Zostawił mnie chłopak, rozpaczałam, wreszcie stanęłam na nogi, wzięłam się za siebie i byłam szczęśliwą kobietą zdaną tylko na siebie.
Aż bach, stało się! Poznałam chłopaka, który mnie zauroczył. Nie ufałam mu, podobał mi się wizualnie, chciałam zrobić to, czego nie zrobiłam nigdy wcześniej - po paru spotkaniach po prostu iść z nim do łóżka. Tego naprawdę potrzebowałam. Spotykaliśmy się, zawsze on proponował wszelkie spotkania, przespaliśmy się 2 razy, a spotykaliśmy się coraz częściej, kawa, piwo, spacer, dużo rozmawialiśmy.
Traktowałam go dość przedmiotowo. Po zerwaniu z byłym stałam się oschła i nie chciałam się angażować, chciałam tylko przeżyć przygodę. Traktowałam go, aż wstyd się przyznać, tak: seks, spotkanie, rozrywka, dowartościowanie się, ćwiczenie rozmów w języku angielskim (jest obcokrajowcem), poznanie innej kultury, zabicie wolnego czasu. Bardzo go polubiłam, ale wciąż byłam zimna, dawałam mało od siebie, bo w sumie po co więcej, po co miałam mu ufać? Wiedziałam, że lubi balety, że często całuje nowo poznane dziewczyny na imprezach (mnie nie od razu, uf, nawet nie próbował), że takiemu niezbyt można ufać.
Zaczęło się to powoli zmieniać. Kiedy byłam chora po prostu przyszedł mnie odwiedzić. Zaczął sprzątać u siebie, gdy dowiedział się, że lubię porządek, zaprosił mnie na obiad, który sam przy mnie gotował. Dużo się śmiejemy, polubiliśmy się, ale ja nadal nie dawałam nic od siebie, mimo sporadycznego seksu - nie chciałam się przytulać i prawić słodkich słówek.
Pewnego razu bardzo go olałam. Spotkaliśmy się "prawie przypadkiem" na imprezie, on się ucieszył, pocałował, chwycił mocno za rękę, prowadził na parkiet, ja specjalnie go puściłam. Zgubiłam go, bo chciałam wolności, bo chciałam tańczyć sama.
Potem szukałam go wszędzie, ale go nie było. Wkurzył się, a ja miałam wyrzuty sumienia.
Zaproponował spotkanie. Powiedział, że między nami to chyba nie działa. Pomyślałam: "Oczywiście, od seksu się zaczęło, nie jest przyzwyczajony do związków, nie jestem zdziwiona". Trochę zabolało, ale pomyślałam, że tak w sumie będzie lepiej. Okazało się, że... to nie coś w rodzaju rozstania, tylko... On oczekuje ode mnie czegoś innego, czegoś więcej, chce zaangażowania, bo widzi, że już nie jestem nim tak zainteresowana jak na początku, że nie proponuję spotkań. Że on chce to kontynuować, ale chce więcej ciepła i jeżeli się otworzę to zobaczymy co dalej. Chce częściej ze mną gdzieś wychodzić, coś robić wspólnie.
No i stało się. Spotykamy się. Nie jesteśmy parą. Generalnie nie chcę tego nazywać, jest dobrze jak jest, coraz bardziej się wkręcam ale wiem też, że bez tego się obejdę (póki co...). Bardzo się lubimy, dużo gadamy, śmiejemy się, jesteśmy sobie bliscy.
On mówi, że dawno tak nie miał, że spotykał się z jedną dziewczyną. Ja wciąż biorę jego słowa z przymrużeniem oka, ale wiem też, że nie jest robotem, że faktycznie może mieć jakieś uczucia...
Nie wiem co dalej, bo sama nie wiem czy chcę się angażować.
Rozmawiamy na ten temat, że może coś z nas być, ale wszystko w życiu się zdarzyć może i równie dobrze może nie wyjść. Ja sama mówię, że pożyjemy - zobaczymy. Może za dużo analizuję?
Opisałam to by zapytać jak wygląda to z boku. Czy mu naprawdę może zależeć czy naprawdę mogło się tak stać, że nagle chce poczuć trochę ciepła, bliskości i takiej miniminimini formy miłości?