Stwierdziłam, że założę osobny wątek dla potrzeby mojego problemu.
Być może część kwestii pokrywa się z poprzednimi wątkami ale moja historia jest bardzo specyficzna.
Od początku.
Poznaliśmy się przeszło 2 lata temu. Pracowaliśmy w jednej firmie, razem (z innymi) zaczynaliśmy pracę w tym samym okresie.
Praca polegała na całotygodniowych wyjazdach po Polsce w celu promowania artykułów zdrowotnych. Podjęłam tę pracę bo:
1. Nie miałam nigdy szczęścia do "stałych etatów" - jestem wolnym duchem
2. Nie miałam - chronicznie - kasy
3. Siedziałam całymi dniami w domu i było mi nudno, pusto i źle.
4. Miałam chłopaka (od 6-ciu lat), który regularnie przyjeżdżał do mnie o 20 00 i wracał o 23 00. (bo tak mu pasowało). Ledwo pojawiała się w drzwiach już od progu żądał herbaty albo kawy albo kolacji.
Czułam się jak jego gosposia.
Ponieważ nie miałam nigdy ojca (zostawił mamę, gdy miałam pół roku) zawsze mi w życiu brakło męskiej czułości, wsparcia, dodania odwagi, docenienia.
Warto dodać, że jak byłam całkiem mała (2-4 lata) bawiłam się żołnierzykami, skakałam z drzew i lubiłam ryzyko. Raz nawet, gdy paradowałam z przywieszonymi do pasa pistoletami, zobaczyli mnie policjanci, którzy przyjechali do nas o coś spytać moją babcię. Stanęłam wówczas w drzwiach na szeroko rozstawionych nogach i przyjęłam groźną minę. Policjant powiedział do babci: ale ma pani odważnego wnuka - gratuluję!
Tylko, że ja byłam dziewczynką!
Później, często mama mówiła do mnie (!!!) mój mały mężczyzna, bo potrafiłam wykłucać się w jej obronie z sąsiadami, etc.
Ta rola dobrze weszła mi w krew i tak jakoś podświadomie czułam, że mężczyźni są źli i trzeba z nimi walczyć. często też (do dziś mi się zdarza) kiedy spotykam jakiegoś faceta robię wyzywającą minę i patrzę mu prosto w oczy, jakby zapraszając do walki.
Jednak im jestem starsza tym bardziej widzę, że to jakaś sztuczna tożsamość, z którą prawdziwa "ja" niewiele mam wspólnego.
Tak czy owak nie szło mi z facetami, mimo, że jestem , jak mówią ładną, atrakcyjną kobietą.
Pierwszą miłość przeżyłam w wieku 12 lat. Byłam w nim śmiertelnie zakochana.
On był 5 lat starszy i w domu zakazywano mi się z nim spotykać. Tzn. w ogóle nie miałam pozwolenia na widzenia z nim.
Spotykaliśmy się więc w lesie, ogrodzie, gdzieś, na skraju ulicy.
Wieczorami on stukał kamyszkami w moje okno a ja znajdywałam "pretekst" by wyjść na dwór.
To ja pierwsza (jak zwykle) wyznałam mu miłość.
Mogliśmy godzinami gadać o tym i tamtym, rozmowom nie było końca.
Ale niestsy, pewnego dnia do mojego domu doszedł anonim od "życzliwych", którzy uświadomili moją rodzinę jak sie rzeczy mają i od tego czasu on mnie unikał. Pewnego dnia w przypływie desperacji postanowiłam się do niego wybrać, bo długo się nie pokazywał. On wyszedł, powiedział, że z nami koniec i, że ma inną.
ten dzień był dla mnie koszmarem. Działo się to gdy miałam niewiele ponad 13 lat ale ból i miłość do niego pozostały we mnie aż do ukończenia 20 r.ż.
Żeby było ciekawiej, on spotykał się ze mną potajemnie. nigdy się mną nie chwalił przed kumplami, choć była to tajemnica poliszynela, że jesteśmy razem. To ja byłam dumna, że go mam.
Kiedy on wychodził z podstawówki i mieli bal pożegnalny nie zaprosił mnie na niego bo się wstydził. Ja nikomu się nie podobałam bo miałam "grube nogi".
Przełknęłam to jakoś. było wtedy dla mnie naturalne, że coś jest ze mną nie tak i to i tak łaska z jego strony, że on mnie chce.
Później po latach powiedział mi, że byłam jego prawdziwą miłością ale się mnie wstydził. Powiedział też coś takiego "cały czas za mną latałaś". Wstydzę się, ale to była prawda. Byłam tak spragniona odrobiny akceptacji, że latałam, czekałam, miałam nadzieję, pisałam pamiętniki ....
c.d.n.
P.S. Z tym pierwszym chłopakiem łączyła mnie tylko miłość platoniczna, przytulenia, pocałunki, nic poza tym.
Drugiego faceta poznałam przez ogłoszenie w wieku 20 lat (co za wstyd ale nie potrafiłam normalnie nawiązywać tego typu znajomości)
On był wielkim artystą. W domu miał bajzel, sterty gazet, książek, etc. miał wielkie plany zostać reżyserem. Nasze rozmowy wyglądały mniej więcej tak: Ja cos opowiadałam o sobie, o swoich rozterkach a on mi mówił: misiu, daj sobie spokój z tą dziecinadą, weź się w garść". .Kiedy błagałam go nie raz aby został dłużej (wracał zawsze p 23 00) to tłumaczył, że tak mu wygodniej.
Z nim straciłam dziewictwo. Przyjeżdżałam do niego na całe noce. On mieszkał z ojcem. I ten ojciec krzywo na mnie patrzył. W końcu przestał się do mnie odzywać. Mój facet mi poniewczasie wyjaśnił, że wg jego ojca dziewczynie nie wypada tak od razu nocować u chłopaka. Ja tego nie pojmowałam. Nie nauczono mnie w domu tego typu norm. Stąd tez dla jego ojca byłam, jak to ujął "dziewczyną znikąd".
Bardzo mnie to bolało i nalegałam, żeby mój facet jakoś nas sobie przedstawił ale nie doczekałam się tego.
Mój facet był porywczy i gniewny. Raz mnie uderzył bo był w złym humorze z powodu awarii komputera.
Raz nawrzeszczała na mnie przez telefon, że nie chciałam mu pożyczyć komórki, bo jemu się popsuła.
Jednak ja, jak głupia ciągle z nim byłam. Gdy chciałam odejść, on poprawiał sie na chwilę i dalej robił co chciał.
Najbardziej bolało mnie, że nigdy nie brał mnie poważnie.
Interesowałam się w tym czasie ezoteryką, itp., huną, buddyzmem.
Dla niego to były bzdety, które kwitował jednym zdaniem.
Ciągle mnie pouczał co powinnam robić, z kim się zadawać.
Ale i tak robiłam swoje.
Nigdy go nie zdradziłam.
Niestety, już po rozstaniu ze mną, kiedy go definitywnie rzuciłam on przyznał się, że zdradzał mnie ze swoją "dobrą koleżanką" która miała wielki cyc.
Szlochał i przepraszał ale wtedy coś we mnie ostatecznie pękło. Do końca.
Już nawet nie chodziło o zdradę.
Chodziło o to, że od początku mnie oszukiwał, rzadko miał dla mnie czas, wymawiał się "robotą".
na koniec rzucił mi: "ale ty byłaś naiwna, że tego nie zauważyłaś".
Byłam. Ufałam mu bezgranicznie.
Zanim jeszcze się rozstaliśmy, postanowiłam wyrwać się z kieratu, w który mnie wtłoczył.
Jego codzienne przyjazdy, przesłuchania dlaczego nie chcę się z nim widzieć danego dnia.
i te telefony. Zawsze jak dzwonił, jego pierwszym pytaniem nie było "co słychać" ale "gdzie jesteś".
Moja wolna dusza nie znosi kajdan więc postanowiłam się uwolnić.
c.d.n.