Witajcie,
Kobietki mam problem, który związany jest z otoczeniem w pracy. Pracuję w magazynie logistycznym. Jak wiadomo, w takich miejscach jest duża rotacja. W związku z tym spotykam tam czasami "wybitne" osobowości i multum różnych charakterów.
Ja należę do stałych pracowników, którzy się nie opierdzielają. Szanuję każdą pracę i wykonuję ją jak najlepiej.
Niestety większość osób pracujących tam, przychodzi z nastawieniem " mam wyj****". Dodam, że pracuję w Holandii, więc większość Polaków żyję tam od weekendu do weekendu, grunt, żeby na palenie wystarczyło. Ja mam inny cel. Przyjechałam tu, żeby czegoś się dorobić.
A więc, często bywa tak, że ja nadrabiam, za jedną, dwie...nawet 3 osoby. A one chodzą jak mimozy, tu sobie pogadają, tu posiedzą itp. Nie moja sprawa, każdy odpowiada za swoje podejście do pracy...Niestety, ostatnio zauważyłam, że rodzi się we mnie toksyczne podejście do takich osób. Bo po co oni przychodzą tam pracować, skoro ciągle narzekają i mało co robią. W tym tygodniu mamy urwanie głowy. Jest bardzo dużo pracy, więc ja biegam po 12h i daję z siebie 100%, a dziewczyna obok wygląda jakby spała. Zdenerwowałam się i podczas rozmowy na przerwie wspomniałam osobą, które Nami "kierują", że taka laska się nie nadaję. Inni być może to usłyszeli, ale miałam to w nosie, że jestem kapusiem. W sumie to oni widzą jak ona pracuję, więc tylko zwróciłam im uwagę, żeby jej dali to do zrozumienia.
Błahy problem...być może, ale kiepsko się z tym czuję. Irytują mnie takie osoby i nie potrafię być życzliwa dla nich. A z natury jestem sympatyczną osobą. Teraz staję się aspołeczna przez takie towarzystwo. Nie jest mi z tym dobrze. Nie wiem, może to ze mną jest problem i to ja powinnam mieć wyrzuty sumienia, że zachowuję się nie fair wobec "koleżanek" w pracy? Jak uważacie?
Właśnie takie sytuację rodzą we mnie niezdrowe emocję.