Od 1,5 roku jestem z moim partnerem, jesteśmy oboje w okolicach 30tki. Kiedy się poznaliśmy był to jak grom z jasnego nieba, on od razu się zaangazował, był mną zafascynowany, przez pierwsze pół roku chodził za mną jak w transie. Niestety ja podchodziłam do tego ostrozniej, nie byłam pewna co z tego będzie, miałam wątpliwości o których wiele razy rozmawialiśmy. Po roku postanowiliśmy razem zamieszkać, chciałam zobaczyć jak to będzie już tak naprawdę, no i się zaczeło - moje fochy, kłótnie o pierdoły, czepianie się. On wszystko przyjmował, zmieniał w sobie, akceptował mnie, dalej okazywał uczucie. Oczywiście do czasu, bo pewnego dnia coś pękło a on zmienił się o 180 stopni.
Dalej twierdził że mu na mnie zależy ale przyznał że coś w nim pękło i już nie będzie o to zabiegał ani rwał sobie włosów z głowy. Dotarło do mnie, że przesadzałam, staram się zmienić, pracuję nad sobą i muszę nieskromnie powiedzieć ze trzymam nerwy na wodzy, zaakceptowałam pewne jego zachowania, które wcześniej mnie drażniły, dałam więcej swobody, przestałam się "rzucać". Wiadomo że nie jestem ideałem, bo temperamentu się nie zmieni ale widać że chce się zmienić.
Niestety on tego nie docenia... jest chłodny, stał się bardzo drażliwy, obraża się, nawet ton głosu ma inny. Już nieważne że zwracam mu uwagę na coś istotnego - zawsze słysze, ze znowu się czepiam, że jestem kłótliwa, że nie potrafię odpuścić. Rzadko pierwszy wyciaga rękę, rzadko przeprasza nawet jeśli zawalił.
Ostantio miałam kłopoty w pracy, moja posada wisiała na włosku, przechodziłam bardzo trudne chwile i byłam kłębkiem nerwów, pewnego dnia zadzwoniłam do niego w drodze z pracy, zapłakana bo kariera mi się wali. Wysłuchał i powiedział ze pogadamy w domu, po czym zamiast przyjechac planowo, spóźnił się godzinę. Warknęłam na niego po powrocie, że czekałam a on nawet nie napisal że będzie później, w odpowiedzi dostałam wiązankę, że mam się odpowiednio zachowywać, że robie mu aferę i tyle? poszedł do drugiego pokoju. Przyszłam do niego mówiąc ze dziekuje za wsparcie a on na to że dostanę je jak przeproszę za naskoczenie na niego. Zatkało mnie.
To ja się staram, wychodzę ze skóry żeby naprawić relacje a on co? Poczuł się pewnie i już nic z siebie nie daje. Popłakałam się, dwa dni nie gadaliśmy po czym kiedyś złapał mnie na popłakiwaniu w kuchni i przytulił, pogadalismy o tamtej sytuacji ale nie doszlismy do kompromisu, każde z nas uznało że druga strona jest winna. Zostawiliśmy to ale ja dalej czuję bół? dlaczego on łapie dystans i zachowuje się totalnie inaczej niż wcześniej? Co mam zrobić albo co robie nie tak?