Hej.
Do niedawna patrzyłam z przymrużeniem oka na mój problem. Tłumaczyłam sobie, że jestem jeszcze młoda. Od pewnego czasu zaczyna mnie to złościć, irytować, zastanawiam się nad przyczyną tego, co się ze mną dzieje. Ale od początku.
Mam 25 lat. Nie udało mi się jeszcze przeżyć orgazmu. Wiem, wiem - czytałam, że swojego ciała trzeba się nauczyć, badać, i to nie jest takie hop siup. Mówi się też, że skoro facet nie doprowadził kobiety do orgazmu, to jest słabym kochankiem...Bzdura. Miałam 5 facetów, więc raczej niemożliwe, by każdy był ciapą. ![]()
Z pierwszym chłopakiem kochałam się kilka miesięcy, średnio raz w tygodniu. Były to moje początki, więc nie przejmowałam się, że nie dochodzę, bo mimo to było przyjemnie.
Drugi facet, byliśmy razem przez 3 lata. Nie patrzyłam na siebie. Najważniejszy był on i sprawianie jemu przyjemności. Kiedyś powiedział coś w stylu, że może mam obniżoną fukcjonalność mięśni kegla,skoro znów nie doszłam, a ja mu na to, że raczej z powodu jego małego fiutka, bo faktycznie był słabo wyposażony, ale kochałam go i to nie było dla mnie ważne... Po tym incydencie zaczęłam oczywiście udawać, że dochodzę, dla świętego spokoju. Przyjemność sprawiał mi palcami i właściwie tak przez 3 lata wolałam jego rękę lub usta niż jego ,,małego''...
Po zakończeniu tego związku, postanowiłam nie wiązać się na poważnie z nikim, miałam dwie jednorazowe przygody, z czego ta druga to naprawdę niesamowity seks z kolegą, i czułam , że niewiele mi brakowało...
Teraz... jestem od 2 lat z facetem świetnie obdarzonym i naprawdę wspaniałym w łóżku. Są różne pozycje, jest urozmaicenie, czasem jest ostro, czasem spokojnie i romantycznie, na trzeźwo, po alkoholu, i nic... Jest na luzie, jest gdzieś na szybko - żadnego rezultatu...Na początku jest mi super, bodźce się intensyfikują do pewnego momentu, ale po ok 20 min (mój partner może długo) zaczyna mnie to nudzić i staram się to kończyć. Oczywiście udaję, że doszłam, a on mi wierzy...Doszłam w tym już do takiej wprawy... Okropnie się z tym czuję, ale to dlatego, bo nie chcę, by było mu przykro. Przez początkowy okres naszego współżycia on był bardzo niezadowolony z siebie, że mnie nie zaspokoił, choć tłumaczyłam mu, że ja tak mam. Widziałam jednak, jak się potem czuł i chodził przygnębiony, więc chiałam mu tego zaoszczędzić, bo on sie stara naprawde o mnie zadbać.
Oczywiście masturbuję się od czasu do czasu, bo nie wytrzymałabym.
ps.Gdybym miała pieniądze na seksuologa, to zamiast zakładać wątek na forum, zapisałabym się na wizytę.
ps2.Wiem, że oszustwo w sprawach seksualnych to zło, ale ja doskonale o tym, więc nie potrzebuję tego czytać tysiąc razy.
Jeśli do końca życia ma tak wyglądać mój seks, to chyba wolę wcale...Z góry dziękuję za wskazówki...