Witam, forumowicze. Ostatnio sporo myślałam nad pewną kwestią, mianowicie proces zmian w ludzkiej osobowości. Moim zdaniem to jest niezwykłe, nadzwyczajne. Tak naprawdę w życiu nie jesteśmy tylko "sobą" - jesteśmy kilkoma postaciami. Nie, nie mam tu na myśli rozdwojenia jaźni
Mam na myśli tę długą drogę, jaką każdy przechodzi i jaki wpływ ona na nas wywiera. Ja się bardzo zmieniłam przez ostatnie kilka lat. Kiedyś byłam zadufanym w sobie "gimbusem", miałam wrażenie, że cały świat należy do mnie i nie muszę się o nic starać, bo jestem wyjątkowa. A teraz zupełnie inna osoba - pewniejsza siebie, nie przejmująca się zupełnie opinią innych. Kiedyś bała m się wyjść do sklepu, teraz sama latam po galeriach i nie robi to na mnie wrażenia. Kiedyś myślałam, że jestem wybrańcem losu, teraz wiem, że muszę ciężko pracować na swój sukces i robić swoje, bez względu na to co powiedzą lub pomyślą inni, bo tylko w ten sposób coś osiągnę. Nie zachowuję się już jak królewna, drąca japę małolata zatruta eliksirem hormonów
Pewnie znacie to uczucie - bycie nastolatkiem, idealizowanie świata, tworzenie jego perfekcyjnego obrazu w swojej, nie oszukujmy się, jeszcze tępawej makówce
A potem człowiek staje się spokojniejszy, docenia znaczenie ciężkiej pracy i zaczyna rozumieć, że życie to nie jest kolorowa bajka i nic nie przychodzi łatwo - tak było w moim przypadku. Jestem wobec siebie surowa, krytyczna, ale potrafię podejść do życia spokojnie i racjonalnie, bez nadmiaru emocji i umiem sobie radzić dzięki determinacji i ciężkiej pracy, którą wkładam we wszystko co robię. Poza tym, przestałam się przejmować opinią innych - jako dziecko wstydziłam się pójść do sklepu. Teraz mam wszystko głęboko, czekam co przyniesie następny dzień i nie przejmuję się jękiem ludzi narzekających na moje przedsięwzięcia
Zmiana na lepsze. Czuję, jakbym zrzuciła z siebie ciężar. Bardzo zmądrzałam. Mam świadomość, że inni ludzie nie są idealni i nie wypadam blado na ich tle. Nie wstydzę sie uśmiechnąć w autobusie, gdy coś mi się przypomni, albo zagadać do dawno nie widzianej koleżanki. Co z tego, że ona może pomyśleć"ale idiotka z niej", mnie to nie obchodzi, bo nie slyszę jej myśli i nie jestem aż tak odpowiedzialna za opinię, którą wyrabia sobie na mój temat
Co czego zmierzam? Do tego jak można się zmienić w okresie nastolatek-młody dorosły, jak pewne negatywne wydarzenia kształtują naszą osobowość, "utwardzają" charakter? Jakie są wasze doświadczenia w tym temacie? Ja nie mogę zbyt wiele powiedzieć, bo mam 21 wiosen i może za kilka lat przeczytam ten post i pomyślę"Boże, dziewczyno, co Ty wypisywałaś po internetach jakieś bzdety, a teraz trzeba zrobić mężowi obiad.."
Bo człowiek się zmienia! Tylko jak?
Masz dopiepo 21 lat i sama sobie dziwisz się, że z zahukanej dziewczynki z warkoczykami, zmieniłaś się w świadomą własnego "ja", otwartą na ludzi i otoczającą Cię rzeczywistość młodą kobietę?
I tak być powinno z każdym człowiekiem.
Ja też, zanim nie rozpocząłem nauki po podstatówce, w innym mieście, byłem niemiłosiernym maminsynkiem z kompleksem własnej urody, nieśmiałym pierdołą.
Ale, tak naprawdę, dopiero wojsko zmieniło mnie radykalnie.
Stałem się samodzielnie myślącym człowiekiem, który uwierzył (dzięki miłości również), że mogę mieć "swój kawałek podłogi" na tym zwariowanym świecie.
Potem praca (służba - jak zwał, tak zwał), która (według wielu znajomych) zrobiła ze mnie nieczułego na ból innych, zimnego człowieka.
To bzdura, ale jednak widok tylu tragedii, które dane mi było oglądać, uodpornił mnie chyba jedynie na zbędne uzewnętrznianie uczuć, które mną targają.
No, cóż.
Teraz jestem emerytem i czytam sobie książki, bo wreszcie mam na to czas.
No i jak, Seymour, wystarczy?
Mówi się, że człowiek zmienia się co 7 lat
Czasem gdy dopadają mnie egzystencjalne przemyślenia również dostrzegam zmiany w swojej osobowości, szczególnie na przestrzeni ostatnich 10 lat, to co było dekadę temu, a to co jest teraz...w zasadzie porównania nie ma. Z perspektywy czasu uważam, że to zmiany na lepsze, życie uczy, weryfikuje, zmieniają się priorytety, oczekiwania, potrzeby...jednakże jestem zdania, że ten młodzieńczy okres na swój sposób jest piękny, nierealne ideały, marzenia, plany i ta młodzieńcza energia....
co prawda od zawsze byłam i jestem do dziś idealistką (choć ideały od tamtego czasu się zmieniły
), ale sposób postrzegania świata i ludzi zmienia się diametralnie...
Działaniem, przezywaniem, szukaniem nowości, zmuszaniem do wybicia się ze złego przykładu który wytworzyły nasze doswiadczenia/przeszlosc. Wyrzucaniem tych idealizmów, przekonan, które wpajają nam nawet rodzice myśląc że są dobre (z reszta emocje rodzicow tworzą nas). O tym co spolecznie wazne wg mas to juz nie wspomne. Dowiadujemy sie caly czas nowych rzeczy, ktore nas zmieniają, ale zanim przejdziemy prawdziwa przemiane to trzeba teorie przeniesc w praktyke. Mamy rozna osobowosc, bo rodzimy sie w innym srodowisku - ale mozemy przejsc do innego i się dostosować. Człowiek naprawde ma duze mozliwosci adaptacyjne, ale nic tak nie buduje charaktaru jak przeżywanie zmian, wychodzenie z kryzysów i obalanie mitów, dowiadywanie się czego sie chce (choc moralnie byłoby fajnie nie kosztem innych, a to jest popularne). Nie poddawanie się nim. Jak sie czegoś boisz to to zrób. Jesli tworzą nas emocje, to nawet głupia reklama moze nas zmienic. Pooglądamy ją i zaczynamy np lubić coś co zareklamowano, idziemy w jej kierunku. Podobnie z nowym typem chłopaka. Nie znałaś takiego, nie chciałaś - a emocjonalnie jednak przekonałaś się. Nowe doswiadczenie, zerwanie ze starym nawykiem, a nawet nałogiem (bo często powtarzam, ze ludzie mylą i pragną miłości uzalezniającej, toksycznej jako wyznacznika tej prawdziwej). Tylko powielanie starych wzorców - czesto błędnych - powoduje stanie w miejscu lub cofanie (bo to w sumie jednoznaczne). Jako mlody czlowiek jestesmy zmuszani do zmian, rzucani tu i tam, a mamy w głowie totalną pustkę, zero własnych poglądów, więc uczymy się. Jako dorosły tylko dopracowujemy to, bo mamy bazę, jest to wolniejsze. Juz samo stawanie sie dojrzalszym to krok do zmian, aczkolwiek nie mozna pozostawic tego samego sobie, bo pamietajmy ze przemiana dziecka w dorosłego to naturalny proces, a reszta zalezy juz tylko od nas. Nawet to, że coś tracimy pozwala nam to docenić. Jest sporo takich rzeczy, które kształtują nam obraz tego co jest naprawde ważne i kim jesteśmy. Wszystko jednak zaczyna się od działania.
No i jak, Seymour, wystarczy?
Owszem
Po nicku wnioskuję, że byłeś policjantem.
Smutne i tragiczne byłoby, gdyby człek "stał w miejscu" i się nie rozwijał...
Bo przecie owe "zmienianie się człowieka przez całe życie" to rozwój... Ontogeneza?
Że nie wspomnę o rozwoju jako gatunku
... być (wciąż
) jaskiniowcem?
Mówi się, że pewna w życiu jest śmierć i podatki
Cała reszta podlega nieustannym zmianom. Zgadzam się z Anhedonią - niezmienność człowieka oznacza brak rozwoju, stagnację.