Jak być szczęśliwym nie krzywdząc innych? Czy jest na to sposób? A jeśli nie ma, to co z tym zrobić?
Narobiłam trochę głupot w życiu, ktoś mnie krzywdził i ja skrzywdziłam.
Podniosłam się, choć poczucie winy chyba zawsze zostanie. Nie chcę już tak żyć. Walczę o siebie, o przyszłość, ale chyba utknęłam w poczuciu, że jak nie postąpię, to będzie źle.
Czy zostać z partnerem, na którym mi zależy, choć wyrządzilismy sobie mnóstwo krzywdy? Zmienił się, naprawił to, co nas niszczyło, ale chyba coś we mnie zabił. Ma mnóstwo wartościowych cech, których chyba nie znajdę u żadnego innego. Jestem przekonana, że jakbym nie miała wątpliwości, to wreszcie moglibyśmy być szczęśliwi. Tylko problem jest we mnie. Mam poczucie, że przy nim nie mogę być do końca sobą.
Racjonalnie myśląc, tak z boku, uważam, że powinniśmy się rozejść, bo jest coś toksycznego między nami. Tylko ciężko rozstać się po ponad 18 latach. Nie jest to strach przed samotnością, tego się nie boję.
Czego się boję? Sama do końca nie wiem. Może tego, że znów narobię głupot przez złe decyzję i zmarnuję kolejne lata życia, a z drugiej strony, jeśli dam nam szansę to będę żyć w poczuciu, że nie żyję tak jak chciałam. Błędne kółko.
Jeśli go zostawię, boję się, że to go zniszczy. Mówi mi, żebym nie patrzyła na niego tylko była w końcu szczęśliwa. A za chwilę szaleje z rozpaczy, że nie umie beze mnie żyć. On też sobie z tym nie radzi. Czasem mu odbija z tego powodu.
Nie wiem co dalej, nie umiem też tego opisać tak, żeby całkowicie odzwierciedlić i sytuację i swoje rozterki.
Jak się z tym wszystkim uporać?
Co było: związek w młodym wieku, alkoholizm, moje zastraszenie i potem zdrada
Co jest: abstynencja, "normalność", brak mojego strachu, jakieś wypalenie
To tak w skrócie.
Od czego zacząć, co zrobić?