Witam Serdecznie,
Mam 27 lat, od listopada 2013 r. jestem w związku z mężczyzną o 10 lat starszym ode mnie (on po rozwodzie od 2011 r.), od marca ubiegłego roku zamieszkujemy wspólnie w jego mieszkaniu. Do mniej więcej marca tego roku wydawało mi się, że jesteśmy świetnie dobraną parą, właściwie wcale się nie kłóciliśmy, staraliśmy się o wszystkim decydować wspólnie, lub przynajmniej w porozumieniu z drugą stroną. Mój partner (właściwie już nawet narzeczony) prowadzi własną działalność gospodarczą, która bardzo dobrze prosperuje, przynosi bardzo duże dochody, ale co się z tym wiąże jest ogromnie czasochłonna. Mój mężczyzna pracuje od poniedziałku do piątku od 7.30 do 18.00, w soboty od 8.00 do 14.00, a w niedziele od 8.00 do 12.00. Czyli codziennie w pracy. Ja natomiast pracuję zawodowo połowę mniej (gdyby policzyć to tylko godzinowo)- część mojej pracy wymaga tzw. wyjazdów w teren, pozostała część to pisanie raportów i sprawozdań w domu. I tu zaczynają się schody. Uważam bowiem, że moja praca jest bardzo odpowiedzialna i bardziej stresująca niż jego, zarabiam natomiast sporo mniej. On uważa, że "to takie tam nic", bo nie przynosi "kokosów". Ja mam własne pieniądze, wystarcza mi na wszystkie potrzeby, sama się ubieram, kupuję sobie różne rzeczy. On natomiast nie chce, żebym dokładała się do jakichkolwiek rachunków, bo "jego na wszystko stać". On wymaga ode mnie, żeby w domu było sterylnie czysto, codziennie był zrobiony obiad (nawet jak miałam anginę i 40 stopni gorączki nie miałam prawa nie ugotować jedzenia), lodówka zaopatrzona, psy wyprowadzone, a chata mająca prawie 100 m2 musi lśnić czystością i nie daj Boże, żeby znalazł gdzieś choćby pyłek. Za "bałagan" grożą sankcje- komentarze na dwa tygodnie. Kiedy pracuję w terenie popołudniami i nie zdążę ugotować obiadu, jeździ do mojej mamy (tak, ktoś musi mu podać ciepły posiłek!), ja słucham natomiast przez miesiąc jak to jest możliwe, że nie wyrobiłam się na czas ze wszystkim. Oczywiście w domu w niczym, absolutnie w niczym mi nie pomaga (nie musi, bo sam ciężko pracuje i utrzymuje samodzielnie mieszkanie, samochody itp.) Zawsze na wszystko ma wytłumaczenie (jak już ostro się kłócimy, to twierdzi, że "sam by sobie wszystko obrobił"), oczywiście na wyjście, wspólny wyjazd weekendowy nie ma albo czasu albo siły. Moje życie polega na wypełnianiu obowiązków- zawodowych, domowych i względem partnera, przyjemności zero- przez ponad 1,5 roku trwania naszego związku nigdzie, absolutnie nigdzie nie byliśmy tylko we dwoje, w celu odpoczynku... ani dnia wakacji... Wyjście na drinka- jasne, mogę wyjść w gronie koleżanek (oczywiście jest kontrola, gdzie co, jak i z kim)... Ja nie wiem już czy ja przesadzam, czy rzeczywiście, muszę być podporządkowana temu "układowi" (?).
Mój facet rozstał się z poprzednią żoną bo była jak to określił "chwastem"- nie pracowała nigdy, w domu nie robiła absolutnie nic, liczyły się wypady do fryzjera, kosmetyczki i knajp- po 10 latach wspólnego życia jej podziękował.
Ja wśród znajomych mam ksywę PPD- od Perfekcyjnej Pani Domu. A między mną a nim rośnie coraz większe napięcie- np. jest na mnie obrażony o to, że nie chcę wieczorami z nim biegać albo jeździć na rowerze, a ja najzwyczajniej w świecie nie mam na to siły. Jestem po 6-8 godzinach pracy, później gotuję obiad, obrabiam 3 psy, ogród, prawie codziennie muszę zrobić zakupy (każdego dnia musi być inne danie na obiad) i co słyszę? Ze nie mam chęci do spędzania z nim wspólnie wieczorów... Nie wiem, gosposi to się jeszcze za taką robotę płaci, a ja mam co? Wieczne pretensje... "Bo przecież byłaś 4 godziny w terenie, a potem w domu "siedziałaś". No tak, bo robota biurowa w domu, to nie robota, tylko plaszczenie dupy... Co o tym sądzicie dobrzy ludzie? Czy mam podstawy do tego, żeby mieć żal?