Witam.
Jestem tu nowa i postanowiłam podzielić się moją historią w miarę obiektywnie, by prosić o rady.
Postaram się w miarę skrócić maksymalnie wszysto, choć nie wiem na ile mi to wyjdzie. No więc od początku.
Mija czwarty rok odkąd jestem w związku z moim obecnym partnerem, oraz dwa lata odkąd mieszkamy razem w domu jego rodziców.
Na początku nie było idealnie. Poznaliśmy się w trudnym dla mnie okresie, ponieważ byłam jakieś pół roku po rozstaniu z moją pierwszą wielką miłością którą bardzo mocno przeżywałam. Z tego też względu często wybuchałam płaczem nawet przy nim gdy tylko przypomniał mi się mój były.
Niestety nie byłam przy tym wszystkim też święta. W okresie zanim go poznałam i tuż po rozstaniu z byłym odbiło mi... Żyłam na tabletkach uspokajających i nasennych. Dodatkowo by zagłuszyć ból po rozstaniu (dowiedziałam się że mnie zdradzał!) umawiałam się z przypadkowymi mężczyznami by wykorzystać ich dla własnych przyjemności, nie dając nic w zamian... Chciałam się chyba niejako zemścić na facetach. Chciałabym żeby tamtego okresu nigdy nie było, no ale niestety czasu nie cofnę... Można powiedzieć że mojego obecnego partnera poznałam w podobny sposób. Po prostu się umówiliśmy na spotkanie. Ale od słowa do słowa uznałam że jest ciekawie i że mogę to pociągnąć dalej aż do skutku. Oczywiście w tamtym okresie byłam święcie przekonana, że nigdy się już nie zakocham, więc traktowałam to jako przygodę, wiedząc jednocześnie, że on traktuje to poważnie...
Z racji tego, wykorzystywałam go początkowo... Zabierał mnie w różne miejsca, do kina, restauracji, wycieczki itp. Niejednokrotnie robił mi zakupy gdy wynajmowałam mieszkanie sama i gdy było mi trudno pod względem finansowym itd. Wiedziałam wtedy że się we mnie zakochał i mu na mnie zależy, ale ja tego nie czułam. Bardziej był dla mnie po prostu przyjacielem do wszystkiego. Mówiłam mu o wszystkim, m.in. przyznałam mu się do moich spotkań z różnymi facetami i w jakim celu to robiłam. Zaczął się sajgon. Zrobił się chorobliwie zazdrosny o wszystko... Przez niego straciłam kontakt ze wszystkimi znajomymi płci męskiej. Zaczął mnie śledzić nawet, sprawdzać telefon itd itd. Ja się na to godziłam początkowo nie wiedząc czemu. Z czasem zaczęłam rozumieć że się w nim zakochałam i nie wyobrażam sobie bez niego życia. Przestał być tak zazdrosny gdy poczuł że go naprawdę pokochałam, ale też od tego czasu zaczęły się problemy...
Przestał mnie szanować, zaczął wybuchać o byle co, kłucimy się bardzo często o głupoty. Na nic zdają się moje próby porozmawiania z nim. Ja zawsze mówię mu co jest nie tak, co mnie boli i czego nie chcę, ale on nigdy mnie nie słucha i próba takiej rozmowy kończy się skwitowaniem "taki jestem. Jak Ci ze mną źle to mnie zostaw" albo kończy się kolejną kłótnią... Nie wiem już jak z nim rozmawiać i żyć... To robi się coraz trudniejsze. Staram się jak mogę żeby było między nami dobrze. Uśmiecham się, często mówię mu że go kocham, robię niespodzianki w postaci romantycznych kolacji itd itd. Ale on niczego nie docenia... Nigdy nie odwdzięczył mi się taką kolacją np choć bardzo dobrze wie, że ja tego wręcz pragnę... Gdy chcę go gdzieś wyciągnąć czy czasem o coś poproszę, nawet o błachostkę, potrafi się na mnie wydrzeć, że mam głupie pomysły albo że wiecznie od niego coś chcę (dziś np wydarł się na mnie o to, że poprosiłam go żeby mi podał tabletki ze stołu obok którego leżał... Jestem chora aktualnie, temu go poprosiłam. Wściekł się, że jak głupia po dworze latam i potem chora i wiecznie chcę żeby mi tabletki podawał... Choć dziś to był drugi raz...) co prawda od razu przeprosił potem, no ale... Co z tego, skoro to jest cały czas...
Dodatkowo problem jest spory z pieniędzmi... Pracując w poprzedniej pracy, stać mnie było na wszystko... Nie potrzebowałam od niego nic, sama nie raz robiłam mu niespodzianki i gdzieś go zabierałam albo coś mu kupowałam... Niestety po stracie tamtej pracy jest mi teraz ciężko... Zarabiam dużo mniej niż wtedy, niejednokrotnie brakuje mi pieniędzy do końca miesiąca. Problem jednak jest tego typu, że jak kiedyś mi pomagał w zakupach itd, tak teraz strasznie się skąpi... Ani trochę nie chce mi pomagać, a gdy już to robi, robi to z ogromną łaską i niechęcią a przede wszystkim często wielkiej złości... Poza tym zazwyczaj nie jest to pomoc tylko pożyczka którą za każdym razem mi wypomina... Ale jak ja mam mu cokolwiek oddać gdy samej mi brakuje na życie? Nawet nie kupuję sobie bardzo żadnych ubrań czy butów bo mnie po prostu na to nie stać... A żeby móc ostatnio zrobić porządek ze swoim zdrowiem, musiałam kredyt zaciągnąć bo inaczej bym nie miała na to ani grosza...
Kiedyś zarabiała nie małe pieniądze które w zupełności mi wystarczyły. Teraz zarabiam nieco ponad połowę tego co kiedyś... Zaś mój partner zarabia miesięcznie grubo ponad dwie moje obecne wypłaty...
Ja wychowałam się w przekonaniu, że jak się jest ze sobą, mieszka się razem to wzajemnie się sobie pomaga... Zawsze gdy miałam więcej, pomagałam innym. Gdy miałam mniej, wiedziałam że na pomoc też zawsze mogę liczyć... Teraz jest zupełnie inaczej... Nie mam co liczyć na jego pomoc, muszę sobie radzić sama. A gdy naprawdę już potrzebuję wsparcia to zazwyczaj jak je otrzymuję to z ogromną złością i z wiecznym wypominaniem że tylko dług rośnie a ja nic nie oddaję. Ale z czego mam oddać skoro nie mam?
Kredyt kolejny mam na to zaciągnąć? To już wogóle bym nie miała za co żyć... Nie wiem... Może ja jakaś nienormalna jestem, ale jak w takim razie ma wyglądać nasze życie w przyszłości? Ja mam swoje a Ty swoje i wara od mojego? No nie wyobrażam sobie czegoś takiego... Tym bardziej że staram się robić dla niego dużo w zamian... Pomagam mu w różnych rzeczach, utrzymuję porządki co przy nim łatwe nie jest bo wszystko od razu rozwala czy brudzi... Nawet tego nie docenia, bo potrafi po 5 minutach od moich porządków, znów mi nabałaganić... Zaspokajam jego potrzeby, staram się robić miłęk niespodzianki... Wścieka się nawet na mnie za to, gdy przebudzę go w nocy by się odwrócił w drugą stronę bo chrapie i nie umiem zasnąć... Nie obchodzi go to... Nie obchodzi go jak mnie rani, jak przy nim wyplakuje łzy w poduszkę... No juz nie wiem co robić... ![]()
Kocham go ale nie potrafię znieść juz tego jak mnie traktuje...
Powtarza mi stale że mnie kocha, nie raz przeprasza za te wybuchy ale co z tego, skoro potem i tak jest dalej to samo... A ja sobie nie wyobrażam życia bez niego.
. Czy da się tu jeszcze coś naprawić?
Przepraszam za długość, ale chciałam opisać wszystko w miarę dokładnie. Mam nadzieję że komuś będzie się chciało to przeczytać i mi jakoś pomóc ![]()
2 2014-11-11 09:43:24 Ostatnio edytowany przez kosmiczny nick (2014-11-11 10:07:26)
...Przestał mnie szanować, zaczął wybuchać o byle co, kłucimy się bardzo często o głupoty. Na nic zdają się moje próby porozmawiania z nim...próba takiej rozmowy kończy się skwitowaniem "taki jestem. Jak Ci ze mną źle to mnie zostaw" albo kończy się kolejną kłótnią....on niczego nie docenia...potrafi się na mnie wydrzeć, że mam głupie pomysły...teraz strasznie się skąpi... Ani trochę nie chce mi pomagać, a gdy już to robi, robi to z ogromną łaską i niechęcią a przede wszystkim często wielkiej złości...
...wychowałam się w przekonaniu, że jak się jest ze sobą, mieszka się razem to wzajemnie się sobie pomaga...jak w takim razie ma wyglądać nasze życie w przyszłości? Ja mam swoje a Ty swoje i wara od mojego?
Kocham go ale nie potrafię znieść juz tego jak mnie traktuje...
Powtarza mi stale że mnie kocha, nie raz przeprasza za te wybuchy ale co z tego, skoro potem i tak jest dalej to samo... A ja sobie nie wyobrażam życia bez niego.
Czy da się tu jeszcze coś naprawić?
Szczerze? Moim zdaniem ...nie. Nie da się. Nie da choćby z tego powodu, że rozmowa z nim jest czymś nierealnym - skoro na jakiekolwiek próby z Twojej strony reaguje agresja słowną, wybuchem czy sugestiami typu "Jak Ci ze mną źle to mnie zostaw".
Czytajac Twoje słowa, w pierwszym momencie myślałem, ze ta Twoja "przeszłość" teraz w taki sposób własnie wraca. Ale tego jednak nie wiązałbym ze sobą. Tamto to coś zupełnie odrębnego i bez wpływu na obecne między Wami relacje. Wszystko, co opisałaś w swoim związku wskazuje na to, że dopiero teraz dostrzegasz PRAWDZIWĄ NATURĘ i twarz swojego partnera. Moze wcześniej zaślepiona tego nie widziałaś, albo tak umiejętnie sie maskował - nie wiem. Faktem jest, że jesteś z kimś zupełnie inaczej traktującym związek.
"nie wyobrażam życia bez niego".
Nie wyobrażasz sobie zycia bez kogos takiego? Wydawało mi sie zawsze, że własnie bardzo łatwo wyobrazić sobie życie bez takich zachowań - życie z kimś ciepłym, szanującym, wspierającym i dodającym radości w zyciu. Trudniej wyobrazić sobie życie z kimś pokroju Twego partnera. Bo to żadne życie...
To trucizna...
Beznadziejna sytuacja w takim razie... ![]()
Dlaczego nie potrafię bez niego żyć? Bo zakochałam się w kimś, kim był na początku... Kimś, kto mnie szanował i o mnie walczył, kto był czuły, radosny i potrafił mnie rozweselić gdy byłam załamana. W kimś, z kim spędziłam cudowne chwile na wspólnym śmianiu z byle czego, wspólnym przeżywaniu smutków, poznawaniu samych siebie i swoich zainteresowań... W kimś, kto zawsze mi powtarzał, że nigdy nie będę przez niego płakać, ponieważ nie może patrzeć na to, jak kobieta płacze...
Pokochałam człowieka, który na początku o mnie zabiegał, starał się, który potrafił podzielać moje zainteresowania i który pokazywał że i jego to interesuje, choć z czasem okazało się, że wcale tego nie lubi i musiałam z tego zrezygnować...
Czasem wydaje mi się, że to wszystko minęło bo po prostu mnie zdobył i juz nie musi się o mnie starać... I dopiero wtedy zaczął pokazywać, jaki jest naprawdę...
Czasem jednak, w tych nielicznych chwilach gdy udaje mi się z nim porozmawiać, dowiaduję się od niego, że on się po prostu wypalił... Że dość na początku się starał o mnie, a ja byłam na to obojętna i że tamten on już nigdy nie wróci...
Na dodatek w złościach zarzucał mi, że na pewno go zdradzałam na początku skoro go nie kochałam a wcześniej spotykałam się z innymi... Na nic zdawały się moje tłumaczenia, że nigdy bym mu tego nie zrobiła, że gardzę zdradą po tym co przeżyłam. Ale nic do niego nie dociera.
Ja wiem, że może nie okazywałam mu wtedy tyle czułości na ile zasługiwał, ale starałam się jak mogłam... Wiedział dobrze że ciężko przeżyłam tamto rozstanie i że nie było mi łatwo się pozbierać... Jednak końcem końców, pokochałam go i staralam się, żeby czuł się dobrze.
Teraz nasz związek wygląda tak, że tylko ja się staram jak mogę by odzyskać tamtego człowieka którym był, a jemu tak jakby na tym już nie zależało... Nawet nie próbuje się starać.
Owszem, są momenty gdy już tego wszystkiego nie wytrzymuję i nie raz mu Mówiłam że chcę to zakończyć bo to nie ma sensu. Ani on ani ja nie czujemy się szczęśliwi, więc po co to ciągnąć? Jednak zawsze gdy już się Chciałam pakować, zaczynał mnie przepraszać, obiecywać że się zmieni, błagać żebym go nie zostawiała, bo mnie kocha i nie może beze mnie żyć... Ja zawsze ulegałam i zostawałam. Starał się potem faktycznie przez kilka dni. Był czuły, interesował się mną. Ale tylko kilka dni. Po jakimś czasie znów dochodziło do kłótni która przywracała stary system...
Czasem jednak gdy już miałam dość i chciałam odejść, wyżalał się, że mam go nie szantażować że odejdę, że jestem nie fer itd...
Chciałabym jeszcze mimo wszystko spróbować to uratować, ale naprawdę już nie wiem jak... ![]()
Witam.
Jestem tu nowa i postanowiłam podzielić się moją historią w miarę obiektywnie, by prosić o rady.
Postaram się w miarę skrócić maksymalnie wszysto, choć nie wiem na ile mi to wyjdzie. No więc od początku.
Mija czwarty rok odkąd jestem w związku z moim obecnym partnerem, oraz dwa lata odkąd mieszkamy razem w domu jego rodziców.
Na początku nie było idealnie. Poznaliśmy się w trudnym dla mnie okresie, ponieważ byłam jakieś pół roku po rozstaniu z moją pierwszą wielką miłością którą bardzo mocno przeżywałam. Z tego też względu często wybuchałam płaczem nawet przy nim gdy tylko przypomniał mi się mój były.
Niestety nie byłam przy tym wszystkim też święta. W okresie zanim go poznałam i tuż po rozstaniu z byłym odbiło mi... Żyłam na tabletkach uspokajających i nasennych. Dodatkowo by zagłuszyć ból po rozstaniu (dowiedziałam się że mnie zdradzał!) umawiałam się z przypadkowymi mężczyznami by wykorzystać ich dla własnych przyjemności, nie dając nic w zamian... Chciałam się chyba niejako zemścić na facetach. Chciałabym żeby tamtego okresu nigdy nie było, no ale niestety czasu nie cofnę... Można powiedzieć że mojego obecnego partnera poznałam w podobny sposób. Po prostu się umówiliśmy na spotkanie. Ale od słowa do słowa uznałam że jest ciekawie i że mogę to pociągnąć dalej aż do skutku. Oczywiście w tamtym okresie byłam święcie przekonana, że nigdy się już nie zakocham, więc traktowałam to jako przygodę, wiedząc jednocześnie, że on traktuje to poważnie...
Z racji tego, wykorzystywałam go początkowo... Zabierał mnie w różne miejsca, do kina, restauracji, wycieczki itp. Niejednokrotnie robił mi zakupy gdy wynajmowałam mieszkanie sama i gdy było mi trudno pod względem finansowym itd. Wiedziałam wtedy że się we mnie zakochał i mu na mnie zależy, ale ja tego nie czułam. Bardziej był dla mnie po prostu przyjacielem do wszystkiego. Mówiłam mu o wszystkim, m.in. przyznałam mu się do moich spotkań z różnymi facetami i w jakim celu to robiłam. Zaczął się sajgon. Zrobił się chorobliwie zazdrosny o wszystko... Przez niego straciłam kontakt ze wszystkimi znajomymi płci męskiej. Zaczął mnie śledzić nawet, sprawdzać telefon itd itd. Ja się na to godziłam początkowo nie wiedząc czemu. Z czasem zaczęłam rozumieć że się w nim zakochałam i nie wyobrażam sobie bez niego życia. Przestał być tak zazdrosny gdy poczuł że go naprawdę pokochałam, ale też od tego czasu zaczęły się problemy...
Przestał mnie szanować, zaczął wybuchać o byle co, kłucimy się bardzo często o głupoty. Na nic zdają się moje próby porozmawiania z nim. Ja zawsze mówię mu co jest nie tak, co mnie boli i czego nie chcę, ale on nigdy mnie nie słucha i próba takiej rozmowy kończy się skwitowaniem "taki jestem. Jak Ci ze mną źle to mnie zostaw" albo kończy się kolejną kłótnią... Nie wiem już jak z nim rozmawiać i żyć... To robi się coraz trudniejsze. Staram się jak mogę żeby było między nami dobrze. Uśmiecham się, często mówię mu że go kocham, robię niespodzianki w postaci romantycznych kolacji itd itd. Ale on niczego nie docenia... Nigdy nie odwdzięczył mi się taką kolacją np choć bardzo dobrze wie, że ja tego wręcz pragnę... Gdy chcę go gdzieś wyciągnąć czy czasem o coś poproszę, nawet o błachostkę, potrafi się na mnie wydrzeć, że mam głupie pomysły albo że wiecznie od niego coś chcę (dziś np wydarł się na mnie o to, że poprosiłam go żeby mi podał tabletki ze stołu obok którego leżał... Jestem chora aktualnie, temu go poprosiłam. Wściekł się, że jak głupia po dworze latam i potem chora i wiecznie chcę żeby mi tabletki podawał... Choć dziś to był drugi raz...) co prawda od razu przeprosił potem, no ale... Co z tego, skoro to jest cały czas...
Dodatkowo problem jest spory z pieniędzmi... Pracując w poprzedniej pracy, stać mnie było na wszystko... Nie potrzebowałam od niego nic, sama nie raz robiłam mu niespodzianki i gdzieś go zabierałam albo coś mu kupowałam... Niestety po stracie tamtej pracy jest mi teraz ciężko... Zarabiam dużo mniej niż wtedy, niejednokrotnie brakuje mi pieniędzy do końca miesiąca. Problem jednak jest tego typu, że jak kiedyś mi pomagał w zakupach itd, tak teraz strasznie się skąpi... Ani trochę nie chce mi pomagać, a gdy już to robi, robi to z ogromną łaską i niechęcią a przede wszystkim często wielkiej złości... Poza tym zazwyczaj nie jest to pomoc tylko pożyczka którą za każdym razem mi wypomina... Ale jak ja mam mu cokolwiek oddać gdy samej mi brakuje na życie? Nawet nie kupuję sobie bardzo żadnych ubrań czy butów bo mnie po prostu na to nie stać... A żeby móc ostatnio zrobić porządek ze swoim zdrowiem, musiałam kredyt zaciągnąć bo inaczej bym nie miała na to ani grosza...
Kiedyś zarabiała nie małe pieniądze które w zupełności mi wystarczyły. Teraz zarabiam nieco ponad połowę tego co kiedyś... Zaś mój partner zarabia miesięcznie grubo ponad dwie moje obecne wypłaty...
Ja wychowałam się w przekonaniu, że jak się jest ze sobą, mieszka się razem to wzajemnie się sobie pomaga... Zawsze gdy miałam więcej, pomagałam innym. Gdy miałam mniej, wiedziałam że na pomoc też zawsze mogę liczyć... Teraz jest zupełnie inaczej... Nie mam co liczyć na jego pomoc, muszę sobie radzić sama. A gdy naprawdę już potrzebuję wsparcia to zazwyczaj jak je otrzymuję to z ogromną złością i z wiecznym wypominaniem że tylko dług rośnie a ja nic nie oddaję. Ale z czego mam oddać skoro nie mam?Kredyt kolejny mam na to zaciągnąć? To już wogóle bym nie miała za co żyć... Nie wiem... Może ja jakaś nienormalna jestem, ale jak w takim razie ma wyglądać nasze życie w przyszłości? Ja mam swoje a Ty swoje i wara od mojego? No nie wyobrażam sobie czegoś takiego... Tym bardziej że staram się robić dla niego dużo w zamian... Pomagam mu w różnych rzeczach, utrzymuję porządki co przy nim łatwe nie jest bo wszystko od razu rozwala czy brudzi... Nawet tego nie docenia, bo potrafi po 5 minutach od moich porządków, znów mi nabałaganić... Zaspokajam jego potrzeby, staram się robić miłęk niespodzianki... Wścieka się nawet na mnie za to, gdy przebudzę go w nocy by się odwrócił w drugą stronę bo chrapie i nie umiem zasnąć... Nie obchodzi go to... Nie obchodzi go jak mnie rani, jak przy nim wyplakuje łzy w poduszkę... No juz nie wiem co robić...
Kocham go ale nie potrafię znieść juz tego jak mnie traktuje...
Powtarza mi stale że mnie kocha, nie raz przeprasza za te wybuchy ale co z tego, skoro potem i tak jest dalej to samo... A ja sobie nie wyobrażam życia bez niego.
. Czy da się tu jeszcze coś naprawić?
Przepraszam za długość, ale chciałam opisać wszystko w miarę dokładnie. Mam nadzieję że komuś będzie się chciało to przeczytać i mi jakoś pomóc
nie wyobrażasz sobie życia bez niego???
BO?? bo lubisz jak ktoś stosuje przemoc słowną ,bo lubisz jak ktoś cie upokarza,bo lubisz błagać o pomoc finansową,plaszczyć się gdy jest ona ci ofiarowana z laską i z nieustannym wypominaniem???
nie wyobrażasz sobie zycia bez kogos kogo non stop drażnisz,bez kogos kto wścieka się na ciebie gdy przebudzisz się w nocy bo on chrapie??
a wyobrazasz sobie zycie z człowiekiem ,który cie szanuje,nie obraza ,nie gnoi na każdym kroku???
MOZE TAKIEGO POSZUKAJ
Napisalas tutaj wazna rzecz,na początku jak zarabialas dobrze to on cie szanowal i tak było dobrze,mysle ze to jest odpowiedz,ten wrzod -dusigrosz,myslal ze mu z toba będzie wygodnie,a jak przestalo być(zaczelas być NIEWYGODNA FINANSOWO) pokazal swoje prawdziwe oblicze,kutwy ........
Dobrze cię rozumiem, że nie potrafisz od niego odejść. Wiem, że niektórym kobietom lub dziewczynom łatwo jest napisać: Zostaw go, bo on cie nie szanuje. On cię nie kocha i nic tego nie zmieni. Te dziewczyny mają absolutną rację, bo takich mężczyzn z tak trudnym do zaakceptowania charakterem kobieta zmienić już nie może. Te kobiety piszące: On cię nie kocha też mają absolutna rację. Problem polega na tym, że prawdopodobnie one nigdy nie kochały za bardzo. Poczytaj w necie na temat kobiet, które kochają za bardzo i na temat związków toksycznych. Sama dobrze cię rozumiem, bo przez kilka lat byłam w takim związku - on krzyczał na mnie, nie szanował mnie, nie chciał ze mną spędzać czasu. Mimo, że mieszkaliśmy razem to czułam się tak potwornie samotna. Nie czuł potrzeby rozmowy, bliskość tylko na jego warunkach i wtedy gdy on chciał. Wyliczał mnie z każdej złotówki, był jednocześnie chorobliwie zazdrosny, mimo iż nie dawałam mu żadnych powodów. Nigdy w niczym mi nie pomagał, często krytykował i ośmieszał. Był szorstki, arogancki i wręcz chamski wobec mnie. To wszystko nie przeszkadzało mu w tym, aby czasami kilka razy dziennie mówić, że bardzo mnie kocha i jestem dla niego najważniejsza. Nigdy nie zrobił mi żadnej niespodzianki, nie pamiętał o rocznicach, moich urodzinach lub świetach. Był nastawiony na absolutne korzystanie ze mnie, nie dając nic w zamian. Długi czas zajęło mi zrozumienie, że słowa kocham cię mógłby używać zamiennie z np. ładna dziś pogoda. popełniłam wszystkie możliwe błędy jak ty - opowiedziałam mu o sobie wszystko, nawet najbardziej intymne tajemnice, byłam jego służącą, kucharką, sprzątaczką i kochanką na jego zawołanie. Wymyślałam dla niego niespodzianki, wysyłałam piękne, spontaniczne sms-y, dostawał ode mnie ciekawe prezenty, zrobiłabym dla niego wszystko. Bardzo często widząc jego obojętność i jakby znudzenie serce mi pękało, bo nie mogłam zrozumieć dlaczego facet, którego kocham najbardziej na świecie po prostu mnie olewa. Nie mogłam też pojąć dlaczego nie zostawi mnie - przecież mieszkał u mnie, więc skoro tak mnie traktował to znaczy, ze mnie nienawidził i mógł wyprowadzić się do innej, którą by może naprawdę pokochał. Długie lata zajęło mi przekonanie się, że z jego strony to żadna miłość i właściwe zrozumienie mojej służalczej roli w tym związku. Przepłakałam miesiące, przecierpiałam kolejne miesiące, zanim sama z własnej nieprzymuszonej woli spakowałam go, zabrałam mu klucze i nie przedłużyłam mu zameldowania w moim domu. Czego on mi nie naobiecywał, czego się nie zobowiązał,wypowiedział pewnie cały zasób słów i wyznań miłosnych. Była bardzo bliska zmiany decyzji, ale wtedy przypomniałam sobie wszystkie jego niedotrzymane obietnice, wszystkie kłamstwa i krętactwa, którymi mnie karmił, wszystkie puste słowa typu: bardzo cię kocham, przypomniałam sobie wszystkie wyzwiska, którymi mnie obrzucał, wszystkie jego wyjścia z kolegami, przypomniałam sobie jak w moim własnym domu traktował mnie jak niezbyt wygodny mebel. Nie uległam, postanowiłam choć raz być tak silna psychicznie i pewna siebie ja on przez te wszystkie lata. Gdy wyeksmitowanie go stało się niezaprzeczalnym faktem wyszła jego prawdziwa natura - skończyły się obiecanki i piękne słówka a zaczęły się kolejne wyzwiska i groźby, że utrudni mi życie, że mi tą moja piękna buźkę doprowadzi do takiego stanu, że nie pokażę się ludziom na oczy, że zniszczy mnie psychicznie i fizycznie, że wreszcie odbierze sobie życie i nie również. Czy się bałam? Oczywiście - bałam się bardzo, bo nie wiedziałam do czego jest zdolny, ale jeszcze bardziej bałam się tego upodlenia do jakiego mnie doprowadził, jeszcze bardziej bałam się pustki i samotności jakiej doświdczyłam przy nim, bałam się, że nigdy nie będę mogła spojrzeć sobie w twarz jeśli znowu dam się omamić jego słowom. Jesteśmy już 4 lata po rozstaniu, skoro to piszę to nadal żyję i mam się dobrze, czuję się pewna siebie, czuję, że mogę kogoś obdarzyć miłoscią, ale nie szukam na siłę - bycie samą a samotną w związku to wielka różnica. Dzisiaj odpowiadam tylko za siebie, dzisiaj słucham tylko siebie, dzisiaj jestem zwyczajnie, normalną kobietą. Z nim byłam wymizerowanym, smutnym, niedowartościowanym strzępkiem nerwów. KOBIETO WYBÓR NALEŻY DO CIEBIE. Ale tak jak napisałam na początku mnie pdjęcie takiej decyzji zajęło kilka lat i pamiętaj, że zrobiłam dosłownie wszystko, aby go zmienić - prośby, groźby i błagania, ale im mocniej go kochałam tym bardziej on mnie celowo ranił. Mimo, że tak jak w twoim przypadku początki z nim były dosłownie bajkowe, to środek był horrorem a końcówka dramatem. Ale można, naprawdę można mimo bólu, który rozrywa serce - naprawdę można rozstać się i polepszyć sobie życie.
Spróbuj wziąć się w garść i każdy problem przełknąć samej i zobacz jaka będzie jego reakcja?
Wydaje mi się, że im kobieta pokazuje, że jest słabsza, zbyt często płacze przy mężczyźnie,
to oni prędzej czy później wykorzystują te sytuacje i robią na złość...
Twój się zachowuje jakbyś była na jego garnuszku.
Przestań być nadmiernie miła!
Będzie gadał Ci, że Twój dług rośnie, to zripostuj go, żeby przestał się tak odzywać.
Powiedz, że nie narzekasz jak sprzątasz jego brudy... cokolwiek. Nie stój bezczynnie.
Jesteś w potrzebie, to jasne, że powinien Ci pomóc, a nie wypominać.
Głowa do góry mała! Pamiętaj, by być kobietą silną.
nie przejmuj się cymbałem, co tam sobie mówi.. rób swoje ![]()
Na początku było fajnie miło, a potem miłość mu przeszła, olewa Cie. Typowe, też to przerabiałam. Niestety tak jest, gdy nie ma prawdziwej miłości, a jest tylko stan zakochania i zauroczenia, który prędziej czy później mija.
Aresnik, po przeczytaniu Twojej wypowiedzi odjęło mi mowę... Naprawdę! Aż drugi raz musiałam przeczytać to co napisałaś... W 95% tego co napisałaś, widzę siebie i mój związek... Współczucia że musiałaś wiele lat z tym żyć zanim się od tego uwolniłaś... Ale podejrzewam, że ja niestety też będę musiała chyba tyle przetrwać z nim żeby do tego dojrzeć... Bo niestety jestem obecnie na etapie tego, że "może jednak się uda"... Widzę nadal szansę, światełko w tunelu... Wierzę, że jeszcze nie wszystko stracone, że da się jeszcze to uratować choć nie wiem jak...
Ciężko mi w tej chwili zakończyć ten rozdział raz na zawsze. Temu chcę jeszcze walczyć, choć sił już coraz mniej...
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że i ja i on wiemy, że niestety mimo wszystko jestem od niego w dużym stopniu uzależniona... Właśnie dlatego, że z nim mieszkam u niego. Do mojego domu ciężko byłoby mi wrócić z tego względu, że mam bardzo kiepski kontakt z rodzicami... Wiem, że mój ojciec nie przyjmie mnie spowrotem tak łatwo z otwartymi rękami... Tym bardziej wiem, że na jego pomoc finansową nigdy nie miałam co liczyć i nie będę mogła. Zawsze pomagała mi babcia, ale ona sama już też ma ciężko... Mieszkając z rodzicami tym bardziej nie będę w stanie się samodzielnie utrzymać, bo ojciec da mi twarde zasady i koniec... A jak się nie podoba, to wcale nie muszę do nich wracać ![]()
No i tu jest też pies pogrzebany... Bo nawet wracając do domu kolorowo nie będzie. Tym bardziej, że musiałabym szukać nowej pracy, ponieważ nie opłacałoby mi się już ani trochę dojeżdżać do obecnej. Stanowczo za daleko by było...
Więc powiem szczerze, że taka decyzja o zakończeniu związku musiałaby zapaść dużo wcześniej i już wtedy musiałabym zacząć szukać nowej pracy z wyższym wynagrodzeniem, bo inaczej nie podałam. A to jest bardzo trudne do zrealizowania... On chyba też ma taką właśnie świadomość, że nie mam za bardzo do czego wracać na tą chwilę.
Już w akcie desperacji szukałam nie raz pracy w zupełnie innej części Polski która miałaby w sobie zamieszkanie...
A już w chwilach gdy calkowicie jestem załamana, mam chwilę że jestem gotowa wyjechać do brata do Wielkiej Brytanii. Ale to wiązałoby się też z ogromnymi kosztami na które mnie nie stać na tą chwilę... Ech...
Spróbuję jeszcze może coś zrobić, żeby to naprawić. Może faktycznie rada natkap nie jest taka zła. Spróbować stać się tak samo obojętną i zimną jak on. Zająć się sobą i starać się mieć go w nosie. Może gdy zauważy że i ja stałam się taka jak on, to sam zacznie znów próbować o mnie zabiegać?