Cześć, jestem tutaj nowy wiec przepraszam jeśli to nie ten dział. Mam 22 lata i nie miałem jeszcze do tej pory żadnej dziewczyny i nigdy się nie kochałem z kobietą. Będąc w podstawówce i gimnazjum, nie chciałem mieć dziewczyny, gdyż widziałem związki moich rówieśników i trwały one góra kilka tygodni. Potem następowała zmiana partnera/partnerki na kilka kolejnych tygodni. Dlatego nie pchałem się w związek, gdyż nie i tak długo by nie przetrwał. Z drugiej strony bałem się też trochę reakcji rodziców, no bo dziewczyna w tak młodym wieku? Potem gdy trafiłem do technikum mechanicznego, w klasie nie było żadnej dziewczyny, same chłopaki. Co prawda w innych klasach się uczyły, ale albo mi się nie podobały, albo były za przeproszeniem "pustymi" dziewczynami. W między czasie służyłem jako ministrant w kościele parafialnym. Gdy byłem już w drugiej klasie technikum, do kościoła na mszę niedzielną zaczęła przychodzić o 5 lat młodsza ode mnie dziewczyna (chodziła wtedy gdzieś do pierwszej gimnazjum) aby czytać czytania. Wtedy też się w niej zauroczyłem. Widywałem się z nią praktycznie tylko co tydzień właśnie w kościele, tak więc za dużo my nie rozmawiali ze sobą, ale zawsze była miła, z rozmowy wydawała się być ułożoną dziewczyna i wartościowa. Powoli zacząłem się w niej zakochiwać. Od razu wbiłem sobie do głowy, że nigdy (a przynajmniej jak najmniej) nie spojrzę na nią jako na obiekt pożądania i w zasadzie tak jest do dzisiaj, po prostu od razu zacząłem ją wtedy szanować. Nie chciałem wtedy próbować jej prosić aby została moją dziewczyną no bo była młodsza o 5 lat. Miałem wtedy na uwadze to, co mogą powiedzieć jej rodzice, gdy dowiedzą się, że ma o tyle lat starszego chłopaka. W sumie myślałem wtedy, że mogą pomyśleć o mnie jako o zboczeńcu, więc postanowiłem jeszcze poczekać. Gdzieś po dwóch latach, dowiedziałem się, że ma jakiegoś chłopaka. Z doświadczenia nabytego w młodszych latach, pomyślałem sobie, że ten związek i tak długo nie przetrwa, a więc można powiedzieć, że miałem cichą nadzieję, że kiedyś moglibyśmy być razem. Niestety są razem do dziś. I ja nadal jak głupi czekam na jakiś cud. Już od około 6 lat jestem zakochany i z każdym rokiem coraz bardziej. Chyba zakochany, albo bardzo zauroczony, ale praktycznie nie ma tygodnia w którym bym o niej nie myślał. Nigdy jej nie powiedziałem, że się w niej kocham, nawet nie dałem tego po sobie znać. Nawet nie wiem czy ona coś czuje do mnie. Jednak czasem są takie momenty, w których wydaje mi się, że w głębi coś do mnie odczuwa. Ale nie zaryzykuję aby zapytać lub spróbować odbić, bo nie chcę niszczyć nikomu związku. Ale wydaje mi się, że gdyby on ją teraz zostawił to byłbym 1 w kolejce do jej serca.
Nie wiem co teraz mam robić. Rodzina zaczyna martwić się, że jeszcze nie mam dziewczyny, a o tym zakochaniu nikt nie wie. Ja też w sumie nie szukam nikogo, bo boję się że się już z jakąś inną zwiąże to oni się wtedy akurat rozejdą. Zdaję się, że tak będę czekał do ich ślubu
Czasem zastanawiam się czy jej w prost nie zapytać, czy coś między nami jest. Może ona też czeka na jakiś znak z mojej strony. Ale boję się, że nic do mnie nie czuje i wyjdę tylko na idiotę. I jak jej spojrzę wtedy w twarz? Pewnie to co piszę, uznacie za głupotę, bo jak można czekać na coś co i tak się nie zrealizuje. Pewnie uważacie, że powinienem już dawno znaleźć inną dziewczynę. Ale w głębi serca czuję, że ona pasuje do mnie i dobrze razem byśmy się dogadywali - że ona jest dla mnie ideałem i tą dziewczyna na którą czekam i z którą mógłbym być na dobre i złe...