Hej..
mam ogromna prośbe o porade...
Poznałam go 4 lata temu na portalu randkowym. Przez pół roku poznawaliśmy sie za pomoca maili i gg. W listopadzie napisał, że spotkał sie ze swoją była sprzed lat, i zakochał sie na nowo. Nie powiem, ze było łatwo, poczułam sie oszukana, zdradzona i stwierdziłam, ze koniec na tym idę dalej. Niestety, pisał do mnie, pytał jak sie czuje, czy wszystko ok, że przeprasza itd. I tak zaproponował, ze w sumie, mamy fajny kontakt, świetnie sie rozumiemy to możemy od czasu do czasu pisać.
Stwierdziłam, że ok, choć nie specjalnie mi sie to podobało, bo nie chciałam być tą trzecią. Niestety ciągnęło mnie do niego, jakieś przeczucie "to ten", "to może sie udać" i że poczekam, to sie doczekam.
I znowu zaczęły się codzienne maile, rozmowy na gg itd. Byl szczęśliwy, zareczył sie, zamieszkal z nią, ale ja nadal miałam silne przeczucie, że nie uda im sie. Straszne, wiem, ale nie mogłam sie tego pozbyć. Poruszałam neutralne tematy, nie wtrącałam sie w związek, po prostu byłam.
Na urodziny zawsze przesyłał kwiaty do mojej firmy...nawet jak z nią był.
I rozstał sie z nią po roku. Nie mogl sie miejsca znaleźć, rozmawialiśmy, próbował zrobic ze mnie przysłowiowego klina, żeby przestać cierpieć. Nie chciałam na to pozwolić. Stwierdziliśmy, ze nie ma sensu dłuzej tego ciągnąć. Nie odzywałam sie do niego przez pół roku. Wysyłał maile z pytaniami co u mnie, jak sobie radze itd. Nie odpisywałam, uznałam, ze skoro koniec, to nie róbmy sobie nadziei. W tym czasie wyjechał na inny kontynent do pracy, a ja zajełam się soba. Dostałam, błagalnego wrecz maila, żebym sie odezwała czy ze mna wszystko ok, bo na wydarzeniu którym byłam (nie wiem jak sie dowiedział) był wypadek i czy ze mną ok.
Dopiął swego, odpisałam i tak od słowa do słowa...od tamtej pory minęły prawie 2 lata. Nadal sie ze soba kontaktujemy, przez gg, maile....I nadal...nie spotkaliśmy sie, ani nie rozmawialiśmy przez telefon, czy video czat. mielismy sie spotkać kilka razy jak był w europie, ale zawsze coś.
mogłam do niego leciec, ale jak to stwierdził, czuł by sie wykastrowany jako facet. Tlefon..hmm..to takie zobowiązujące, o ile dobrze pamiętam. Nigdy nie chciał mi dać swojego, ani nie skorzystał z tego, że ma mój.
A na co dzień..mam w nim wielkie wsparcie. Boje sie, ze to uzależnienie. Jest, pomaga, stawia za warkoczyki do pionu, sprawia ze sie smieje, ze jest mi lepiej i zawsze pokazuje, ze nie jest tak zle jak mi sie wydaje. Jak to napisał, jestem mu najblizsza osoba i pierwsza o której mysli po przebudzeniu. mimo sporej różnicy czasu dawaliśmy rade.
Jak jest przeciążony praca i szkołą to fiksuje i pisze, ze nie daje rady, ze nie mam w nim wsparcia..ze ta odległość, że on mi czas marnuje.
Parę dni temu pokłóciliśmy się. chodziło o to, że choruje i uszkodził sobie noge, a na impreze poszedl, choc mi narzekał, ze sie fatalnie czuje. Obraził się, napisał ze nie jestem jego matka itd itp:)
A dzis tak po prostu napisał, ze nie może tak dłużej. I to wszystko.
Najlepsze to, ze w ciągu miesiąca, miał przyjechać...
Walczyłam, bo miałam przekonanie, ze o takie relacje trzeba dbać i nie skreśliłam go.
A dziś nie wiem co robić. Jestem skołowana, mam mętlik..Wiem, że nikt mi nie powie zrób tak czy tak, ale może pomożecie mi to ogarnąć?
Pozdrawiam
ushi