Męczy mnie już ta cholera samotność jeżeli chodzi o brak faceta. Próbowałam na portalu Badoo, kończyło się to kretesem. Poznawałam tam z pozoru fajnych kolesi, interesujących i niebanalnych. Dochodziło między mną a nimi do spotkań na żywo, jednak wprowadziły mnie one w jeszcze większy "dołek emocjonalny" i poczucie, że jestem skazana na samotność. Przez okres dwóch miesięcy widywałam się z jednym z tych facetów (krótka historia jest opisana w poprzednim wątku, który zakładałam jakiś czas temu). Skończyło się tak, że podczas mojego wyjazdu dostałam wiadomość, że organizuje imprezę, zaprasza mnie na nią, ale żebym się nastawiła na to, że spotkam tam jego "aktualną laskę". No właśnie, aktualna laska... wtedy zadaje sobie pytanie, czy jestem aż tak antyzwiązkowa i nieinteresująca, że pomimo tego, że mu się podobałam pod względem fizycznym, to nie chciał się spotykać ze mną częściej niż raz na tydzień/dwa, nawet na jakiś głupi wypad do kina po to by się poznać jeżeli chodzi o charakter, takie zwykłe pitu pitu, które zbliża ludzi?
W takich momentach podupadam całkowicie. Patrzę w lustro i pomimo tego, że przyjaciele, czasem obcy ludzie komplementują to i owo, ale ja tego w sytuacjach gdy co rusz faceci mnie zawodzą i ranią tego nie dostrzegam. A jeżeli to wina mojego charakteru, tego jak się zachowuje na co dzień? nie wiem, może i tak, ale na brak przyjaciół, i damskiej i męskiej płci nie narzekam. W domu zaszyta non stop też nie siedzę. Studiuję na UW, od czasu do czasu pracuję, jeżdżę na festiwale i koncerty, wychodzę na imprezy gdzie poznaje znajomych moich znajomych, do pubu, biblioteki, czasem pójdę potańczyć do klubów, gdzie przypałętają się pijani albo naćpani kolesie, którzy od razu za dupę i cycki łapią. Sorry, ale takie "powodzenie" mnie nie satysfakcjonuje. Brak mi kogoś kto się zainteresuje tym, że mam coś ciekawego do powiedzenia, posłuchać wspólnie muzyki, pójść do teatru i kina, pić alkohol, kłócić się po to by się potem pogodzić. Zamiast tego to albo panowie w kwiecie wieku +50 na ulicy/w tramwaju odkrywają we mnie "śliczną dziewczynę" albo ci, których ja chętnie bym poznała, mają wyjebane jaja. Najpierw gdy ja jestem zdystansowana i ostrożna w jakiś deklaracjach, to panowie zwodzą żeby wrażliwy człowieczek taki jak ja mógł się złudnie upewnić w tym, że "faktycznie, może warto się zainteresować sobą wzajemnie i się spotykać". Gdzie poznać tego "ogarniętego i normalnego" faceta z charakteru i wyglądu, bo nie oszukujmy się, jest to dość ważny aspekt, aczkolwiek uważam, że jeżeli ktoś podoba nam się z osobowości, to staje się atrakcyjniejszy jeżeli chodzi o wygląd, więc nie jest to priorytetem.
Rozumiem, że trzeba czekać, bo nie przyczepie sobie tabliczki "jestem wolna, jak ci się podobam to zagadaj", tylko to czekanie jest frustrujące, a im dłużej to trwa to trudno jest mi kierować się zasadę "miej wyjebane a będzie ci dane".
Ot takie moje gorzkie żale.