..a nawet i dzieci. A, jeszcze cos - nikt z naszej szkoly nie wieszal sie po tym jak go na komorce nakrecono, wysmiano i wrzucono do sieci. Za wysmiewanie dawalo sie w pysk a nie konczylo na antydepresantach..w najlepszym wypadku. Kobietom w biurze, gdzie zaczelam pracowac juz pod koniec komuny nikt nie kazal majtek sciagac zeby sie na etacie utrzymac. Niewolnictwa biedronkowo-korporacyjnego tez nie bylo. Za mojej pozniejszej kariery juz w czasach cudownego odrodzenia po raz pierwszy zetknelam sie z przypadkiem zgonu bardzo mlodego czlowieka w pracy - to makler, ktorego wykonczyl stres i przepracowanie.
Ale na wakacje pod palme niestety tez nie moglismy pojechac:) Pozostawaly demoludy, plaze w Jugoslawii, Balaton na Wegrzech i wyprawy po buty ze Swinoujscia na zachod:))
Bylo siermieznie, ciezko, ale i super fajnie. A najfajniejsze jest to, ze moglam pozyc i za komuny i po komunie.
17 2015-08-18 13:42:00 Ostatnio edytowany przez Ludmiłaa (2015-08-18 13:42:49)
Ja w sumie tez nie narzekam materialnie. Ale bardzo narzekam na kompleksy i na nerwy. Bo ja wszystko musiałam WYWALCZYĆ wszelkimi sposobami uczciwie i nieuczciwie. Ja byłam na początku dość naśmiała, skromna, cicha. Wychowywana co wypada a co nie. W pewnym momencie dusiło mnie to znienawidziłam wszystkich a tych który mnie chwalili skromna cicha dziewczynka najbardziej. Ale zawsze umiałam przekalkulować, że bardzo mi się opłaci grać taką skromna bo wtedy mam większa obrywy. Więc inna byłam inna udawałam. I czekałam na okazję. Plus braku psychologów, pedagogów był taki, że nie zostałam zdemaskowana i mogłam manipulować innymi. Wiecie, że już wtedy w bibliotece były książki psychologiczne techniki manipulacji itp. Ok ustawić w życiu się umiałam. Ale wiecie, ze takie ,,gry'' kosztują wiele nerwów, poświęceń.
Mnie nigdy minimum nie wystarczało, np moje rówieśniczki kupiły fajki, piwo poszły na dyskotekę i to była pełnia szczęścia. A ja tym gardziłam.
I to był paradoks tamtych czasów, że było się kimś innym, niż się udawało że się jest.
Ja w sumie tez nie narzekam materialnie. Ale bardzo narzekam na kompleksy i na nerwy. Bo ja wszystko musiałam WYWALCZYĆ wszelkimi sposobami uczciwie i nieuczciwie. Ja byłam na początku dość naśmiała, skromna, cicha. Wychowywana co wypada a co nie. W pewnym momencie dusiło mnie to znienawidziłam wszystkich a tych który mnie chwalili skromna cicha dziewczynka najbardziej. Ale zawsze umiałam przekalkulować, że bardzo mi się opłaci grać taką skromna bo wtedy mam większa obrywy. Więc inna byłam inna udawałam. I czekałam na okazję. Plus braku psychologów, pedagogów był taki, że nie zostałam zdemaskowana i mogłam manipulować innymi. Wiecie, że już wtedy w bibliotece były książki psychologiczne techniki manipulacji itp. Ok ustawić w życiu się umiałam. Ale wiecie, ze takie ,,gry'' kosztują wiele nerwów, poświęceń.
Mnie nigdy minimum nie wystarczało, np moje rówieśniczki kupiły fajki, piwo poszły na dyskotekę i to była pełnia szczęścia. A ja tym gardziłam.
I to był paradoks tamtych czasów, że było się kimś innym, niż się udawało że się jest.
Twoje "techniki manipulacji" to nie było czasem kładzeniem się w pewnym okresie życia na podłodze i waleniem pięściami i stopami o podłogę? Oczywiście z towarzyszeniem wrzaskliwego płaczu bez łez, dopóki rodzice nie ulegli?
W mojej rodzinie nazywało się to histerią na pokaz.
Zwykle szklanka wody wylana na głowę, pomagała.
19 2015-08-18 14:39:09 Ostatnio edytowany przez Ludmiłaa (2015-08-18 14:39:31)
No co ty?!
Już wtedy odkryłam rodzice kontra dziecko, histeria= to zła strategia. Bo dziecko nie wygra.
Trzeba było działać w konspiracji udawać kochanego, spokojnego, grzecznego dzieciaczka, czy panienkę, a być wilkiem w owczej skórze.
Mnie męczy jedna sprawa. Moi dziadkowie jak to się mówi, byli źle wychowani, dziadek lubił wypić, babcia wyzywała. Wstydziłam się za nich i czasem się bardzo na nich denerwowałam. Nie lubiłam ich czasami, myślałam o nich jak o prostkach. Ale dawali kasę, więc bardziej się opłacało przemilczeć pewne sprawy i mieć te kasę niż nie mieć. Dręczyło mnie to i miałam wyrzuty. Ale nic nie mogłam zrobić. Ich nie dało się już ustawić, naprawić, wysłać do psychologa na terapię, czy zmienić. Jedyne rozsądne co mogłam zrobić to ułożyć swoje życie.
...
Mussuka, a moge zapytac ilu mieszkancow liczylo miasto, w ktorym sie wychowalas i czy kiedys, w czasach nastiletnich przyszlo ci spedzic wakacje gdzies w malej miescince na obrzezach Polski?
Czy znasz dziecinstwo z perspektywy, malej, ubogiej miesciny, gdzie bylo jedno kino i basen, ktory byl otwarty tylko w wakacje? A oprocz tego nic, tylko lazenie po miescie, albo po torach, albo po budowach... Gdzie nastolatki z nudow zaczynaly pic w wieku lat 14, bo nic innego nie bylo do roboty. Nawet w pilke nie bardzo bylo gdzie pograc.
Ja tak wspominam dziecinstwo. Szare mury. Zero perspekryw. Zero rozrywki dla mlodziezy.
Z mojego miasta rodzinnego przez ostatnie 20 lat wyjechalo okolo 15% mieszkancow, glownie z pokolenia post-komunistycznego. Wlasciwie wyjechal kazdy, kto mogl.
Moj lokalny patriotyzm i tesknota za "tamtymi czasami" umarla wraz ze zlikwidowaniem ostatniej linii kolejowej.
21 2015-08-18 16:02:02 Ostatnio edytowany przez Snake (2015-08-18 16:03:34)
Moi dziadkowie jak to się mówi, byli źle wychowani, dziadek lubił wypić, babcia wyzywała. Wstydziłam się za nich i czasem się bardzo na nich denerwowałam. Nie lubiłam ich czasami, myślałam o nich jak o prostkach. Ale dawali kasę, więc bardziej się opłacało przemilczeć pewne sprawy i mieć te kasę niż nie mieć.
Wiesz, prostactwo to nie kwestia picia i wyzywania tylko "urody" duszy... jeśli czaisz do czego piję
Tak na marginesie nie raz mając naście lat holowałem pijanego ojca przez miasto, gdzie wszyscy się znali i nigdy nie czułem z tego powodu wstydu. Ani za ojca, ani za siebie.
Czy znasz dziecinstwo z perspektywy, malej, ubogiej miesciny, gdzie bylo jedno kino i basen, ktory byl otwarty tylko w wakacje? A oprocz tego nic, tylko lazenie po miescie, albo po torach, albo po budowach... Gdzie nastolatki z nudow zaczynaly pic w wieku lat 14, bo nic innego nie bylo do roboty. Nawet w pilke nie bardzo bylo gdzie pograc. Ja tak wspominam dziecinstwo. Szare mury. Zero perspekryw. Zero rozrywki dla mlodziezy.
Oooo moje miasteczko
ale jakby zupełnie inne wrażenia. Po pierwsze, na wakacje jeździliśmy wtedy prawie co rok na kolonie. W ten sposób zwiedziłem trochę swój kraj i poznałem dzieciaki z zupełnie innych niż moje terenów. Po drugie, jak nie na kolonie, to jeździliśmy z rodzicami na 2-3 tyg. pod namiot nad jeziora albo nas ojciec wywoził do wujostwa na wieś, gdzie kina i basenu na pewno nie było. Tylko urocza blaszana balia, łąki, pola i lasy. Całe dla nas. W miasteczku też nudy były wtedy kiedy się ekipa wykruszała, bo właśnie ten na kolonie pojechał, tamten na obóz i wtedy było chwilowo słabo. A propos kina, pamiętacie takie zjawisko jak kino obwoźne? Ja je zaliczałem właśnie na koloniach, poza tym w mojej mieścinie latem normalne kino otwierało kino letnie czyli seanse na świeżym powietrzu. Odjazd ![]()
Ja pamiętam kino objazdowe. Mieszkałam na wsi i nie pamiętam żeby ktoś się nudził.
Młodzież spotykała się wieczorem i zawsze coś wymyśliliśmy.
Kto miał zacząć pić to zaczął.Czy z nudów?Jak się chce pić zawsze powód się znajdzie.
A ty Ludmiła po prostu wstydziłaś się swojej rodziny.Pewnie zawsze lepsza się czułaś.
Dziadkowie mieli iść na terapię bo wnuczce się nie podobali?
23 2015-08-18 22:16:19 Ostatnio edytowany przez Ludmiłaa (2015-08-18 22:19:09)
A ty Ludmiła po prostu wstydziłaś się swojej rodziny.Pewnie zawsze lepsza się czułaś.
Dziadkowie mieli iść na terapię bo wnuczce się nie podobali?
Nie dlatego, że mnie się nie podobali. To by było dla ich dobra. Bo w sumie smutno się zestrzeli. Nie jeździli na wakacje a mieli na to pieniądze. Zazdrościli innym paradoksalnie wakacji. I ciągle na wszystko narzekali, jest źle, było źle, będzie źle.
Ja wiele razy na spokojnie próbowałam z babcią rozmawiać, przetłumaczyć jej pewne rzeczy. Ale zaraz jest złościła g... wiesz o życiu. A, że mnie nie wiele trzeba żeby się zdenerwować zaczęłam brzydko mówiąc ich olewać.
Mi nie było z tym lekko że tacy są, i przykro mi było, że i wstyd, i miałam wyrzuty, że tak myślę. I doceniam to co mi dali i zawsze doceniałam.
Mi nie jest wstyd za dziadków, tylko za ich niektóre zachowanie.
Mussuka napisał/a:...
Mussuka, a moge zapytac ilu mieszkancow liczylo miasto, w ktorym sie wychowalas i czy kiedys, w czasach nastiletnich przyszlo ci spedzic wakacje gdzies w malej miescince na obrzezach Polski?
Czy znasz dziecinstwo z perspektywy, malej, ubogiej miesciny, gdzie bylo jedno kino i basen, ktory byl otwarty tylko w wakacje? A oprocz tego nic, tylko lazenie po miescie, albo po torach, albo po budowach... Gdzie nastolatki z nudow zaczynaly pic w wieku lat 14, bo nic innego nie bylo do roboty. Nawet w pilke nie bardzo bylo gdzie pograc.
Ja tak wspominam dziecinstwo. Szare mury. Zero perspekryw. Zero rozrywki dla mlodziezy.
Z mojego miasta rodzinnego przez ostatnie 20 lat wyjechalo okolo 15% mieszkancow, glownie z pokolenia post-komunistycznego. Wlasciwie wyjechal kazdy, kto mogl.
Moj lokalny patriotyzm i tesknota za "tamtymi czasami" umarla wraz ze zlikwidowaniem ostatniej linii kolejowej.
Prosze Cie bardzo pytasz i masz:)
Moja miescina to bylo na owe czasy jakies prawie 2 miliony pewnie, teraz sie nazjezdzalo z calej Polski to pewnie jest ponad 2.
Odpowiedz na drugie pytanie - prawie kazde wakacje w dziecinstwie spedzalam na jednej badz drugiej wsi ew. w malej miescinie u cioci.
U pierwszych dziadkow dom byl oddalony od glownej szosy o jakies 1,5 km moze i wiecej, dlugo z torba z PKS-u sie szlo:) Kochalam te wakacje, nie moglam sie doczekac wyjazdu na wies. Zamiast betonowych pustyn z wielkiej plyty z rachityczna zielenia, asfaltowych podworek z jednym trzepakiem posrodku, huku tramwajow, smrodu spalin z tych PRL-owskich Ikarusow, Polonezow, Wartburgow, Trabantow i innego zlomowiska czekaly mnie dookola jedynie pola, lasy , laki, w tym drewniana chalupa dziadkow z prawdziwa sienia, pierzyna na starej amerykance (taka dzisiejsza sofa rozkladana:), starym czarno-bialym telewizorkiem, ktory moze ze 2 programy pokazywal i to glownie po kolacji na gzodzine, dwie, miska do mycia, studnia z drazkiem na wiadro, piecem do napalenia i ugotowania, parnikiem na swinskie zarcie, stodola, obora, chlewem, kurnikiem, ziemianka na chlodzenie zapasow i paroma jeszcze innymi ciekawymi obiektami i atrakcjami.
Wyobraz sobie, ze ani przez chwile nie nudzilam sie tam tak jak siedzac czasem w goracej i smrodliwej latem stolycy.
Iceni, takich miasteczek, jakie opisalas ze swojego dziecinstwa dzis wcale nie jest mniej, i nadal chleja ci, co nie maja inego pomyslu na zycie. Ale sa i miasteczka, gdzie ludzie nie siedzieli i za komuny i teraz tez nie siedza z zalozonymi rekoma i czekaja az "ktos" im cos zorganizuje. Bo jak nie, to ponarzekaja i kolejna flaszke obala. Takie roszczeniowe typy, co nic dla siebie ani innych nie zrobia ale jojcza na swiat, polityke, czasy, onych i tak w kolko.
To nie od aglomeracji, populacji czy polozenia geograficznego zalezy jak sie zyje, to zalezy od samych ludzi. Mozna nudzic sie i obijac w wielkim miescie, mozna miec fajne rozrywki, hobby i pasje w malym miasteczku. Trzeba chciec i trzeba sie ruszyc z posad.
Ja jezdzilam czesto na kanikuly do cioci, do malego miasteczka w siedleckiem. Takie sobie, jeden ryneczek, pare uliczek, kosciol, osrodek zdrowia, jakis zaklad produkcyjny, pare sklepow, szkola, bloczki, domki nic wiecej. Nawet nie pamietam czy tam kino bylo. Nuda tam??? Zarty. A to festyn jakis, a to odpust, a to cyrk zaprosili i przyjechal, a to sie sasiedzi skrzykneli i na ryby za miasto jechali, a to ognisko wieczorem organizowalismy, wycieczki rowerowe po okolicy, w deszczowe dni zbieralismy sie u jednego czy drugiego kumpla i rznelismy w karty, bierki czy inne glyupoty wymyslalismy. Nawet zima podczas ferii zimowych u drugiej babci nie mialam depresyjnych mysli, byl snieg, byla gorka za kosciolem, byly sanki albo nawet torba plastikowa pod tylek - wystarczylo.
I wiesz co jeszcze - komuna juz u nas powoli dogorywala kiedy wyjechalam z kolezanka do UK na pare miesiecy, tez mala miejscowosc. I co? Po pierwszym WOW przyszlo trzezwe spojrzenie i co nagle odkrylysmy? Tam to dopiero sie nudza. Jedyna rozrywke dla tamtejszej gawiedzi i mlodziezy stanowilo wyjscie do jednego z lokalnych pubow na piwo z gatunku sikacz. Oni mieli tak samo nudne i puste zycie jak Twoi rowiesnicy z tego szarego nmiasteczka na obrzezach Polski. Bo im sie nic po prostu nie chcialo.
Dla mnie to były super czasy. W latach 60-tych jeździłam na wieś do dziadków. W tamtym czasie nie było tam jeszcze prądu! Ale to też miało swój urok. Wieczory spędzało się przy lampie naftowej. Dzieciaków do zabawy było całe mnóstwo i człowiek się nie nudził. Jeździłam też co roku na kolonie, które bardzo mile wspominam.. Dziś nie każdą rodzinę stać, aby wysłać dzieci na kolonie. Wtedy rzadko kto nie jechał! Późniejsze czasy też nie były złe! Gdy w sklepach brakowało wielu rzeczy, zawsze można było sobie coś załatwić. A to po znajomości, a to inaczej, ale zawsze się jakoś wykombinowało. No i człowiek człowiekowi nie był wilkiem! Poza tym była PRACA! I to bez problemu można ją było znaleźć! Pracowało się po 8 godzin, a nie tak jak dziś po kilkanaście! Człowiek miał czas! Szkoda że te czasy nie wrócą!
Jestem prawdopodobnie duzo starszy od wielu z Was. To wcale nie oznacza, ze czuje sie duzo madrzejszy. Nie bede nikogo krytykowal, niie mam takiego prawa. Ale po przeczytaniu kilku wypowiedzi podziele sie moimi odczuciami. Wyrastalem w sredniej wielkosci miescie, widoki z mojego dziecinstwa to obiady w szkole podstawowej, wozacy, ktorzy wozem zaprzezonym w biedna szkape dowozili ryby w drewnianych skrzyniach posypanych lodem do miejscowego rybnego. Od razu wszyscy lecieli tam kupowac, niosac ze soba gazety, w ktore sklepowa zawijala sledzie, dorsze, plocie i inne ryby. Moje ciastko to byla pajda chleba, zamoczona woda i posypana cukrem. Kawa zbozowa z mlekiem lub herbata. Banan i pomarancz raz lub 2 razy w roku, na Boze Narodzenie i ewentualnie na Swieta Wielkanocne. Zabawy na podworku, w palanta, w pikuty - taka gra do ktorej uzywalo sie noza. Gralismy w pilke, czasem byla to prawdziwa pilka a nie gumowy balon. Oczywiscie to wszystko bylo fajne. Do czasu. Gdy zaczalem dorastac nagle zobaczylem jak wyglada swiat ludzi doroslych i zaczalem inaczej patrzec na mame, kora owdowiala gdy mialem 6 lat. Wstawala o 5 rano aby zdazyc do pracy w sasiednim miescie, przychodzila zziajana o 4:30, robila lub odgrzewala obiad, pilnowala mnie abym wszystko zjadl, pozniej siadala doo maszyny i szyla do 10 -11. Musiala dorobic wiec skonczyla kurs kroju i szycia i miala stale klientow, dla ktorych szyla. Nie musiala tez mi kupowac odziezy, bo przerabiala rzeczy po tacie. Fartuch do szkoly uszyla mi z granatowej podszewki z jednej z marynarek taty. Jedyne co kupowala to buty i skarpetki, chociaz pamietam, ze kilka razy mialem na nogach onuce. Bylismy biedni, tata umieral 3 lata, byl sparalizowany, mama musiala sie nami opiekowac wiec nie mogla pracowac. Gdy tata umarl byla bez oszczednosci a wszystko co mialo jaks wartosc zostalo juz wczesniej sprzedane na jedzenie. Wiem, ze pozyczala pieniadze i bardzo sie tego wstydzila. Wyrastalem sam, ciagle bylem obiektem kpin ze strony rowiesnikow, nienawidzilem szkoly nie mialem zadnych kolegow z wyjatkiem dzieci z niemieckiej rodziny z sasiedztwa. poznuej we mnie cos peklo poszedlem w zaparte. Wlasciwie to nie potrafie opisac co to bylo ale zmienilem sie. Przestalem rozczulac sie nad soba, ze nie mam ojca, przestalem zazdroscic innym chlopakom, ze maja "sprawy" ze swoimi ojcami. Zaczalem sie uczyc jak zyc wyrzucony na margines grupy. Dorastalem, dojrzewalem ale w moim swiecie bylo pusto. Niie mialem nikogo, a mama w tym swiecie nie odgrywala zadnej roli. Poniewaz na zaczepki zaczalem reragowac agresja to zrobilo sie kolo mnie pusto. Tak trwalo do momentu kiedy skonczylem 22 lata. Wprawdzie wczesniej mialem juz pierwsze kontakty z dziewczynami ale bylem samotnikiem. Gdy skonczylem 22 lata nagle w ciagu 2-3 miesiecy wydoroslalem. Zmienily sie moje priorytety, zaczalem szukac blizszego kontaktu z mama, od ktorej zupelnie sie oddalilem bedac z nia w stanie totalnej wojny. Potrafilem sobie radzic. Bycie samotnym wyzwolilo w mnie zdolnosc radzenia sobie w kazdej sytuacji, potrafilem zarabiac duze pieniadze nie krzywdzac nikogo i nie kradnac. Dostalem sie w koncu na studia, pozniej zaczlem myslec o tym aby miec rodzine i dzieci, conajmniej dwojke. Aby zadne z nich nie bylo same.
Dlaczego tak duzo napisalem o dziecinstwie i mojej sytuacji. Urodzilem sie w okreslonym czasie i okreslonych okolicznosciach. To co sie dzieje w srodowisku w jakim ktos przebywa ma tylko ograniczony wplyw na to jacy jestesmy i jaka byla nasza mlodosc, co zapamietalismy i co jest i co bylo dla nas wazne. Osobiscie uwazam, ze bez wzgedu na okolicznosci w jakich wyrastalem to Polska w okresie gdy bylem dzieckiem , pozniej mlodziencem, mlodym mezczyzna, mezczyzna w srednim wieku byla rzadzona przez klike, ktora odarla nas wszystkich z normalnosci. Normalnosc to bylo przyzwolenie na traktowanie nas jak gowno, jak pyl na podlodze, jak kawal smiecia. Stan wojenny nie byl smieszny. To byl czas, gdy zgaslo swiatlo a ludzie bali sie co bedzie. To byl czas gdzie byli zabijani ludzie i do dzisiejszego dnia nie wiadomo co sie z nimi stalo. Albo jest wiadomo i nic nigdy sie w tej sprawie nie zrobi. Tez stalem w kolejce w jakis zakamarkach, piwnicach, na klatkach schodowych aby kupic pralke, telewizor, czy chociazby radiomagnetofon. Nienawidze ich za to, ze nas tak upodlili i nigdy im tego nie zapomne. Ze nie tylko wyszarpali z nas normalne dziecinstwo ale zabili w nas to co w normalnym swiecie jest wlasnie czyms normalnym a nie jakims niesamowitym przywilejem. Praca byla. Jaka praca? Byles zatrudniony, dostawales umoowe, zakres czynnosci i obowiazkow -15 punktowy. 15ty albo ostatni punkt na liscie to zawsze bylo "i wykonywac wszystkie inne czynnosci polecone przez kierownictwo zakladu". I ten ostatni punkt w "zakresie" zajmowal ci przewaznie 80% czasu pracy anie 1/15 dla przykladu z 40 godzin tygodniowo. I ludzie na to sie zgadzali bo chcieli miec prace. I zgadzali sie na to ,zeby bylo nienormalnie. Za norme bylo przyjete, ze zawsze trzeba bylo wszystko "zalatwiac" i ze trzeba bylo miec "wejscia". Gdy poszedlem zalatwic telefon bo kupilem mieszkanie kazali mi wypelnic wniosek na przydzial linii, a nastepnie pani, ktora wniosek przyjela do realizacji na moje pytanie jak dlugo mam czekac na decyzje (1986 rok) odpowiedziala spokojnie ze 46 lat, bo w tej dzielnicy tyle sie czeka. Ja jej na to: czy dobrze slyszalem 46 lat, chyba sie pani pomylila, moze 46 miesiecy. I wtedy zaczal sie jazgot ludzi z kolejki, panie co pan chce, slyszal pan ze 46 lat, pan jest chyba nienormalny, ze tego nie rozumie, wszyscy musimy tele czekac.
Przez cale moje zycie byla tylko jedna osoba, ktora nigdy mnie nie zawiodla, i ktorej moglem bezgranicznie ufac. Moja mama.
Stefan mądrze napisałeś.Ale nic się nie zmieniło.Nadal są dzieci które z powodu biedy są gorsze wyśmiewane.
I rodzice którzy pracują po całych dniach i nie mają czasu na nic.
A w pracy traktuje się ludzi jak g...o .i śmiecia.Jak ci się nie podoba to w....j.Na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych.
Zmiana ustroju nic nie zmieniła na lepsze.
Ja tych czasów o których piszesz nie pamiętam.dorastałam w latach 70,80.
Dla mnie z perspektywy dziecka było świetnie.
Stefan mądrze napisałeś.Ale nic się nie zmieniło.Nadal są dzieci które z powodu biedy są gorsze wyśmiewane.
I rodzice którzy pracują po całych dniach i nie mają czasu na nic.
A w pracy traktuje się ludzi jak g...o .i śmiecia.Jak ci się nie podoba to w....j.Na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych.
Zmiana ustroju nic nie zmieniła na lepsze.
Ja tych czasów o których piszesz nie pamiętam.dorastałam w latach 70,80.
Dla mnie z perspektywy dziecka było świetnie.
Najwiekszy problem polega na tym, ze uwierzyliscie, ze sie zmienilo. Nic sie nie zmienilo. Dalej ci sami ludzie ktorzy trzymali za morde Polakow albo teraz ich synowie i corki trzymaja wladze. Popatrz co zrobili. Otworzyli bramke dla przedsiebiorstw zagranicznych na bardzo korzystnych warunkach rugujac od razu mozliwosc rozwoju klasy sredniej w Polsce. Jednoczesnie chcac dac prace swoim ludziom zaczeli rozbudowywac administracje aby miec swoj elektorat w czasie szemranych wyborow- ot tak na wszeli wypadek. Czescia tej administracji jest ZUS i caly przemysl "skarbowy", ktory jest do perfekcji robudowany aby wycinac slabych i niewygodnych. W Polsce w ciagu paru lat zniszczono rodzaca sie klase srednia, ten proces zaczal sie na przelomie lat 80/90tych, drugim etapem wykanczania bylo wprowadzenie niszczacego wszystko jak huragan podatku VAT i pod pretekstem zwiekszenia systemu kontroli nad szara strefa fiskalizowanie wszystkiego co sie dalo. Teraz wystarczylo tylko aby wtloczyc ciemnym ludziom gadke do pozostalosci mozgu nieopanowanogo jeszcze przez zielone wyspy i inne bzdury, ze za wszystko co jest zle odpowiada opozycja i zapalilo sie zielone swiatlo. Zaczal sie tworzyc kapitalizm po Polsku gdzie wielomilionowy narod niewolnikow zostal zaprzegniety do pracy aby kilka milionow mialo wszystko na najwyzszym poziomie.
Wszystko jest do du..y w tym kraju, bo nic nie jest normalne a ludzie nawet nie zdaja sobie z tego sprawy.Albo gasza w sobie rodzace sie watpliwosci bo tak jest wygodniej. Krzycza trzeba cos zrobic, trzeba zmienic, wymieniaaja co byc musi a potem jeden na drugiego patrzy i czeka, zeby ktos inny cos zrobil jako pierwszy. Id a do domu i nastepnego dnia nastawiaja sie jak codzien zeby ich ktos mocno kopnal