Witam wszytskich, to mój pierwszy post. Mam 27 lat i za sobą kilka średnich związków. Wiem, nie brzmi to szczególnie ciekawie i wierzcie mi nigdy nie spodziewałam się, że będę musiała pocałować tyle przysłowiowych ?żab.? Nie pomaga też fakt, że mieszkam w UK a moim zdaniem ciężko tu o mężczyzn z systemem wartości podobnym do naszego...
Wydaje mi się, że mam problem ? ale sama już nie wiem czy jest związany z brakiem szczęścia w miłości czy z moją własną psychiką. Cztery (!) moje związki z Anglikami zakończyły się niepowodzeniem. Myślę, że jeden z nich nie wypalił dlatego bo ja i partner byliśmy kompletnie niedopasowani, drugi był świetny ale odeszłam bo dużo pił, za to dwa pozostałe?
Wydaje mi się, że obaj ci mężczyźni poważnie o mnie myśleli ? obaj powiedzieli mi, że chcą znaleźć żony, obaj pojechali ze mną do Polski by poznać moją rodzine, z obydwoma spdziłam razem wakacje, zabierali mnie wszędzie gdzie chciałam. Jednak ja po prostu nie potrafiłam być szczęsliwa.
Oni mieli zbyt ?luzackie? podejście do tematu związku ? mimo wielkich słów i tak zajmowało im zwykle po parę godzin by nawet odpisać na sms, albo się spóźniali, albo anulowali plany na ostatnią chwilę. Nie było to może zachowanie nagminne, ale dające się jednoznacznie zauważyć. Nawet po 7 miesiącach spotykania się NIGDY nie spędziliśmy razem 3 wieczorów pod rząd, 2 pod rząd to była OGROMNA rzadkość i jeden z nich raczej nie cały wieczór tylko ?odwiedziny? (wcale nie na sex, nie myślcie sobie ? on po prostu przyjeżdżał, pogadał, odjeżdał bo jutro miał pracę...)
Stopniowo zaczeło mnie to irytować, ciągle chciałam więcej, ale starałam się to tłumić w sobie aż nadchodził dzień ?wybuchu? gdzie wyrzucałam z siebie wszytsko i to w mało elegancki sposób. Gdy jestem zła potrafię być naprawdę wredna i ranić do szpiku kości, wyciągne wtedy na wierzch coś najbardziej personalnego i zaprezentuje w takim świetle, że druga strona czuję się bardzo upokorzona. Takie emocjonalne walki mogą ciągnąć się ze mną nawet z godzinę, gdzie rzucam raniące teksty, czasem krzyczę lub płaczę jak nienormalna.
Zwykle taki kilkumiesięczy związek potrafił przetrwać parę ?wybuchów? ale z biegiem czasu albo nic sie nie zmienia albo jest coraz gorzej, ja analizuje wszytsko non-stop, mam czarne scenariusze w głowie, wymagam więcej czasu spędzonego razem, szerości, otwarcia co JAK WIEMY skutkuje tylko reakcją odwrotną. Wiem o tym wszytskim na poziomie logiki ale nie potrafię po prostu powstrzymać tego fatalistycznego filmu, zawsze gdy próbuje stłumić ?atak? te uczucia powracają ze zdowoja siłą parę dni później.
Strasznie się boję, że przez moją osobowośc nigdy nie znajdę nikogo kto wytrwałby przy mnie ? co jest chyba najgorsze. Niektóre dziewczyny narzekają, że nie mogą nikogo poznać ? a ja mam takie szczęście, że poznaję dobrych acz może nieco oziębłych ludzi, którzy naprawdę chcą coś poważnego a SAMA ich odpycham przez jakąś umysłową psychozę, ciągłe nerwy...
Myślę, że pisze tu bo chciałabym uzyskac opinię od kogoś postronnego, niezaangażowanego w moje życie. Kogoś kto może przeżył kiedyś to samo i jakoś ?wyszedł? z tego stanu i mógłby poradzić jak to zrobić...
Bardzo proszę o poradę. Na chwilę obecną czuję się głodna miłości ale też tak bardzo zmęczona... Marzę o kimś kto zaakceptował by mnie taką jaką jestem ?
Ciężko jet tu mówić o akceptacji. Nie wydaje mi się by ktoś zaakceptował takie "wybuchy". Czasami każdemu się może to zdarzyć- rozumiem, ale nie do takiego stopni, że ranisz tak mocno drugą osobę. Sam byłem w takim związku: Nie raz dziewczyna pisała jakim to jestem sk*****, że mnie nienawidzi, wszystko sobie odwracała tak by wina była zawsze moja. Kochałem ją, ale ileż można- tak się nie da żyć z drugą osobą!
Księcia z bajki nigdy nie znajdziesz, bo ideałów nie ma. Ja jestem zdania, że kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.
Oczywiście życzę Ci jak najlepiej
Musisz popracować nad sobą, a napewno wszystko zacznie się układać.
A Ty akceptujesz w sobie tą złośliwość i to ranienie ludzi? Jesteś zadowolona z tej cechy? To tak jak ktos w innym wątku pisał. Nie lubi ludzi, a mimo to ma problem że oni jego nie lubią. To jest ta cała logika. Ranisz, a chcesz być kochana. No badzmy powazni.
Rozwalasz związek z 2 powodów
- wady własne - eliminuj, szukaj przyczyn
- wady partnera - niedopasowanie które nie idzie lepiej dopasować (brak chęci u jednej/dwóch stron)
Ciężko jet tu mówić o akceptacji. Nie wydaje mi się by ktoś zaakceptował takie "wybuchy". Czasami każdemu się może to zdarzyć- rozumiem, ale nie do takiego stopni, że ranisz tak mocno drugą osobę. Sam byłem w takim związku: Nie raz dziewczyna pisała jakim to jestem sk*****, że mnie nienawidzi, wszystko sobie odwracała tak by wina była zawsze moja. Kochałem ją, ale ileż można- tak się nie da żyć z drugą osobą!
Księcia z bajki nigdy nie znajdziesz, bo ideałów nie ma. Ja jestem zdania, że kocha się pomimo czegoś, a nie za coś.Oczywiście życzę Ci jak najlepiej
Musisz popracować nad sobą, a napewno wszystko zacznie się układać.
Dziękuje Kacper, myślę że w tym co mówisz jest wiele racji i faktycznie, jestem chyba taką dziewczyną jak Twoja była. Znałam w życiu paru mężczyzn, którzy potrafili zaakceptować moją wybuchowość - zwykle sami mieli jakiś problem (jak np pan co zbyt dużo pił) ale zawsze (czy to kwestia przeciwieństw?) najbardziej imponowali mi ci przystojni, ułożeni, wręcz pedantyczni...
Mój post napisałam koncentrując się na własnych wadach, ale myślę że oni też mieli zachowania trudne do zaakceptowania. Myślę, że nieważne ile się nad sobą pracuje (wierz mi, próbowałam) tak trzon psychiki pozostaje taki sam. Myślę, że nie można stłumić w sobie naturalnych odruchów ale być może można je "kanałować" tak by też fajnie współgrać z resztą świata.
Poza tym nie wiem jak zakomunikować komuś, że jest mi przykro gdy spędzamy razem mało czasu albo gdy moje smsy są ignorowane godzinami bez stwarzania od razu okropnej, dramatycznej atmosfery.
Co do mojego ostatniego partnera - faceta pod pewnymi względami cudownego, mówiącego o rodzinie i dzieciach ze mną - on odszedł ode mnie by powrócić po paru mięsiącach, gdzie zasypywał mnie obietnicami z gwarancją "na zawsze", że jestem jedyną... W czasie gdy ja nie mogłam się długo zdecydować czy do niego wrócić, on zaczął flirtować z moją najlepszą przyjaciółką (bo wiedział, że wtedy nie rozmawiałyśmy.) W końcu się z nim zeszłam, ale nigdy nie mogłam zapomnieć... A gdy już byliśmy razem znalazłam też w jego telefonie sms do serwisu prostytutek...
A Ty akceptujesz w sobie tą złośliwość i to ranienie ludzi? Jesteś zadowolona z tej cechy? To tak jak ktos w innym wątku pisał. Nie lubi ludzi, a mimo to ma problem że oni jego nie lubią. To jest ta cała logika. Ranisz, a chcesz być kochana. No badzmy powazni.
Rozwalasz związek z 2 powodów
- wady własne - eliminuj, szukaj przyczyn
- wady partnera - niedopasowanie które nie idzie lepiej dopasować (brak chęci u jednej/dwóch stron)
To interesujące zapytanie - nie powiem, że to 'akceptuje' bo po każdym wybuchu mam okropne wyrzuty sumienia... Ale w czasie tego haju emocjonalnego faktycznie czuję jakąś perwersyjną satysfakcję. Myślę wtedy, że oto rzucę dla tego osobnika trochę światła na to kim TAK naprawdę jest - co oczywiście mija się z celem- a, że jestem osobą która w całej swojej emotywności jest też diabelnie logiczna, wszystkie negatywne, nasączone jadem argumenty jakie rzucam wydają się mieć bardzo solidną podstawę przyczynowo-skutkową.
W każdym wypadku, dziękuję za opinie i jak znajdziesz ten wątek to proszę daj linka.
6 2014-11-18 20:51:55 Ostatnio edytowany przez szarykotek (2014-11-18 20:56:37)
Karina, ja również zgadzam się z Kacprem. Jesteś świadoma swoich wad, masz nad czym pracować i masz doświadczenia, które Cię ubogacają i dają niesłychane możliwości do głębokiej analizy. Ale powiem Ci coś na otuchę.
Też trafiałam na podobny typ facetów, o których pisałaś. Niby dobrzy, ale jakoś tak średnio zaangażowani, ja oczekiwałam innego związku, mówiłam o tym, czasem wybuchałam - nic się nie zmieniało z ich strony, podobny scenariusz. Spotkania nie w takiej ilości jakbym chciała, kontakt nie taki jakbym sobie życzyła... nie wyzywałam nikogo, ale kłótnie były mniej więcej z tych samych powodów.
No i aż do teraz. Kilka miesięcy temu poznałam kogoś, kto ma takie same oczekiwania od związku i życia jak ja, te same priorytety, system wartości. I wiesz co? Bałam się, że znowu się schrzani z tych powodów, a tu hopsa...mój mężczyzna zaangażował się bez żadnego ale.
Pragnie spotykać się tak często jak ja, mamy te same plany, te same widoki na przyszłość. Oczywiście każde szanuje swoją prywatność, ale nikt z nas nie ma problemu bo spędzimy razem kilka dni, wręcz przeciwnie - lgniemy do tego i nawet gdy nie widzimy się dłuższy czas to małymi gestami okazujemy sobie, że pamiętamy, że się o siebie troszczymy, martwimy, wspieramy. Nie ma całych dni oczekiwania przy telefonie, bo np. napisałam smsa rano - potrzebowałam wsparcia, a on za 12 godzin od niechcenia odpisze. Nie, ten gość pisze do mnie nawet gdy jest cholernie zajęty pracą. Minuta nigdy go nie zbawi. Podczas gdy poprzedni partnerzy już na początku związku wcale tak ochoczo nie spędzali ze mną czasu, zawsze jakieś dziwne wydarzenia stały na przeszkodzie by odpisać na głupią wiadomość (tak jak u Ciebie).
Kłócimy się, owszem, nie ma przecież ideałów, lecz to nie są kłótnie wyniszczające. I nawet jak jest między nami ostrzej, to nie zaśniemy bez miłego słowa, choć czasem boli przyznanie się do błędu, ale dla niego chcę to robić. Zero wybuchów, emocjonalnej huśtawki. Jestem spokojna jak nigdy dotąd. Ma to automatycznie odzwierciedlenie w innych aspektach mojego życia, np. w pracy, w kontaktach z innymi.
Także może przyczyna Twojej wybuchowości w poprzednich relacjach wynikała właśnie z przekonania, że te związki wcale nie były takie jakbyś sobie życzyła? No brzmi to banalnie - ale niedopasowanie, to jest to co mi się nasuwa od razu po przeczytaniu Twojej historii. Też przerabiałam takie egzemplarze. I również nie był to szczyt moich marzeń.
7 2014-11-18 21:07:59 Ostatnio edytowany przez karinaaa (2014-11-18 21:09:27)
Karina, ja również zgadzam się z Kacprem. Jesteś świadoma swoich wad, masz nad czym pracować i masz doświadczenia, które Cię ubogacają i dają niesłychane możliwości do głębokiej analizy. Ale powiem Ci coś na otuchę.
Też trafiałam na podobny typ facetów, o których pisałaś. Niby dobrzy, ale jakoś tak średnio zaangażowani, ja oczekiwałam innego związku, mówiłam o tym, czasem wybuchałam - nic się nie zmieniało z ich strony, podobny scenariusz. Spotkania nie w takiej ilości jakbym chciała, kontakt nie taki jakbym sobie życzyła... nie wyzywałam nikogo, ale kłótnie były mniej więcej z tych samych powodów.
No i aż do teraz. Kilka miesięcy temu poznałam kogoś, kto ma takie same oczekiwania od związku i życia jak ja, te same priorytety, system wartości. I wiesz co? Bałam się, że znowu się schrzani z tych powodów, a tu hopsa...mój mężczyzna zaangażował się bez żadnego ale.
Pragnie spotykać się tak często jak ja, mamy te same plany, te same widoki na przyszłość. Oczywiście każde szanuje swoją prywatność, ale nikt z nas nie ma problemu bo spędzimy razem kilka dni, wręcz przeciwnie - lgniemy do tego i nawet gdy nie widzimy się dłuższy czas to małymi gestami okazujemy sobie, że pamiętamy, że się o siebie troszczymy, martwimy, wspieramy. Nie ma całych dni oczekiwania przy telefonie, bo np. napisałam smsa rano - potrzebowałam wsparcia, a on za 12 godzin od niechcenia odpisze. Nie, ten gość pisze do mnie nawet gdy jest cholernie zajęty pracą. Minuta nigdy go nie zbawi. Podczas gdy poprzedni partnerzy już na początku związku wcale tak ochoczo nie spędzali ze mną czasu, zawsze jakieś dziwne wydarzenia stały na przeszkodzie by odpisać na głupią wiadomość (tak jak u Ciebie).
Kłócimy się, owszem, nie ma przecież ideałów, lecz to nie są kłótnie wyniszczające. I nawet jak jest między nami ostrzej, to nie zaśniemy bez miłego słowa, choć czasem boli przyznanie się do błędu, ale dla niego chcę to robić. Zero wybuchów, emocjonalnej huśtawki. Jestem spokojna jak nigdy dotąd. Ma to automatycznie odzwierciedlenie w innych aspektach mojego życia, np. w pracy, w kontaktach z innymi.
Także może przyczyna Twojej wybuchowości w poprzednich relacjach wynikała właśnie z przekonania, że te związki wcale nie były takie jakbyś sobie życzyła? No brzmi to banalnie - ale niedopasowanie, to jest to co mi się nasuwa od razu po przeczytaniu Twojej historii. Też przerabiałam takie egzemplarze. I również nie był to szczyt moich marzeń.
Szary kotku, strasznie Ci dziekuję za tak pozytywną odpowiedź i podzielenie się swoim doświadczeniem. Naprawdę podniosła mnie na duchu, przeczytałam już trzy razy uśmiechając się sama do siebie i ciesząc się Twoim szczęściem
Niewątpliwie muszę teraz nad sobą pracować, ale mam nadzieję że spotkam kogoś kto choć trochę pomoże mi w staniu się tą lepszą osobą i utworzeniu wspaniałego związku.