Witajcie
Mam poważny problem... Wymaga on dłuższego wyjaśnienia, więc będzie trochę czytania. Tak więc od samiuśkiego początku.
1)Kilka słów o mnie. Mam 19 lat i nie maiłem jeszcze dziewczyny. Nigdy jakoś z tego powodu nie czułem dyskomfortu. Nigdy nie pojawiła się osoba, która wzbudziła by u mnie jakieś większe zainteresowanie. Ja sam jestem pełny sprzeczności. Mam prawicowe poglądy i nie boję się ich głośno przedstawiać. Mówię co sądzę na dany temat, nie boję się ostro wymieniać zdań. Mam swój system wartości: wierność, pamięć, honor. Jestem wrażliwy (czyt. "słaby", "miękki") i umiem współczuć. Mam liczne zainteresowania, ale nie są to lubiane przez wszystkich motoryzacja, sporty ekstremalne, czy w ogóle sporty. Jestem militarystą. Lubię broń, wybuchy, CZOŁGI, modelarstwo, czyli taką "dziecinadę", metal (koncerty) i opuszczone, stare miejsca (chcę pojechać do Czarnobyla). Szukam kobiety, nie "lalki do sexu". Dla mnie nie musi być ona niewiadomo kim, niewiadomo jaka idealna pod wzglądem figury, finansów. Ma być miss dla mnie, a nie lalą na pokaz. Sam jestem wysoki i (chyba) nawet przystojny. Uważam się za osobę odważną ale... nie w stosunku do kobiet. Znaczy... Z typowymi "koleżankami" umiem rozmawiać, śmiać się, żartować, ale nie z dziewczynami do których coś czuję... a właściwie do jednej.
2)Minęło gimnazjum, zaczęło się liceum - nowi ludzie, nowe dziewczyny. Pojawiła się pewna osoba, ale nie było między nami nawet rozmów. Zawsze się mijaliśmy i tylko "cześć", "cześć". Z czasem (w połowie drugiej klasy) zaczęliśmy rozmawiać, znajdować wspólne tematy. Wycieczki szkolne - wspólne rozmowy, przesiadywanie w domkach, coś tan się wiązało. Niestety nie umiałem w tedy czytać z mowy ciała. Ale pamiętam, że śmiała się z moich historii, żartów. Wakacje nie minęły na wypoczynku, a na pracy. Miałem mało czasu i poświęcałem go na... granie w gry komputerowe... Wrzesień, klasa maturalna. Polonez - szansa by coś nawiązać. Wysłałem wiadomość z zapytaniem, czy nie chciałaby ze mną tańczyć. Odpisała, że nie wie "bo ma jakieś tam plany". Odpisałem, że ok i że czekam na odpowiedź. Nie dostałem żadnej. Tańczyła z innym chłopakiem z kalsy (z panem X), ja (czekając długo na odpowiedź) musiałem poprosić inną koleżankę (Y). Wiedziałem, że muszę zacząć pracować nad sobą. Pozbyłem się gry która tak bardzo mnie ograniczała. Zacząłem BARDZO zwracać uwagę na słowa, które wypowiadam, na zachowanie. Zawsze pomagałem w przygotowaniach do np.: wigilii klasowej, w sprzątaniu, taszczeniu. Kobiety przepuszczam w drzwiach, wyręczam, staram się bronić (w szczególności ją), pocieszać. Podczas imprez kiedy poleje się etanol i zaczyna się "męska rozmowa o dupach" i lecą komentarze: o ta jest dobra! Patrzcie jakie ma fajne cycki. Mówię że "cycki nie są wyznacznikiem wartości kobiety", bo tak sądzę. Wracając do sprawy. Na tych imprezach, stawiam jej drinki, próbuję rozmawiać, doszukać się jakiś szczegółów. Mamy kilka wspólnych zainteresowań (muzyka, strzelnica, chęć wyjazdu do Czarnobyla) Raz poprosiłem ją do tańca - ani razu nie spojrzała na mnie. Tylko raz, bo uznałem to za przejaw ignorancji i od tego czasu z nią nie tańczyłem. Postanowiłem coś zrobić i popisać. Coś w stylu "co tam? Masz posłuchaj. Co sądzisz o..." ale odpowiedź jest zawsze tak, nie, nie wiem. I rozmowa się urywa (cały czas ciągnę ją ja), mija dużo czasu między jej poszczególnymi wiadomościami. Sama nigdy nie napisała. W szkole mam wrażenie że mnie unika. Nie usiądzie obok mnie na ławce, nie podejdzie gdy stoimy grupą i o czymś gadamy. Na pytania też zawsze tak, nie, nie wiem. Jak chcę o czymś pogadać to CISZA. Zawsze CISZA. Wiem, że jest nieśmiała (jak ja). Jest taki typek - pan Z - który trochę się do niej przystawia, ale od tygodnia zauważyłem, że zmienia nastawienie na jego widok. Ostatnio usiadła przed nim w ławce i zagadywała (do mnie nigdy nie zagadała), śmiała się z jego rysunku "mięśni gładkich", kręciła włosami, wyprostowała się uwypuklając klatkę piersiową, założyła nogę na nogę, spoglądała ukradkiem... Mnie zalewała krew i ogarniał straszny smutek. Wiem że idą razem ze znajomymi do Pubu w weekend. Nie wiem jak mam to wszystko interpretować. Odpuścić? Walczyć?
Boję się, że pewnego dnia przyjdą razem, trzymając się za ręce. Mam wrażenie, że daje mi do zrozumienia bym zakończył swoje marne podchody(wiem, że jestem pipa. Wstydzę się, po prostu się wstydzę zaprosić, zaproponować wyjście. Ale i boję się odmowy...)
Kupiłem 2 bilety na koncert, ale chyba jej nie zaproponuje wspólnego wyjścia. Bo po co? Nie chcę innym zabierać szczęścia.
Proszę, napiszcie co o tym sądzicie, może doradźcie. I proszę o bardzo krytyczne ocenianie i nieowijanie w bawełnę. Mam dość dwuznaczności.
Pozdrawiam.