Zapytałam, go niedawno, czy mu na mnie zależy. ZASTANOWIŁ się i stwierdził, że "chyba tak". Spotykamy się od 4 miesięcy. Przez pierwsze 2 mies. było jak w bajce. Otwierał mi drzwi od samochodu, podawał rękę, a potem wysiadałam (coś jak scena z Titanica, gdy Rose wysiada z karocy). Zabierał mnie w różne miejsca, kupował kwiaty, niemal non stop prawił komplementy i WCIĄŻ POWTARZAŁ, ŻE SIĘ ODE MNIE UZALEŻNIŁ.
A ostatnio stwierdził, że jest zimno, bo już jesień, więc muszę mu wybaczyć, ale nie będzie mi więcej otwierał drzwi od samochodu, bo zmarznie. Kwiatki nadal dostaję. W miejscu publicznym nie okazuje mi uczuć, najwyżej złapie mnie za rękę i tyle. Marudzi, gdy poproszę o masaż, a kiedyś sam mi go proponował.
Kiedy spotkaliśmy się na uczelni, mieliśmy przerwę w zajęciach, był bardzo senny, zmęczony, małomówny. Wtem pojawili się jego znajomi ze studiów i on nagle odżył. Zaczął rozmawiać, żartować, śmiać się. Zagrał z nimi w karty, a ja siedziałam i się nudziłam. Fakt, zapytał, czy nie będę miała nic przeciwko.
Chyba się za bardzo przed nim odkryłam i byłam dla niego za dobra. Widziałam, że ma niską samoocenę i próbowałam to zmienić. Przejęłam inicjatywę w sprawach intymnych, bo znudziło mnie czekanie, aż on się odwazy zrobić cokolwiek, to ja częściej proponuję spotkania i on wymaga ode mnie, bym wymyślała nam rozrywki podczas tych spotkań. Skończyło się traktowanie mnie jak księżniczkę. Teraz to ja mu daję częściej prezenty niż on mi. NOTORYCZNIE SIĘ SPÓŹNIA, a jego stałą wymówką są korki. Raz wgl zapomniał, że umówiliśmy się na 13tą i kiedy zadzwoniłam zakomunikował mi, że przyjedzie na 15tą. W rezultacie był przed 16tą. On zawsze spóźnia się minimum 30 minut.
Metoda olania go, nie skutkuje. Gdy ja go olewam, on zaczyna olewać mnie bardziej. Co mogę zrobić?
Dodam, że odwołałam dzisiaj nasze sobotnie spotkanie, on zaproponował piątek, a gdy stwierdziłam, że jestem zajęta, posmutniał i pocieszył się dniem jutrzejszym. Ale jutro też mnie nie zobaczy, bo mam kolokwium i muszę się uczyć.