Witajcie,
To forum od lat pomagało mi jakoś przetrwać, ale nigdy nie miałam odwagi napisać. Dziś nastąpił pewnego rodzaju katharsis. Zrozumiałam, że tej miłości już nie ma, a on zostawił mnie samą w zgliszczach naszego kiedyś "wspólnego świata". Czuję, że utknę tu na zawsze. On ma już nową partnerkę - 10 lat młodsza ode mnie, beztroska, wesoła dziewczynka. Teraz jest czas żeby ja rozkochać w sobie. Widzę na facebooku jak jej grono znajomych powiększa się o jego przyjaciół, jak wstawiają fotki z wyjazdów, imprez, wesel. Sama sobie szkodzę,ale nie umiem ich nie szpiegować- to obsesja. U mnie została ogromna pustka, ból, tęsknota i strach czy to się kiedyś jeszcze powtórzy. Ja go kocham, ale taką bardzo niezdrową miłością. Miłością zaborczą, auto agresywną, destrukcyjną. Mam poczucie, że jestem nikim bez niego, że nikt mnie nie zechcę. Przypomina mi się scena z filmu "gorzkie gody" gdzie bohaterka na kolanach błaga mężczyznę żeby jej nie zostawiał, że może ją zdradzać, bić tylko żeby z nią był. Jakbym widziała siebie. Nawet teraz jak jest z inną to bym go przyjęła z powrotem, wybaczyła wszystko. Już tak było nie raz...Ja przy nim nauczyłam się pewnych schematów. On jest cudowny,a ja jestem okropna. On mądry,a ja głupia.On przystojny ja bardzo brzydka. Każda kłótnia to moja wina i muszę przeprosić i obiecać zmianę. Muszę robić co mi karze bo mnie inaczej zostawi. Mam pieprzyk nie tam,gdzie trzeba to go usuwam. Mam za jasne włosy to przyciemnię. I tak było przez prawie 4 lata .Nie, nie 4 lata związku. Związek trwał ok 2 lat. Reszta to były przerwy, gdzie nie był gotowy na związek albo miał inną dziewczynę albo zdradził ze swoją eks. Niestety razem pracowaliśmy biurko w biurko i dlatego to ciągle było żywe. Ja ciągle nie odpuszczałam,a on wiedział, że ma swoje "koło zapasowe" i na pewno cieszyło go moje uwielbienie.Czemu tytuł duet z piekła rodem? On Piotruś Pan (nawet jego imię to Piotr), a ja cechy typowe dla borderline. Można tylko sobie wyobrazić co się działo. Jak było dobrze to było bosko. Piotruś Pan, który zabrał mnie w podróż mojego życia. Jak było źle to było piekło. Nie wiem jak mam dalej żyć. Jak chociaż trochę odbić się od dna. Nie jem,nie śpię i nic mnie nie cieszy. To nie jest świeża sprawa bo mnie zostawił w grudniu. Tyle,ze potem jeszcze jakieś pół roku robił nadzieje. Sypialiśmy ze sobą, zaprosił na Wielkanoc, na działkę, czasam za rączkę złapał no i ciągle liczył na moją pomoc i ciągle się żalił jakie życie jest okrutne dla niego. Ja wierzyłam, że wróci,a jak ją poznał to krótka piłka była. Każdy sms liczę,ze jest od niego. Jestem jego więźniem. Czekam na każdy ochłap,a jest ich coraz mniej
. Nigdy nie uciekałam przed odpowiedzialnością bo wiem, że jestem współwinna. Pomożcie...