Nie wiem jak to wszystko ująć ale od ostatniego czasu nie chce mi się w ogóle żyć. Mieszkam z facetem od jakiegoś czasu i koleżanką on duzo pracuje, wraca kladzie sie spać i tak w koło. Mało ze sobą rozmawiamy. Prawie nigdzie razem nie wychodzimy, ogolnie zachowujemy się jak małżeństwo z wielkim stażem... choć my nawet wiadomosci razem nie obejrzymy bo moj X wiecznie jest zmeczony...
Ja studiuje od rana do wieczora siedze na uczelni i zawsze gdy wroce mam sile zeby spedzac czas z moim X ale niestety wiecznie siedze w mieszkaniu z nadzieja ze może tego dnia uda nam się coś porobić. Kolejny problem to moja wspolokatorka... mieszkamy w małym (moim) mieszkaniu i przez jej obecność nie mamy swojego prywatnego życia... nikogo nie przyprowadzam do mieszkania bo ta mieszka w pokoju przechodnim i nie chce naruszac jej prywatnosci a moj X wiecznie zmeczony po pracy... w klubie bylam ostatnio w październiku... Męczy mnie już to... ;/ rozmawialismy o tym nie raz, X obiecywal ze to sie zmieni ale nie widze zeby cos dążyło w dobrą stronę. Do tego ostatnio pokłocilam się z moim bratem którym rzadzi dziewczyna i nic sie nie można odezwac na jej temat w domu bo od razu jest draka...
W poniedzialek zrobilam ciastka dla calej rodziny stwierdzilam ze bedzie milo, wieczorem przyszedl moj brat i cos mu nie pasowalo narzekal ze te ciastka sa beznadziejne i w ogole... na co odrzeklam ze jak jemu niepasuja to niech jego dziewczyna zrobi mu lepsze... i zaczela sie klotnia..zostalam wyklęta przez brata... mama jak zawsze stanela po jego stronie zebym nie naskakiwala na jego dziewczyne i ze jestem starsza i zebym dala spokoj... spakowalam sie i wrocilam do miasta w ktorym studiuje... od poniedzialku nie odzywam sie z mama... ( a zyje z nia dosc blisko)
wkurzam się że mama zawsze staje po stronie mojego brata bo boi sie ze ten sie od niej odwroci i ucieknie z domu...
Mam dość takiego życia... studiuje na studiach ktore nie przynoszą mi już radości ... koncze w tym roku, mam 22 lata a nie wiem co robic z wlasnym zyciem... nie wiem chyba zlapala mnie dość duża depresja bo nie mam na nic ochoty.. siedze calymi dniami w pizamie w mieszkaniu i jest BEZNADZIEJNIE!
Przepraszam ze napisałam to wszystko tak chaotycznie ale towarzysza mi zbyt duże emocje ;( powiedzcie co o tym wszystkim myslicie? co mam robic zeby zaczac sie lepiej czuc? zeby zauwazac jakieś wartości w życiu?
Ojjj to na pewno przejściowe i każdy ma problemy. Natomiast gdybym była na twoim miejscu to pierwszą rzeczą jaką bym zrobiła to kazałabym się wyprowadzić lokatorce,bo jak ma być dobrze w związku jak nie macie dla siebie miejsca ,albo nie możesz się nawet fajnie pokłócić czy wydrzeć i popłakać jak ktoś siedzi obok. To najważniejsze żeby nikt nosa nie wściubiał. Jeśli nic się nie zmieni w waszym związku to znaczy że twój chłoptaś jest nudny jak flaki z olejem i pomyśl że musisz go wszędzie prosić,namawiać a do cholery to emeryt? Zresztą chłopak jak szafa można przestawić a jak nie to oddać komuś a ty postaraj się o nową. Rozumiesz-moje przesłanie. Jesteście młodzi,życie powinniście łapać garściami. Ja jestem po 40 i 25 lat żyjmy z mężem byliśmy razem W Irlandii 4 lata i mieszkaliśmy z młodymi i ze studentami.Na początku myślałam że jesteśmy starzy według nich i wiesz co? właśnie byliśmy najbardziej lubiani bo każdy się dziwił że mamy tyle chęci i zapału do wszystkiego. Nawet do baru chodziliśmy wszyscy.
ewtula dziękuje za odpowiedź...
też byłam pełna życia do niedawna... zrobiłam kurs na instruktorke fitness prowadzilam ciagle zajecia i czulam sie świetnie.. wygladalam swietnie... niestety w listopadzie mialam operacje przepukliny i od tej pory nie idzie mi ćwiczyć ;( czuje sie gorzej w swojej skorze... ;/ i ten brak zainteresowania mojego faceta ;/
co do współlokatorki ona wie ze ma sie wyprowadzić ale caly czas z tym zwleka.. a ja nie potrafie jej po prostu wyrzucić... co miesiac mowi mi "od nastepnego miesiaca nie bede Wam juz siedziec na glowie" i nic sie nie zmienia ;/ nie mam już siły z tym walczyć...
co do faceta codziennie czekam aż wróci z pracy zrobię coś dobrego do jedzenia a ten wróci zje (tak jakby nigdy nic) idzie się kapać i spać... zapytam czy gdzieś wyjdziemy pyta "gdzie ?" mówię że jest wiele fajnych miejsc... na co mój X "no jak musimy to chodźmy" i w tym oto momencie patrzac na jego mine odechciewa mi sie wychodzic gdziekolwiek... bo po co ciagnac kogos na sile? nie czulabym sie fajnie...
za jakis czas sytuacja sie powtarza mowie ze chcialabym cos wreszcie robic... ze jestemy mlodzi (ja 22 on 26) a ten ze przeciez ostatnio chcial a mi cos nie pasowalo... ;( i takie to bledne kolo
Witam Was serdecznie. otóş zalogowalam siÄ na tym forum poniewaĹź jestem w totalnej rozsypce:( podpisujÄ siÄ pod tym wÄ tkiem o niechÄci do Ĺźycia. w zasadzie to nie wiem jak zaczÄ Ä:( codzienna codziennoĹÄ mnie wykancza, nie mam ochoty wstawaÄ rano z Ĺóşka. nie wspomnÄ juĹź o wyjĹciu z domu:( mam stwierdzona depresjÄ lecz od póŠroku przestalam uczeszczac do psychologa. miewam natrÄtnie myĹli samobĂłjcze.nie chÄÄ do Ĺźycia w moim przypadku jest ogromna jezeli mĂłwiÄ o moje Ĺźycie ogĂłlnie:( pzdr
Dalnnet - proszę napisz swój własny temat, w którym opiszesz swoje problemy. To jest temat kaliny23, która podobnie jak Ty potrzebuje pomocy. Postaraj się także, by Twój post był czytelny.
kalina23 - Rozumiem Twoja sytuację. Przeżyłem coś podobnego, ale ze strony Twojego partnera. Mieszkałem razem z dziewczyną oraz jej matką przez wiele miesięcy. Z racji tego, że pracowaliśmy, odpadało już połowę dnia. W pozostałym czasie któryś z nas zajmował się przygotowaniem posiłków, a druga osoba zajmowała się psem, piecem, porządkami i matką partnerki. Dopiero późnym wieczorem mieliśmy chwilę czasu, ale przeważnie byliśmy już na tyle zmęczeni, że kładliśmy się spać. Mijały tak całe tygodnie i w połączeniu to z izolacją od otoczenia, moje życie traciło sens. Czysta egzystencja bez celu. W dodatku fakt, że w mieszkaniu była jej mama, także zabierało nam "prywatną przestrzeń w związku". Jedynym wyjściem z tej sytuacji była wyprowadzka na nowe mieszkanie, zmiana planu dnia przez wspólne wykonywanie codziennych obowiązków ( zawsze raźniej razem
) oraz wykorzystywanie każdej wolnej chwili do tego by spędzić ze sobą trochę czasu.
Na Twoim miejscu porozmawiałbym z partnerem o tym poważnie. Może zmiana pracy, albo lepsza organizacja czasu wam pomoże.
Po pierwsze ustal termin, do którego lokatorka ma się bezwzględnie wyprowadzić daj jej góra 2 miesiące tak żeby znalazła sobie odpowiednie mieszkanie. Mamy luty, pewnie chce po zwlekać do czerwca, wtedy kończy się semestr na studiach.
Po drugie porozmawiaj z chłopakiem, powiedz jak się czujesz z tym jak obecnie wygląda wasz związek, mów otwarcie czego Ci brakuję, czego byś chciała.
Po trzecie porozmawiaj z mamą o faworyzowaniu brata, piszesz, że jesteś z nią blisko. Nie możesz mu ciągle ustępować, w końcu nie jest to już dziecko.