Siemanko. Mam 23 lata, jestem właśnie po swoim pierwszym związku. Trwał on 5 miesięcy. Zerwanie nastąpiło z obu stron, ale mi nadal zależy
Pozwolę sobie przybliżyć Wam moją historię.
Od początku mega się angażowałem. Spotykaliśmy się przez jakiś miesiąc i jeszcze gdy nie byliśmy razem, dałem Jej mega prezent na mikołajki (poduszka, żelki itd.; na wszystko wydałem jakieś 60-80pln), który bardzo ładnie zapakowałem. W podziękowaniu otrzymałem czekoladę (wychodzę z założenia, że liczy się gest). Otworzyła go w domu, przy czym podziękowała (telefonicznie, drugi raz, jako że pojechałem do domu). Następnie zaprosiłem Ją na sylwestra. Zapraszałem jakieś 3 razy, przy czym za każdym razem milczała. Później powiedziała że nie, że chce go spędzić z przyjaciółmi. Ok. W międzyczasie kłócliśmy się przez X razy i nawet stwierdziliśmy że skoro to tak wygląda to zostaniemy kolegami, aby później ze sobą być, no ale mniejsza, o tym później. Jak się kocha, to potrafi się zapomnieć
Później, 10 stycznia, urządziłem Jej świetne urodziny. Posiadówa przy herbatce we 2, lodowisko, kolacja w restauracji, akademik w którym mieszkałem, gdzie czekali na Nią znajomi - niespodzianka. Tego wieczoru też pocałowałem Ją po raz pierwszy (przed wejściem do akademika). Po urodzinach, następnego dnia, pojechałem do Niej. Było bardzo fajnie, odprowadzając mnie na przystanek, złapała mnie za rękę. Na przystanku zapytałem, czy nie zechciałaby ze mną być. Powiedziała, że "możemy spróbować" (niedawno dowiedziałem się, że to nie znaczyło "chcę", bo od początku nie była mnie pewna; liczyła na to, że się zmienię..). Gdzieś wcześniej urządzała też urodziny dla znajomych, dla 20 osób i mnie nie zaprosiła. Poczułem się urażony, bo skoro się angażuję, to czemu by mnie nie zaprosić? Zreflektowała się gdy już pojechałem do domu, ale było już za późno.
Kolejne co pamiętam to kłótnia o to, że mnie wystawiła (przyczyna - trzeba poczekać aż opadną emocje i wyjaśnić, już nie pamiętam co.., bo teraz to nie ma sensu). Umówiła się, nie powiedziała że przyjeżdża. I tak trzy dni pod rząd. Chciałem się spotkać, wyjaśnić, ale twierdziła że nie jest gotowa, bo musimy poczekać aż opadną emocje. Zrozumiałem, przecierpiałem. Zadzwoniłem dnia trzeciego, powiedziałem że jest mi z tym źle, że tak być nie może i musimy porozmawiać (słyszała, że jestem znerwicowany i prawie że płacz w moim głosie). Powiedziała, że jutro (taak, nie chciało Jej się ruszyć dupska z domu, by do mnie przyjechać; miała 20 km na uczelnię przy której mieszkałem i wymigiwała się tym, że dojeżdżanie po kilka razy dziennie Ją męczy). Jedynaczka, mieszkająca z rodzicami.. chyba normalka
No dobrze. Spotkaliśmy się, powiedziałem co myślę, zapytałem czy nie będzie mnie wystawiała, a jak będzie to co? Powiedziała, chyba pod przymusem, że już mnie nie wystawi. Uroniła łzę. Spoczko, wyjaśnione, lecimy dalej. Wystawiła mnie po raz czwarty (umówiliśmy się na juwenaliowy koncert Happysadu, którego zacząłem słuchać dla Niej i kupiłem Jej płytę na urodziny. Przez trzy tygodnie obiecywała że będzie, tego samego dnia o 12:00 i 17:00 też, by o 18:00 napisać, że rodzice wracają z nad jeziora i musi poodkurzać, a nie chce budzić babci i nie wie czy przyjedzie, bo na godzinę to Jej się nie opłaca..). Następnego dnia poszedłem na uczelnię i Jej wykrzyczałem, że mnie wystawiła. Usłyszałem: "przecież przeprosiłam, co mam jeszcze zrobić?". Ba, wina była po mojej stronie, bo poprzedniego dnia nie odpisywałem i dowiedziała się od koleżanki że żyję. Napisała mi: "Misiek? :*" i później znak zapytania, co miało znaczyć że się o mnie martwi. Wina po mojej stronie, ok
Później poszła na wesele z przyjacielem. Powiedziała mi, że są przyjaciółmi już siódmy rok i że byli w związku przez 3 miesiące (później okazało się, że przez 3 dni). Puściłem Ją, ale byłem cholernie zazdrosny. Fakt, sama o 20:00 napisała co tam u mnie, ale ja nadal byłem zazdrosny. 2x wysłałem smsa o treści: "tylko nie zrób nic głupiego
". Od tamtego czasu wszystko się popsuło (to było 2 tygodnie temu). Nie szukała spotkań, nie dzwoniła, nie pisała pierwsza.. (gdzie wg. mnie jak jesteś zazdrosny raz czy dwa na pół roku to jest to normalne, ludzie robią głupie rzeczy po alkoholu i wszyscy o tym wiemy..). W ogóle Jej nie zależało. No dobra. Później spotkaliśmy się "normalnie" 2x. Raz, do kina, gdzie Ona siedziała na krześle przez całe spotkanie, na końcu którego skończyliśmy w łóżko (zaspokoiła tylko mnie, standard.. mówiłem, że stąd się bierze zazdrość, ale słyszałem tylko argumenty - chłopaki chodzą w przedpokoju, nie zawsze mam ochotę..; uparcie twierdziła że Jej nie ufam). I drugi, poszliśmy na obiad do restauracji. Umówiłem się z Nią też później, kiedy mieliśmy przerwę - 3dniową. Zaniosłem Jej na uczelnię śniadanie. W tym czasie też pisała czasem smsy, więc myślałem że wszystko jest na dobrej drodze. Podziękowała za nektarynki. Dostałem też smsa (po swoim) o treści "ja też mimo wszystko bardzo Cię kocham :*" Przełożyła spotkanie na dzień następny (który miałem cały wolny, ale nie chciała się spotykać; napisała, że z zakupami się nie wyrobiła i idzie też jutro + ma egzaminy i musi się uczyć, ale spotkamy się, zrobi to dla mnie, chociaż nie chce, bo wie, że ja chcę - a ja nie chciałem, ja potrzebowałem). Pojechałem na chwilę (powiedziałem Jej o tym dzień wcześniej, że skoro nie chce, to nic na siłę, ale ja przyjechać muszę, jako że właśnie tego dnia stuknęło nam 5 miesięcy). Pojechałem z winem, nektarynkami i kwiatami, słysząc tekst: "jeśli myślisz że mnie przekupisz to się grubo mylisz". Po tym wszystkim chciała przerwy (nie wiedziała kiedy Jej przejdzie. Miesiąc, dwa, trzy..), powiedziałem - ok, bardzo Cię kocham, będziesz miała tyle czasu ile potrzebujesz. Dowiedziałem się też, że dopiero teraz zacząłem się starać.. No i co, po niecałym tygodniu (czwartek - niedziela) doszła do wniosku, że pora się rozstać. Dostałem smsa o treści: "Ostatni egzamin masz w środę, tak?". Napisałem "tak". "To dobrze przyjadę". Bla bla bla, na końcu: "nie powiem Ci tego przez telefon". Powiedziałem że przyjdę we wtorek (wtedy do miała egzamin). Chodziła po uczelni obojętnie do mnie, unikając mnie. Siedząc przez 5 min zapytała: pogadamy dzisiaj w ogóle? Ja na to: Później, jak pójdziemy do knajpy. Usłyszałem: Nie widzę takiej potrzeby. Ale poszliśmy. Po złożeniu zamówienia zapytałem: No to po co chciałaś się spotkać? Ona: chyba się domyślasz. Ja: no domyślam, ale chcę to usłyszeć. Ona: nie czuję już tego samego. Myślałam że mi przejdzie. Powiedziałem: wiesz co, ja w sobotę też doszedłem do wniosku że to nie ma sensu. Opowiedziałem Jej jak to widzę, zapytałem czy te słowa z Jej ust (kocham Cię) były szczere (twierdziła że tak) i poszedłem. Po wyjściu z knajpy czekała nie wiem na co, powiedziałem tylko: no to co, pa. Ona: pa. I się rozeszliśmy. Po jakiejś godzinie do Niej napisałem: "Jakbyś mnie potrzebowała to pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć". Odpowiedziała: "I nawzajem". Wieczorem dostałem smsa: "Nie wiem czy chcesz mieć teraz ze mną jakąkolwiek styczność, ale życzę Ci powodzenia jutro na egzaminie". Ja na to zacząłem konwersację że chcę, że nadal mi zależy, że bla bla.. (zły ruch, wiem, emocje..) i że zostawiam Jej otwartą furtkę i może w przyszłości będę chciał przyjaźni (kur.. co?! wcześniej mówiłem, że nie wierzę w przyjaźń damsko-męską i to do Niej.. shiiit). Że szkoda że nic do mnie nie czuje, bla bla.. Ona: nie myśl o tym. Podobno to był proces i trwał już jakiś czas..
Wczoraj zadzwonił do mnie koleś z teatru, do którego idziemy. Prosił, bym Ją zapytał odnośnie biletów, cudzych. No to zadzwoniłem (zamiast napisać smsa..). Oddzwoniła po jakimś czasie, tłumacząc się gdzie była i co robiła. Po całej rozmowie dostałem smsa: "Zły na mnie jesteś?". Nie odpisałem. Uważam, że po 5ciu m-cach bycia razem powinna wiedzieć kiedy jestem zły, a kiedy nie. Później napisała: "Mogę nie pisać, nie ma sprawy. Powiedz tylko czy idziesz do teatru". Również nie odpisałem. W poniedziałek obiecała mi, że pójdzie, ale teraz mam wątpliwości. Zarezerwowałem nam dwa oddzielne miejsca, w całkiem innych rzędach. Po spektaklu się z kimś umówię i pójdę, by z Nią nie przebywać.
Wystawiła mnie jeszcze raz, ale to w przerwie i w Jej stylu. Poza tym, w przerwie, zdawałem egzamin, zapytała jak mi poszło. Nie odpisywałem przez godzinę, dostając za to smsa: "możemy nie pisać, nie ma problemu".
Wysłała mnie też do psychologa. Poszedłem. Twierdziła, że w Niej nie ma problemu. Zmieniłem w sobie X rzeczy, twierdziła że nadal jest to samo. Że wybiegam w przyszłość (pytając w czwartek czy widzimy się w poniedziałek.. przykładowo; gdyby Jej zależało, zrobiłaby wszystko by się spotkać, nieprawdaż?).
A, no i po rozstaniu usłyszałem, że jestem maminsynkiem. Wcześniej mówiła też, że cała moja rodzina jest przeciwko Niej (siostra powiedziała, żebym pomyślał o innej skoro nie jestem szczęśliwy, powiedziałem Jej o tym przez tel. Nie mogłem wytrzymać, chodziłem cały nabuzowany. Ona też nie lepsza, bo pytała przyjaciół czy ze mną nie zerwać, a tamci że tak.. mimo wszystko przy mnie była).
Miała przede mną 6, ale z żadnym nigdy nic. Ze mną też. Najdłuższy związek - 8 miesięcy. Ma 20 lat. Kończyło się na słowach. Ręką zaspokoiłem Ją jakieś 5 razy (rozumiem że brak warunków, ale bez przesady). Też nigdy tego nie robiłem, gwoli ścisłości.
A co do kłótni, to zazwyczaj przez smsy lub przez telefon, bo na żywo patrzyła w ziemię i nie wiedziała co powiedzieć.. a przez tel. musiała. Czy mam Jej cokolwiek odpisać, czy milczeć i zobaczyć czy przyjdzie? Podobno jak Jej zależy to wróci, ale.. no nie sądzę, chyba przemyślała swoje słowa. Podobno "nie może mi zapomnieć tego co było wcześniej". Czyli czego, krzyków z mojej strony bo mnie wystawiła, a ja poszedłem do psychologa i starałem się kontrolować emocje? Czy tego, że byłem zazdrosny o przyjaciela i to był niby brak zaufania z mojej strony? Nic nie rozumiem.. ![]()