Dzisiaj miał miejsce zamach terrorystyczny w Paryżu w redakcji satyrycznego magazynu "Charlie Hebdo". Trójka muzułmańskich zamachowców zastrzeliła w trakcie zebrania redakcyjnego ośmioro dziennikarzy, w sumie zginęło 12 osób (w tym policjant). Cztery osoby nadal walczą o życie. Napastnicy krzyczeli, że chcą pomścić proroka.
Zastanawiam się, do ilu tragedii musi jeszcze dojść, aby Europa Zachodnia ocknęła się wreszcie i zrozumiała, że swoją bezmyślnością i wieloletnim przyzwalaniem na osiedlanie się mieszkańców spoza granic Europy, dopuściła do utworzenia gigantycznej komórki dżihadystów pozyskujących nowych działaczy.
Weźmy na widelec taką Francję, skoro to o niej mówi dzisiaj cały świat. Dopiero co ukazywały się głośne artykuły i wołanie o pomoc zrozpaczonych rodziców francuskich nastolatków wyjeżdżających masowo do Syrii czy Iraku. Jakoś nie zauważyli, że miesiącami ich dzieci były rekrutowane na wojnę... najpierw zmieniły wyznanie, potem zaczęły nosić burki i odprawiać pięć razy dziennie modlitwy, a na koniec wyszły z domu i z biletem w jedną stronę opuściły Europę, aby któregoś dnia może powrócić, aby rozsadzić jakiś plac ze swoim nowopoślubionym mężem.
Ja jestem tolerancyjna, nawet bardzo... ale nie będę teraz udawać, jak to bardzo współczuję i wznoszę modlitwy za Francję. W żadnej innej stolicy europejskiej nie widziałam tylu muzułmanów co tam (a trochę ich zwiedziłam - wniosek jest zresztą jeden, pełno ich na każdym kroku). Nigdzie nie ma takiego problemu z imigrantami jak we Francji. Jednocześnie nie będę mówić, jakie to nieszczęście spotkało tych dziennikarzy, bo doskonale ich kojarzę, podobnie jak samą gazetę i ich rysunki były wielokrotnie prowokacjami, że każdy trzeźwo myślący człowiek przy każdej kolejnej aferze z nimi w roli głównej myślał: któregoś dnia się doigrają, kwestia czasu.
Oczywiście to co miało dzisiaj miejsce jest godne pogardy i największego potępienia, ale to nie pierwsza taka sytuacja i z pewnością nie ostatnia.


