Piszę ten tekst dlatego, że w zasadzie nie mam komu tego powiedzieć i mam nadzieję, że bez względu na odpowiedzi czy ich brak lub nawet jeżeli nikt tego nie przeczyta, to ulży mi trochę. Wiem, że nikt nie jest w stanie zrobić pewnych rzeczy za mnie, ani nawet doradzić, jeżeli sam nie mam siły by działać. Mam niemalże 25 lat, a czuję się jak jakiś dziadek, który ma już prawie całe życie za sobą. Szczerze, to szukałem forum z poradami psychologicznymi sam nie wiem dlaczego, pewnie jest tam we mnie jakiś płomyk nadziei, który nie gaśnie. Trafiłem na forum kobiece, ale co mi tam. Może z Wenus będą bardziej wyczuleni i wyrozumiali.
Nie lubię spierać się kto i jak ma gorzej bo to raczej domena członków mojej rodziny, a i pewnie nie tylko ich. Jednakże trochę przeżyłem na tym świecie. Od patologicznego do bólu ojca przez masę chorób uniemożliwiającą mi normalny kontakt z ludźmi w zasadzie przez całe dzieciństwo, nauczanie indywidualne (aż do pełnoletniości) do apodyktycznej matki i pseudo-konserwatywnej rodziny (która była następnym problemem po wyprowadzeniu się od starego i w zasadzie jest do teraz).
Teraz jestem w zasadzie ?fizycznie? zdrowy i szczerze, to nawet nie widać żebym kiedykolwiek chorował, ale nietrudno zgadnąć, że jestem aspołeczny. Przez pewien okres czasu, gdzieś w okolicach 18 urodzin, bałem się nawet otworzyć drzwi listonoszowi, żeby nie trzęsły mi się ręce przy potwierdzeniu odbioru. Wiem, że dla co niektórych brzmi to dość komicznie, ale przynajmniej dla mnie takim nie było. Po maturze były studia zaoczne bo jakoś trzeba było zacząć, a zważywszy na to co pisałem wyżej, to wydawało mi się to wtedy najlepszym rozwiązaniem. Oczywiście nic z tego nie wyszło. Wytrzymałem chyba dwa dni i wypisałem się. Całe otoczenie łącznie z kierunkiem mnie dobiły i nie było sensu tego ciągnąć.
Nie pamiętam co potem mnie pchnęło. Może dość intensywne kontakty z ludźmi w necie przez ten cały rok nic nierobienia po nieudanych studiach, może coś innego. Pamiętam, że miło się wtedy rozmawiało i chyba to w jakimś stopniu mnie podbudowało. Zaczęło mi się wydawać, że nie jest wcale tak źle. To był jeszcze czas, w którym od niedawna miałem Internet, co też było czymś nowym. Pewne sukcesy w rzeczywistości wirtualnej itd. No myślałem wtedy jeszcze jak dzieciak, to wystarczyło. Wziąłem się w garść. Wybrałem się na kolejne studia i to w dodatku dzienne. Nie wiem czy ktoś, jest w sobie wyobrazić człowieka, który w zasadzie nie miał absolutnie żadnego kontaktu z obcymi ludźmi i nagle porywa się na takie coś. Możliwe, że sam musiałby tego doświadczyć, czego w sumie nikomu nie życzę. Wylewał się ze mnie entuzjazm i motywacja, czemu do dzisiaj nie dowierzam. Z osoby, która nie potrafiła się nawet wysłowić przy kimś obcym, stałem się kimś, kto nie czekał, aż ktoś do niego podejdzie i się przywita, ale sam zawierał kontakty, spajał ludzi i pomagał im znaleźć się w nowym środowisku jakim była uczelnia. Poznałem mnóstwo ludzi, w dodatku niemal na starcie zainteresowała się mną jedna z ładniejszych dziewczyn na roku. Ale po sielance, która trwała niecałe 2 lata, zaczęły coraz bardziej doskwierać 3 znaczące problemy.
Po pierwsze, byłem ?mistrzem? w zawieraniu nowych znajomości, ale miałem już problem w dalszych kontaktach z takimi osobami, tzn. z ich utrzymaniem. Oczywiście nie był on widoczny od razu, ale po miesiącach, a niekiedy nawet po 1-2 latach. Wyczerpywał się temat, a niestety do gaduł też nie należałem. Dodatkowo byłem śmiały w rozmowie z 1-2 osobami, a w grupie zachowywałem się jak dupa. Kontakty zaczęły się psuć. Nie wiem, może ja zacząłem się wycofywać, albo oni wyhaczyli, że ze mną jest coś nie teges. Oni mieli się czym dzielić, o czym rozmawiać, posiadali jakąś tam przeszłość. Respekt i reputacja szybko topniały, ale to nie był jedyny problem.
Drugim była moja naiwność. Przy braku kontaktu z ludźmi człowiek tak czy siak buduje sobie jakiś obraz świata. W moim przypadku taką bazą pod to były książki, filmy, swego czasu czytałem sporo fantasy itd. Wytworzyło się we mnie swego rodzaju filozoficzne podejście do życia, jeżeli można to tak komicznie nazwać. Wierzyłem, że każdy człowiek ma w sobie coś dobrego i bez względu na to jakim jest, czy alkoholikiem lub narkomanem czy też jakimś gorliwym katolikiem, zawsze można jakoś do niego dotrzeć i znaleźć wspólny język. Bo przecież takim się nie urodził, coś musiało go na tą drogę naprowadzić. Nie trudno się domyślić, że z takim podejściem daleko nie zaszedłem. Ludzie widzieli moją naiwność i niepohamowaną chęć pomagania we wszystkim co się dało. Jeśli jeszcze pamiętasz, to wcześniej pisałem o dziewczynie. Walił jej się związek, pomyślałem, że pomogę, tym bardziej, że niemal sama o to prosiła. Nie spodziewałem się, że trafiłem na kogoś, kto lubi się bawić wszystkim wokół i kieruje się bardziej chwilowym widzimisię niż jakąś etyką. No i jebs? męczyłem się prawie 2 lata bo starałem się do niej bardziej zbliżyć, ona natomiast wahała się cały czas między mną a nim. Podczas ich kłótni pełniłem funkcje koła zapasowego. Tak, faktycznie wśród facetów jest masa idiotów, którzy kierują się najczęściej przyrodzeniem, niż mózgiem, ale niestety po drugiej stronie, tzn. płci żeńskiej, też nie brak skrajnych egoistek. Ludzie, to ludzie. Skończyłem z tym, ale niestety załamało to mój system wartości. Nie dość, że nic nie wyszło z nią, to w dodatku cała ta sytuacja narobiła mi wrogów i popsuła wszelkie relacje z innymi ludźmi, co chyba odczułem najbardziej. Jakkolwiek to zabrzmi, po tym męczyła mnie jakaś pustka, więc próbowałem z drugą dziewczyną, potem trzecią. Co mnie jeszcze dziwiło i też trzymało w kupie, nie musiałem się specjalnie starać, a dla człowieka z niską samooceną, to prawie jak balsam dla duszy. Oczywiście każdy kolejny ?związek? kończył się w bardzo szybkim czasie. Kto będzie z gościem, który nie potrafi nawet wypchnąć/wykręcić korek z wina? Wiem, upraszczam, nie chodzi o taki pierdół, ale zebrawszy dziesiątki, setki takich "pierdół" wyobraźcie sobie jak to wygląda... Dzieciaki mają jakieś doświadczenie w gimnazjum, liceum, ja nie miałem. Wszystko niemalże ogarniałem na żywca, improwizowałem, robiłem co mogłem, ale nie ważne jakbym się starał, zawsze zostanę "zdekonspirowany".
Trzecim problemem, o którym już wspominałem była moja rodzina. Mama sama popełniła mnóstwo błędów w życiu i teraz ma obsesję (nie przesadzam), na punkcie tego bym, to ja nie zrobił czegoś podobnego. Mianowicie, najlepiej nauka, potem praca, dom i nic więcej ? ?amisze?? Był swego czasu taki, mogę to chyba tak nazwać, okres buntu, ale co mi po nim jeśli nawet wtedy obarczony byłem masą restrykcji, już nie będę pisał jakimi. Żal mi nawet patrzeć potem jak się zadręcza, tym bardziej, że wiele dla mnie zrobiła.
Teraz tułam się bez celu. Moje życie wygląda tak: wstaje rano, idę na uczelnie, wracam z uczelni, komp, film, spać. Co dzień to samo, z tym, że w dniach wolnych od studiów trzeba wyciąć pobyt na uczelni, który z resztą wygląda tak, że pojawiam się na zajęciach i zbieram się zaraz po ich zakończeniu. Wszyscy traktują mnie jak powietrze, to też się tak zachowuję. Niska samoocena totalnie mnie załamuje. Jeżeli trafi mi się nawet w danym dniu coś sympatycznego, to i tak zaraz zawalane jest wielką kupą syfu, tak, że nawet o tym zapominam. Najgorsze jest to, że zaczynam się do tego przyzwyczajać. Jak tak dalej pójdzie, to w wieku, powiedzmy, 40 lat skończę sam na chacie (bo nikt wiecznie nie żyje, nie ma co się oszukiwać), z ? to jeszcze w najlepszym wypadku ? pracą za 1500zł, kompem i jakimś pieskiem, albo kotkiem. Nikt się do mnie nie odezwie bo po co? Od dłuższego czasu sam omijam ludzi także?
Owszem kumpluje się z jedną paczką (3-4 osoby), też zresztą sfrustrowanymi w większości, ale nawet im o wiele bliżej do normalności niż mnie. Czasami mam nawet wrażenie, że mają mnie dość, ale chociaż można się do nich przysiąść i nie zjedzą mnie po tym.
Ostatnio, co było dla mnie chyba pierwszym pozytywnym szokiem tego nowego roku i bardzo wątpię, żeby coś chociaż podobnego w skali jeszcze mi się w nim zdarzyło, dowiedziałem się, że jakaś dziewczyna ma mnie od dłuższego czasu na celowniku (if you know what i mean). Nie powiem, miło takie rzeczy słyszeć, nikt mi nie zaprzeczy. Ale? ona nieśmiała boi się nawet zagadać + problemy wyżej + brak, ale to kompletny, motywacji + niska samoocena = rzeczywistość.
Fajnie jeśli ktoś to przeczytał, już samo napisanie tego w jakimś tam stopniu mi pomogło. W realu raczej nikomu bym się z takich rzeczy nie zwierzał. Sporo widziałem, sporo przeżyłem, nie mam zaufania do ludzi, nawet do tych najbliższych. Zawsze jeżeli zaczynam uchylać wieko, to mam wrażenie, że potem ich nastawienie względem mnie się zmienia.
Po prostu, to olbrzymie, błędne koło. Każda chęć zmiany jest wypierana przez masę problemów. Nie jestem ani Di Caprio, ani Da Vinci, chociaż pewnie nieco bliżej byłoby mi do tego drugiego, ale uważam, że to raczej nie wygląd (tak jak kiedyś myślałem), zaważa o całym tym bagnie, ani nawet nie jest głównym czynnikiem. Przez ten cały bajzel wciskałem sobie kit, że może właśnie, to jest jakiś większy powód moich porażek. Już samo to, co napisałem wyżej chyba temu przeczy. Po prostu nie potrafię się znaleźć wśród ludzi i tyle? nie potrafię się nawet wybronić z głupiej słownej gry na żarty w towarzystwie. Czuję się wtedy jakbym dostał granatem dźwiękowym. Pewnie to nic, ale ludzie na ogół wyłapują takie rzeczy. Zdarzy się raz, drugi, trzeci... żarty, półżarty. Stąd moje zdziwienie tą dziewczyną, która ostatnio się mną zainteresowała. Zna mnie w zasadzie z widzenia i obawiam się, że tylko dlatego w ogóle przyszło jej to do głowy. Mam jeszcze kilku "zwolenników", może naopowiadali jej jakichś pozytywnych bzdur (oni się akurat znają) i wyobraża sobie, że nie wiem kim jestem. Miałem już raz taką sytuację, co prawda z inną dziewczyną, ale po tym jak mnie bliżej poznała, to się po prostu wycofała. Jak ja czasami zazdroszczę tym wszystkim ludziom, typu Kuba Wojewódzki, którzy potrafią chrzanić od rzeczy. Przynajmniej nie muszą się męczyć takimi sytuacjami.
W razie rad, dzięki, wszystkiego próbowałem? jeżeli się sam nie zbiorę w sobie, to nawet nie warto się za to zabierać, a niestety nie zanosi się.
Dziękuję za przeczytanie mojej historyjki.
Pozdrawiam wszystkich