Witajcie,
chciałem przedstawić swój problem, bo chyba dopiero teraz zrozumiałem, że mam ten problem. Zacznę od początku. Wszystko posypało mi się ponad rok temu, kiedy zostawiła mnie dziewczyna, od tamtej pory z chłopaka, który miał cele w życiu, tą energię i chęć do działania zrobiłem się leniwy, bez życia, bez jakichkolwiek celów. Wyjechałem za granicę rok temu za moją ex i miałem motywację, żeby ją odzyskać, ta motywacja była tak silna, że nie przeszkadzały mi trudny w ciężkiej pracy i nowej na budowie, nie przeszkadzał mi brak znajomości języka i samotność. Po 7 miesiącach wróciłem do kraju, bo moja misja się nie powiodła. Po powrocie, a był to akurat okres przed wakacyjny i wakacyjny znów stałem się tym chłopakiem pełnym energii i chętnym do spotkań z bliskimi. Przed 5 miesięcy codziennie praktycznie poza domem, cały czas miałem jakieś zajęcie. Chociaż brakowało mi motywacji do pracy, nie miałem jakiegoś celu. Po prostu się bawiłem, poznałem wiele nowych osób i korzystałem z życia, zaczęło mi się wreszcie coś stabilizować. Przyszedł wrzesień tego roku i telefon od mojego szefa z Anglii, a jest to wujek mojej ex, żebym wracał do pracy do niego. Początkowo byłem niechętny, bo raz, że zerwałem całkowicie kontakt z moją byłą, dwa, że ustabilizowałem swoje życie w Polsce i po trzecie bałem się znów zostawić wszystko i rozpocząć życie w samotności, a ja nie znoszę być sam. Nienawidzę po prostu. Ale w końcu się zdecydowałem, chociaż za cel nie stawiałem sobie już odzyskanie byłej dziewczyny, a uzbieranie na auto i po kilku miesiącach powrót do kraju. I tak znów wszystko zostawiłem, pracę, przyjaciół, rodzinę, pasję i wyjechałem. I po prostu brakuje we mnie życia. Nie mam na nic chęci, nawet pójście do sklepu wymaga ode mnie wielkiego wysiłku. Kompletnie nic mi się nie chce. W pracy gdyby nie anielska cierpliwość szefa to bym już nie pracował. Po prostu mój szef jest dla mnie jak wujek, spędzamy razem czas, on i jego rodzina traktują mnie jak rodzinę, którą z resztą mieliśmy być, bo poznaliśmy, że jeszcze jak byłem w związku z moją byłą. Ale w pracy nie mogę się zmotywować do niczego, naprawdę wielkim wysiłkiem psychicznym wykonuje to co mam zrobić. Po pracy to jeżeli nie spotykam się z moim szefem to nie wychodzę z domu, bo mi się nie chce. Od powrotu tutaj minął niecały miesiąc, a ja tęsknie za Polską. Słyszę tylko ciągle "obudź się", "weź się w garść" itp. A ja każdego dnia czuje po prostu jak ostatnie resztki życia ze mnie uciekają. Jest niedziela, zamiast pójść na miasto, ładna pogoda, ja śpię i nawet mi się jedzenie nie chce robić. Moja mama mówi, że przydałby mi się psycholog, że mam symptomy depresyjne... Brakuje mi strasznie miłości, osoby z którą spędzałbym czas. Ale nie mam szczęścia w miłości, ciężko którejś dziewczynie dostać się do mojego życia.
Straciłem motywacje do wszystkiego, chodzę smutny i przygnębiony, chociaż na zewnątrz może tego nie widać w towarzystwie, ale w środku po prostu czuje taką pustkę. Czuje, że moje życie jest bez sensu. Chociaż jestem naprawdę osobą bardzo lubianą, a dzięki mojemu poczuciu humoru łatwo mi się odnaleźć w towarzystwie, np. w pracy pod względem atmosfery to jest bardzo dobrze. Jako jedynemu udało mi się dogadać z takim jednym kierownikiem, którego nikt nie lubi, ani on nikogo nie lubi. A mnie wziął pod swoje skrzydła i traktuje jak syna. Ale najgorszy jest ten brak chęci i ten żal. Żałuje, że tutaj przyjechałem... coraz częściej uciekam do alkoholu, tata jest alkoholikiem, mama mówi, że jestem już taki sam jak on, tylko młodszy. Nie wiem co robić, bo naprawdę popadam w jakąś depresje. Żyje z dnia na dzień. Popadłem w długi i zamiast odkładać na samochód, muszę ciągle spłacać. Nie wiem co robić, jest dla mnie jakaś nadzieja?
Jestem młodym chłopakiem, a czuje się jak starzec. Jestem tylko ciałem, środek mnie po prostu jest gdzie indziej. Przerasta mnie to życie, czasem zastanawiam się dla kogo i po co żyć. Smutne i bezwartościowe to moje życie, a ja nie mam chęci i motywacji, żeby to zmienić, bo prostu nie wiem jak. A to, że jestem tutaj sam po prostu jest dla mnie jak nóż w plecy. Mi się już nawet nie chce poznawać nowych ludzi...