Na początku zaznaczę, że nie jest mi łatwo pisać w ten sposób o TŻ, którego kocham. Jednak stoję przed podjęciem ważnej decyzji, muszę dokładnie wszystko przemyśleć, dlatego potrzebuję Waszych rad.
Z moim TŻ jestem 1,5 roku. On nigdy do hojnych nie należał. Za wspólne wyjścia najczęściej płaciliśmy po równo, prezenty były tylko z jakiejś okazji, na codzień nic sobie wzajemnie nie kupowaliśmy. TŻ mieszka w akademiku, kupuje najtańsze jedzenie, stara się oszczędzić jak najwięcej, mimo że biedny nie jest. Ja wynajmuję mieszkanie, więc większość czasu spędzaliśmy u mnie. Najczęściej fundowałam wtedy jedzenie czy jakiś alkohol na wieczór. Nie upominałam się, żeby oddał mi połowę. To nie w moim stylu, nie tak zostałam wychowana. On natomiast wylicza mi każdą złotówkę. Potrafił 2 tygodnie upominać się o zwrot 15 zł za bilet na pociąg, który kupił mi jak jechaliśmy razem do domu
Do tej pory mi to nie przeszkadzało, ale on wyszedł z inicjatywą wspólnego mieszkania. Naiwnie myślałam, że to coś zmieni Dobrze, że omówiłam z nim wszystkie szczegóły zanim się do czegokolwiek zobowiązałam, bo inaczej obudziłabym się z ręką w nocniku. W czym problem?
Po pierwsze mój TŻ ma zamiar szukać mieszkania pod koniec września, bo przecież on nie będzie na darmo płacił przez wakacje Nic go nie obchodzi, że wtedy jest najtrudniej coś sensownego znaleźć. Po drugie, mieszkanie musi być jak najtańsze, standard przecież jest nieważny. Zapytałam go też jak wyobraża sobie nasze wspólne finanse. Odpowiedział, że możemy rozliczać się po połowie za każde zakupy (chyba bym oszalała od tego liczenia) albo mieć wspólne pieniądze. Oczywiście te wspólne pieniądze można wydawać jedynie na najtańsze artykuły z Biedronki, a wszelkie "fanaberie" typu obiad na mieście, lekarstwa na przeziębienie, podpaski, tabletki anty, bilety na pociąg mam finansować sobie sama Dodam jeszcze, że studiuję dziennie i jednocześnie pracuję, więc często nie mam możliwości jeść w domu tak jak on.
Jestem rozczarowana jego podejściem. nie tak wyobrażam sobie poważny związek, gdzie partnerzy razem mieszkają. Jestem jak najbardziej za wspólnymi pieniędzmi, ale pod warunkiem, ze każdy będzie mógł wydawać je na swoje potrzeby bez rozliczania partnera z każdej złotówki. TŻ proponuje mi życie jak współlokatorzy, a nie jak partnerzy.
Co o tym myślicie, dziewczyny? Czy ja mam wygórowane wymagania w stosunku do partnera, czy mój obacy TŻ jest po prostu sknerą? Widzicie jakąś szansę dla naszego związku, czy lepiej odpuścić nim sprawy zajdą za daleko?