znowu problem, doradze sie i ''pochwale'', a co tam...jednak to nie ten sam facet, problem nie dotyczy tamtej przeszlosci. Generalnie...czy facet ma prawo uprawiac seks z kobieta widzac, ze cos z nia nie tak, ze istnieje jakis opor? O ile on zdaje sobie z tego sprawe...Wiele razy partnerowi zdarza sie mnie przymusic i nie obarczam go wina, wiem ze moglabym to inaczej moze rozegrac (chociaz nie zawsze, ale dobra). Ale opisze wam sytuacje inne, pewnie trudne juz niejednoznaczne. Jak zaczal rodzic sie u mnie uraz to zorientowalam sie, ze cos nie tak, ale czy on ma prawo tak robic?
Np wracamy pijani, on chce seksu, nie pamietam czy mowilam nie, czy odpychalam ale wspomienie takiej rozmowy mnie meczy: mowie do niego kiedy tak napastliwie mnie rozbiera, rzuca sie wrecz: ej no czekaj co ty nienawidzisz mnie czy co? nie potrafilam mu przegadac do rozumu, wyartykulowac konkretow i nie dawalo powtarzanie milion razy, ze musimy on nas porozmawiac wiec pod wplywem powtarzalam: nienawidzisz mnie? nie, czekaj, nienawidzisz mnie?! nienawidzisz mnie? a on odpowiedzial cos na odwal, ze mnie przytula czy cos tam. Czy (faceci) moglibyscie kontynuowac? Czy on mial prawo? gdybym inaczej to rozegrala mialabym prawo do urazu, a teraz czuje sie jak idiotka...
Albo inna sytuacja: znowu nie bije nie drapie tylko cos tam mamrocze a on powtarza ze mam sie zrelaksowac i robi swoje, marudze to dobre slowo, mowie ''czekaj'' (no coz, ja bym zrozumaila to jako stop), nie pamietam czy pojawilo sie konkretne NIE, ale odpychanie bylo, ogolnie opor a on mowi tylko, ze mam sie zrelaksowac, caly czas powtarza relaks relaks relaks, przygniatajac i robiac swoje, co myslicie o tych dwoch przykladach jego zachowania ktore zle na mnie wplynelo?
i prosze o wyrozumialosc, to nie jest proste...