Nie umiem zaakceptować, że on już nie jest mój, a ja nie jestem jego...
Byliśmy razem 3,5 roku. Od końca drugiej klasy gimnazjum. Wpadliśmy po uszy. Poszliśmy do jednego liceum, aby się nie rozdzielać. Ciągle byliśmy razem, pragnęliśmy swojego dotyku, bliskości, wsparcia. Przeżyliśmy razem swoje pierwsze pocałunki, namiętności. Było wiele kłótni, wiele razy się nie zgadzaliśmy, ale zawsze potrafiliśmy jakoś się dogadać i pójść na kompromis.
Był strasznie zazdrosny. Po niecałym roku związku postawił mi ultimatum - albo on, albo mój przyjaciel (którego znałam o rok dłużej niż jego i do którego nic nie czułam). Wybrałam więc miłość zamiast przyjaźni, ale nauczyłam się też zazdrości. Bo skoro mi nie wolno mieć przyjaciela, to dlaczego on miałby mieć bliskie koleżanki? Wiele było awantur o to, że któreś z nas nieświadomie pozwoliło sobie na flirt, że zbyt dwuznaczne teksty ktoś rzucał, ale jakoś zawsze to wracało do ładu... Aż do czasu, kiedy stwierdził, że chciałby mieć koleżanki i że nie powinnam mu tego zabraniać. Okay, ale w takim razie ja będę miała kolegów. Tylko jakoś nie umiał się pohamować od krzywych spojrzeń w stronę jakichkolwiek facetów w moim otoczeniu...
Myślę, że byliśmy ze sobą mimo wszystko szczęśliwi. Wspieraliśmy się, dbaliśmy o siebie nawzajem... Aż do czasu, kiedy stwierdził, że nie wie co do mnie czuje. W pierwszej chwili zareagowałam bardzo nerwowo. Jak można się odkochać po tylu wspólnych przejściach? Po wspólnym dojrzewaniu, bliskości? Poprosił o czas do namysłu i po kilku dniach powiedział mi, że mnie kocha. Było wspaniale przez miesiąc... Zaczął znów mieć wątpliwości i znów poprosił o czas. Po tygodniu milczenia wyznał mi, że już od jakiegoś czasu mnie nie kocha, że nie czuje potrzeby starania się o mnie i że nie jestem taką dziewczyną, jaką chciałby w życiu mieć... Okazało się, że o wielu rzeczach mi nie mówił, bo "bał się mojej reakcji" i nie potrafił do końca mi zaufać, pomimo tego, że zawsze starałam się go zrozumieć i wesprzeć. Zabolało jak cholera. Ja oddałabym za niego wszystko, kochałam go całą sobą i chyba nadal kocham, a on tak po prostu odszedł twierdząc, że chce mnie jako koleżankę/przyjaciółkę, ale nie jako dziewczynę... Wprost powiedział, że nie wróci, że mu mnie nie brakuje, że nie tęskni... Ale też pyta o moje samopoczucie, zdrowie... Jakbym wciąż była ważna...
A ja nie potrafię oswoić się z myślą, że już nie jesteśmy razem... Nie umiem się odkochać... Wiem, że potrzeba czasu, ale nie jestem w stanie dopuścić do siebie świadomości, że jestem sama, że on jest sam i że nie wróci... Bo pomimo tego, że nie wiem, czy przyjęłabym go spowrotem, gdzieś we mnie tli się nadzieja, że jednak poczuje, że mnie kochał i że mnie mu brakuje...
Nie umiem patrzeć na innych mężczyzn jak na obiekty zainteresowania, bo wciąż w moim sercu jest on...
Nie umiem zaakceptować, że on już nie jest mój, a ja nie jestem jego...
Byliśmy razem 3,5 roku. Od końca drugiej klasy gimnazjum. Wpadliśmy po uszy. Poszliśmy do jednego liceum, aby się nie rozdzielać. Ciągle byliśmy razem, pragnęliśmy swojego dotyku, bliskości, wsparcia. Przeżyliśmy razem swoje pierwsze pocałunki, namiętności. Było wiele kłótni, wiele razy się nie zgadzaliśmy, ale zawsze potrafiliśmy jakoś się dogadać i pójść na kompromis.
Był strasznie zazdrosny. Po niecałym roku związku postawił mi ultimatum - albo on, albo mój przyjaciel (którego znałam o rok dłużej niż jego i do którego nic nie czułam). Wybrałam więc miłość zamiast przyjaźni, ale nauczyłam się też zazdrości. Bo skoro mi nie wolno mieć przyjaciela, to dlaczego on miałby mieć bliskie koleżanki? Wiele było awantur o to, że któreś z nas nieświadomie pozwoliło sobie na flirt, że zbyt dwuznaczne teksty ktoś rzucał, ale jakoś zawsze to wracało do ładu... Aż do czasu, kiedy stwierdził, że chciałby mieć koleżanki i że nie powinnam mu tego zabraniać. Okay, ale w takim razie ja będę miała kolegów. Tylko jakoś nie umiał się pohamować od krzywych spojrzeń w stronę jakichkolwiek facetów w moim otoczeniu...
Myślę, że byliśmy ze sobą mimo wszystko szczęśliwi. Wspieraliśmy się, dbaliśmy o siebie nawzajem... Aż do czasu, kiedy stwierdził, że nie wie co do mnie czuje. W pierwszej chwili zareagowałam bardzo nerwowo. Jak można się odkochać po tylu wspólnych przejściach? Po wspólnym dojrzewaniu, bliskości? Poprosił o czas do namysłu i po kilku dniach powiedział mi, że mnie kocha. Było wspaniale przez miesiąc... Zaczął znów mieć wątpliwości i znów poprosił o czas. Po tygodniu milczenia wyznał mi, że już od jakiegoś czasu mnie nie kocha, że nie czuje potrzeby starania się o mnie i że nie jestem taką dziewczyną, jaką chciałby w życiu mieć... Okazało się, że o wielu rzeczach mi nie mówił, bo "bał się mojej reakcji" i nie potrafił do końca mi zaufać, pomimo tego, że zawsze starałam się go zrozumieć i wesprzeć. Zabolało jak cholera. Ja oddałabym za niego wszystko, kochałam go całą sobą i chyba nadal kocham, a on tak po prostu odszedł twierdząc, że chce mnie jako koleżankę/przyjaciółkę, ale nie jako dziewczynę... Wprost powiedział, że nie wróci, że mu mnie nie brakuje, że nie tęskni... Ale też pyta o moje samopoczucie, zdrowie... Jakbym wciąż była ważna...
A ja nie potrafię oswoić się z myślą, że już nie jesteśmy razem... Nie umiem się odkochać... Wiem, że potrzeba czasu, ale nie jestem w stanie dopuścić do siebie świadomości, że jestem sama, że on jest sam i że nie wróci... Bo pomimo tego, że nie wiem, czy przyjęłabym go spowrotem, gdzieś we mnie tli się nadzieja, że jednak poczuje, że mnie kochał i że mnie mu brakuje...
Nie umiem patrzeć na innych mężczyzn jak na obiekty zainteresowania, bo wciąż w moim sercu jest on...
I dobrze, że teraz (kiedyś w to uwierzysz), a nie za lat 10,20,30 czy 40.
skoro nie czuje, to nic nie poradzisz, idź do przodu, a życie w końcu przyniesie Ci szczęście tylko musisz na to pozwolić
3 2014-10-20 17:23:18 Ostatnio edytowany przez thepass (2014-10-20 17:28:13)
Ok to rozbijemy to, byś sobie coś ważnego uzmysłowiła (wiem, że i tak logika Ci nie pomoże, bo potrzebujesz emocji i nimi sie w zyciu kierujesz, ale to kwestia przewartościowania).
Nie umiem zaakceptować, że on już nie jest mój, a ja nie jestem jego...
Byliśmy razem 3,5 roku. Od końca drugiej klasy gimnazjum. Wpadliśmy po uszy. Poszliśmy do jednego liceum, aby się nie rozdzielać. Ciągle byliśmy razem, pragnęliśmy swojego dotyku, bliskości, wsparcia. Przeżyliśmy razem swoje pierwsze pocałunki, namiętności. Było wiele kłótni, wiele razy się nie zgadzaliśmy, ale zawsze potrafiliśmy jakoś się dogadać i pójść na kompromis.
Część pierwsza. Tak duże zapotrzebowanie na siebie to uzależnienie, a nie miłość. Nie dawanie, a branie, uwieszanie, chęć zmiany kogoś, czyli brak akceptacji. Zakochanie w wyobrażeniu, przerzucenie uczuć na kogoś kto nie istnieje. Przynajmniej po części. Szkoła to wybór ważny, przyszłościowy, a wybieracie to samo w imie miłości. To sie nie sprawdza nigdy. A że miłość nastoletnia, to zmienia się tu bardzo dużo, pozniej studia i ukonczenie studiów, praca, zakupienie mieszkania. Dopiero można mówić o mniejszej lub większej stabilizacji priorytetów.
Część druga... i tak się nie zgadzaliście, ale na tyle wam zależało że udawało się to pogodzić. A moze po prostu zamieść pod dywan? To jest tylko Twoja subiektywna ocena. Były kłótnie. Z jakich powodów? Może on na to spoglądał z innej strony (ba, na pewno, ale o tym później).
Był strasznie zazdrosny. Po niecałym roku związku postawił mi ultimatum - albo on, albo mój przyjaciel (którego znałam o rok dłużej niż jego i do którego nic nie czułam). Wybrałam więc miłość zamiast przyjaźni, ale nauczyłam się też zazdrości. Bo skoro mi nie wolno mieć przyjaciela, to dlaczego on miałby mieć bliskie koleżanki? Wiele było awantur o to, że któreś z nas nieświadomie pozwoliło sobie na flirt, że zbyt dwuznaczne teksty ktoś rzucał, ale jakoś zawsze to wracało do ładu... Aż do czasu, kiedy stwierdził, że chciałby mieć koleżanki i że nie powinnam mu tego zabraniać. Okay, ale w takim razie ja będę miała kolegów. Tylko jakoś nie umiał się pohamować od krzywych spojrzeń w stronę jakichkolwiek facetów w moim otoczeniu...
Myślę, że byliśmy ze sobą mimo wszystko szczęśliwi.
Część trzecia. Zazdrość, zaborczość i w konsekwencji Twoje robienie na złość. To albo problemowe osoby, albo niedopasowanie. Nieważne, ważne co z tego wynika. To pewnie tylko jeden problem i także widziany tylko przez Ciebie.
Idealnie podsumowuje to zdanie "mimo wszystko". No nie, za dużo w tym poświęcenia i romantyzmu. A to co prawdziwe to już ujrzał on. Ty też spojrzysz, gdy emocje opadną. Nie nalezy się poświęcać, nie możesz nikim rządzić, ani on Tobą. Spotkasz taki związek, gdzie tego nie będzie i wtedy poczujesz różnice.
Okazało się, że o wielu rzeczach mi nie mówił, bo "bał się mojej reakcji" i nie potrafił do końca mi zaufać, pomimo tego, że zawsze starałam się go zrozumieć i wesprzeć.
Część najważniejsza. Jego potrzeby. Ty mowisz, że oddałabyś wszystko, ale to tylko w Twojej wersji, bo co to znaczy? Jakieś dowody? Kłótnie powodowały to, że się oddalaliście. Czemu on nie ufał? Albo go nie rozumiałaś, albo dawałaś powody, albo miał problem ze sobą. Tak czy siak, to jest niedopasowanie i jeśli chcesz brać winę na siebie to tylko jedno trzeba wypracować: umiejętność słuchania, wyrażania opinii neutralnie, kompromisy czyli nie przerzucanie z jednej racji na drugą. Bo tak wyszło, że robił wiele rzeczy dla świętego spokoju, a Ty dla niego poświęcałaś się także dla świętego spokoju. To niszczy, a nie przybliża.
Jak można się odkochać po tylu wspólnych przejściach? Po wspólnym dojrzewaniu, bliskości?
A tu musze Cie zmartwić. To tylko buduje wspomnienia, lepsze... lub gorsze. Liczy się tu i teraz, liczy się perspektywa na przyszłość, wspólne cele, wspólne porozumienie. Przeanalizuj czy wy aby na pewno tak blisko ze sobą byliście, czy to juz od jakiegos momentu było rzeczywiscie tylko uczepianie się drugiej osoby w imie 'miłości', a nie prawdziwa więź, zrozumienie.
Nie warto żyć nadzieją i być naiwną, ani poświęcać wszystkiego dla kogoś kto i tak nie rokuje. Napisałaś tylko o zazdrości, ktora oczywiscie jest toksyczna, ale to tylko jeden konkret.
+ za doświadczenie. Wielu ludzi nie miało w ogóle związków w tym wieku, ani tak długotrwałych. Znasz też błędy, jego i Twoje, więc wiesz czego unikać w przyszłości.
Miłość to nie kwestia posiadania, a Ty jesteś uzalezniona. A jak to jest z uzależnieniami. Gwałtowne odcięcie boli najbardziej, ale pozniej to mija. A minie jeśli albo znajdziesz zastępstwo (nie zmienisz się, a przerzucisz znowu uczucia na kogoś), albo znajdziesz inne cele niż miłosne w życiu i będą wazniejsze dla Twoich odczuć. Nie warto pielęgnować wspomnień, bo tego już nie ma i znaczy tylko tyle, że jesteś mądrzejsza.
Powody kłótni bywały różne - od codziennych pierdół, po rzeczy ważne, ale nie zamiataliśmy niczego pod dywan. Zawsze doprowadzaliśmy sprawę do końca i staraliśmy się znaleźć najlepsze rozwiązania.
Tak, oddałabym wszystko. Poświęciłam dla niego przyjaźń, zmieniłam w sobie wiele rzeczy, stałam się lepsza jako osoba i jako dziewczyna, robiłam dla niego wszystko, co byłam w stanie zrobić.
Potrafię słuchać i potrafię neutralnie wyrażać moją opinię. Zawsze staram się zrozumieć drugiego człowieka. Co w nim siedzi, co go martwi. Nigdy nikogo nie osądzałam, próbowałam postawić się w jego sytuacji i jakoś pomóc.
Na początku obydwoje się staraliśmy budować ten związek, ale mam wrażenie, że kiedy zobaczył, że mi zależy sam przestał się wysilać, bo wiedział, że go kocham...
Byliśmy ze sobą blisko, wiedzieliśmy o sobie naprawdę wiele rzeczy i dobrze się znaliśmy. Ja byłam przed nim całkowicie szczera i otwarta. To on z jakiegoś powodu nie potrafił powiedzieć mi o wszystkim...
Moim zdaniem mogliśmy mieć przyszłość... Wiele planów i wartości dzieliliśmy, a w innych kwestiach różniliśmy się nieznacznie, na tyle, że spokojnie dało się pójść na kompromis i być szczęśliwymi...
To po co Ci partner, ktory nie umie rozmawiać? Coś mu nie pasowało, ale nie wiadomo co, nie wiadomo kiedy. Niby kompromisy były rozwiązaniem, ale widocznie coś było nie do przejścia. Mowił, że nie mógł Ci powiedzieć pewnych rzeczy i nie ufał. Rozumiem, że opisujesz to w ten sposob bo Tobie on odpowiadał i uczucia nie zniknęły, no ale na odwrót to nie zadziałało. Czasem nawet możemy być idealnymi, a ktoś nas chcieć nie będzie. Mimo wszystko pokazałaś, że jednak nie radziliście sobie z tą zazdrością. A czy byłas lepsza jako dziewczyna? Moze tylko też logicznie, bo jesli poswiecasz sie dla kogoś i pozwalasz sobą rządzić to też stajesz się nie taka ciekawa, a bardziej jak służąca do osiągania egoistycznych celów.
Oboje się baliście, bo byście sobie nie pozwalali na takie zachowania wobec siebie.
Tak, oddałabym wszystko. Poświęciłam dla niego przyjaźń, zmieniłam w sobie wiele rzeczy, stałam się lepsza jako osoba i jako dziewczyna, robiłam dla niego wszystko, co byłam w stanie zrobić.
Faktycznie, należy Ci się Tytuł Najlepszej Służki (honoris causa, bo już porozstaniowo
), ale nie na tym bycie w związku polega.
Coś Ci się pomyliło.
Nie chodzi o służenie. Nie nadskakiwałam mu. Po prostu starałam się nie być kłótliwa i wredna, co mi się na początku zdarzało.