Sytuacja, jak zwykle jest skomplikowana, 7 lat jesteśmy razem, 4 lata po ślubie. Przed ślubem mieszkaliśmy razem i się nigdy nie kłóciliśmy. Po ślubie wszystko się zaczęło, ona teraz mi powiedziała, że pół roku po ślubie miała depresję z tego powodu podobno. Nikt jej nie zmuszał. Jestem porządnym facetem, mam dobrą pracę - prowadzę szkolenia, dobrze zarabiam, nic nam nie brakuje. Nie biję, nie krzyczę, nie upijam się itp. Szanuję ją bardzo, kocham, zabieram w różne miejsca, wychwalam. Słucham, kiedy potrzebuje wsparcia, Problemy pojawiły się , ponieważ musiałem przez dłuższy czas pomagać mojej rodzinie, choremu ojcu i bratu, którzy nie radzili sobie z rzeczywistością. Ona miała prestensje z tego powodu, ale to nie jest tak, że pożyczałem im jakieś wielkie kwoty- czasami po prostu jak brakowało na jedzenie czy rachunek za prąd, to zapłaciłem. Przez to ona zaczęła zwierzać się koledze z pracy, typowy schemat. Znalazłem kiedyś przypadkiem dość erotyczne smsy do tego kolegi, wkurzyłem się, ale nie wrzeszczałem. Chciałem się wyprowadzić, ona mnie zatrzymała i to był mój błąd. Przez to przez miesiąc jej to mocno wypominałem i nie wytrzymała, kazała się wyprowadzić. 2 miesiące nie mieszkaliśmy razem i w tym czasie nawiązała romans z innym kolegą. Potem się wprowadziłem, wybaczyłem wszystko i do zeszłego miesiąca było ok. Sprawdziłem jej billing, znalazłem jakąś podejrzaną sytuację, poprosiłem o wyjaśnienie numeru. Ona go skasowała i powiedziała, że w ten sposób chciała się dowiedzieć jak to zdobyłem. Od tego czasu znowu chce, żebym się wyprowadził, bo ona nie może żyć w atmosferze sprawdzania. Z jednej strony ją rozumiem, ale z drugiej strony wygląda to tak jakby była to próba ataku, bo może zbliżam się do jakieś niewygodnej prawdy. Zarzeka się, że nikogo nie ma i ja też nie wykluczam takiej opcji. Jednak 2 dni temu powiedziała mi, że mnie nie kocha, nie chce ze mną być itp. Zawsze starałem się być dla niej dobry- rozmowy, rozrywki itp- tego na pewno nie brakowało. Jestem osobą wierzącą i nie akceptuję rozwodu. Niestety moja żona oddaliła się od kościoła i wiem, że przez to też mamy problem. Ja jej nie naciskam, ale czuję że łączy się to z tym kryzysem, przynajmniej czasowo.
Ja chcę to ratować, bo przysięgałem jej, że będę z nią do końca, na dobre i na złe. Oczywiście, zdrad tolerować nie będę. Jest wspaniałą kobietą, trochę się w tym wszystkim pogubiła. Zdaję sobie sprawę, że nic na siłę nie zrobię. Podczas kryzysu , gdy nie mieszkaliśmy razem to się bardzo starałem (włączając zorganizowanie kolacji na dachu budynku przy świecach) i potem wprowadziłem się z powrotem- nie była do końca przekonana, ale ja podjąłem męską decyzję. Walczę o nią jak lew, czasami sił mi brak, ale jestem silnym facetem i o to co wartościowe chcę walczyć. Jednak, wiem że są inne teorie na ten temat. Podobno najlepszą walką w takiej sytuacji, gdy ktoś nas odrzuca jest odpuszczenie i pójście w swoją stronę. Wtedy paradoksalnie ta osoba potrafi się otrząsnąć, ale istnieje też ryzyko, że zupełnie się skończy, bo ona jest uparta i dumna.
Proszę o radę, bo dała mi 2 tygodnie na wyprowadzenie i nie wiem jaką strategię przyjąć. Co by na Was Drogie Panie podziałało, żeby zmienić zdanie?

