Cześć.
Nie piszę z reguły postów na forum, ale teraz już sama nie wiem co myśleć - może ktoś spojrzy na moją sytuację chłodniejszym okiem i coś doradzi...
Otóż. Jestem z moim mężczyzną ponad rok. Piękny był to rok, najpiękniejsze uczucie, o jakim nie marzyłam nawet, ogólnie wszystko super. Rozumieliśmy się bez słów, dogadywaliśmy idealnie, dobrze rozumieliśmy - krótko mówiąc, wszystko grało. Miłość.
Aż tu nagle... Poczułam, że zaczęliśmy się trochę oddalać od siebie, on wyznał, że czuje to samo i burza mózgów, co tu na to poradzić. "Zróbmy coś fajnego, przełammy rutynę!" - padła myśl. Super! Na tym stanęło, ale nie mieliśmy okazji zacząć tego realizować, bo... Pokłóciliśmy się, dowaliłam mu dość mocno w czuły punkt, nie chciał gadać i przez te kilka dni ciszy wymyślił sobie, że powinniśmy się rozstać, bo nie zależy mu na mnie w ten sam sposób co wcześniej, ale nadal jestem mu najbliższa i mu zależy na mnie (tak, to "zależy" jest specjalnie w obu tych miejscach). Nie miało to bezpośredniego związku z kłótnią, po prostu zaczął chyba za dużo myśleć.
Wytłumaczyłam mu, że kilka dni na taką poważną decyzję to za krótko i żeby sobie jeszcze to przemyślał. I że miłość to nie są fajerwerki zakochaniowe cały czas, że one mijają i zostaje zaangażowanie, bliskość itd, a to nadal jest. Zgodził się, przytulił, przeprosił, głupio mu było, że wyskoczył tak bez dokładniejszego przemyślenia i ogólnie to ponaprawiajmy to, choć sam nie wie dokładnie co czuje. Po czym poszliśmy pogadać spokojniej i spędziliśmy razem czas, dużo czasu. Z jego inicjatywy.
I nastąpił cudowny dzień, randka, emocje, uczucia, prawie jak na początku związku. I to z jego inicjatywy właściwie. Dążył do bliskości, no ogólnie - wszystko normalnie. Zdecydowanie czuć było i widać, że mu ze mną dobrze i w tym związku mu dobrze i że mu zależy. Nic wymuszonego.
A potem... stwierdził, że ma mętlik w głowie i musi sobie ułożyć wszystko - to, co czuje. I żebyśmy się nie spotykali przez moment, bo jak jestem obok to wpływam na ten mętlik jeszcze bardziej.
WTF?
Dodam tylko w tym miejscu, że to jego pierwszy tak długi związek (chociaż rok trudno nazwać długim) i tak poważny. A z domu wzorców jak powinien wyglądać dobry, fajny związek nie wyniósł, ale do tej pory jakoś to funkcjonowało.
Moją myślą było to, że po prostu stan zakochania minął i przeradzać się zaczął w kolejną fazę.. Ale teraz sama już nie wiem. O co tu chodzi? Ktoś ma jakiś pomysł...?
Oczywiście rozmawiamy i próbujemy to rozwiązać, ale... Może ktoś miał podobną sytuację i coś podpowie?
Edit: chciałam dodać jeszcze jedną rzecz, być może to ważne (moim zdaniem tak). Od jakiegoś czasu on pracuje, a zajęcie to absorbuje go i czasowo, i psychicznie, bywały momenty, że chciałam mu podpowiedzieć, by tę robotę rzucił. Miał naprawdę wiele na głowie, a zaczynał od zera i się uczył. Teraz jakby się unormowało, ale nadal żyje pracą i nasze rozmowy od pewnego czasu toczyły się głównie na ten temat... Tym bardziej, że ja od niedawna też znalazłam nowe zajęcie i się tym jaraliśmy oboje. Może gdzieś zgubiliśmy siebie w tym natłoku nowych obowiązków i wrażeń...