Niedawno zerwał ze mną chłopak. To dziwna sytuacja. Byliśmy razem ponad rok, najlepszy w naszym życiu, on autentycznie zakochany, dbał, starał się. Dla niego pierwszy tak poważny związek, a ja już można rzec - po przejściach ![]()
Pewnego dnia wyznał, że czuje, że się oddala, ale chce to naprawić. Może wtedy oboje za bardzo skupiliśmy się na mało ważnych kwestiach, zapominając o tym co ważne... Fakt, że w drogę weszły nam jeszcze różne perypetie i w końcu doszedł do wniosku, że nie czuje do mnie tego co wcześniej, że się wypalił... Rozmawialiśmy długo, a on miał łzy w oczach. W końcu poprosił, żebyśmy o tym zapomnieli, bo chce ze mną być i zachowywał się znów jak na początku związku... Po to, by za parę dni powiedzieć, że musi wszystko przemyśleć jeszcze raz, bo na jego decyzję o "powrocie" mogła mieć wpływ moja obecność. Tak mu było w mojej obecności dobrze, że aż chciał ze mną być i nie chciał tracić? ^^
Po tygodniu doszedł do wniosku, że 'to nie to', że związek świetny, ale że nie chce tego dalej ciągnąć. Cóż. Przepłakałam wtedy dużo, jemu też lekko nie było, stres ogromny udzielił się nam obojgu. Ale że oboje czuliśmy (nadal czujemy!) ogromną bliskość, zaufanie i ogólnie jesteśmy ważni dla siebie nawzajem - postanowiliśmy nie zrywać kontaktu.
Gadaliśmy o pierdołach, a gdy postanowiłam się nie odzywać, żeby trochę ochłonąć, wtedy on odzywał się pierwszy, pytając co słychać czy chcąc zająć mi miejsce na zajęciach, na które chodzimy razem... I tak nasze rozmowy zaczęły być coraz bardziej swobodne, gadaliśmy po pół dnia, smsy, facebook, godziny przez telefon... Mówił, że mu na mnie zależy, że jestem mu najbliższą osobą, że tęskni... I że jest mu źle z tym, że cierpię. Gdy po % napisałam mu, żeby mnie wyrzucił z pamięci (tak, wiem, piłaś-nie pisz, ale wtedy do gry wszedł jeszcze dół...) chyba się przestraszył, zmartwił, cokolwiek, w każdym razie jasne jest, że nie chce, żebym zniknęła z jego życia. Sam mi to daje do zrozumienia.
Pisze do mnie pierwszej z różnymi sprawami. Chce zrobić mi prezent. I sam przyznaje, że sytuacja między nami jest... dziwna.
A teraz jeszcze bardziej, bo... W rozmowach zaczęły się pojawiać... Flirty, jakieś niedopowiedzenia, elementy typu "przytulam Cię", "głaszczę", takie czułości bardziej... Poczułam się trochę, jakbyśmy się zdobywali. Mówił, że nie może się powstrzymać. I wyszło nam, że jest między nami chemia, że nas do siebie ciągnie najwyraźniej. Przewinął się oczywiście temat seksu... A raczej naszej ochoty na niego. Stanęło na tym, by nie analizować, nie zastanawiać się, tylko żeby pozwolić sprawom płynąc - co będzie, to będzie. Mamy się spotkać, umówiliśmy się jeszcze przed rozmowami na temat chemii. Ale muszę przyznać, że jestem nieźle skołowana. Fakt, trochę namieszał, za co zresztą ogromnie mnie przepraszał, ale teraz wygląda na to, że... chyba nie umiemy wyrzucić się nawzajem ze swojego życia. Hm.
Nie mam pojęcia, co myśleć, a nawet czy powinnam poruszać z nim tematy dotyczące ewentualnego powrotu czy naszej relacji... Od tego, powiedzmy, definitywnego rozstania minęły jakieś 2 tygodnie...
Pomocy. Nigdy nie byłam w takiej sytuacji. Może ktoś z zewnątrz spojrzy chłodniejszym okiem na to?